
Niby nikt nigdy nie słyszał o schorzeniu polegającym na podejmowaniu dobrowolnego i wielogodzinnego wysiłku powodującego ból i cierpienie. Podczas jego trwania osoba cierpiąca na Przewlekły Zespół Nawracającej Deklaracji Ultramaratońskiej (PZNDU) rzuca oświadczenia typu „Nigdy więcej”, okraszone dużą ilością wulgaryzmów. Po tych deklaracjach następuje zapisanie się na kolejny bieg, i to w terminie, w którym rany po poprzednim wyzwaniu nadal są otwarte. Niemniej każdy utras podświadomie wie o istnieniu PZNDU. Dlatego następnemu wyzwaniu trzeba po prostu stawić czoła z podniesioną głową. Tylko jak? Czy można przygotować się do tak absurdalnego wyzwania jak bieg na dystansie 400 kilometrów?
Przygotowania
21 Września 2025
Jeszcze trochę zbyt wcześnie na konkretny plan treningowy, jednak logistyka to również część przygotowań. Na Crossing Switzerland będzie ona odgrywać kluczową rolę i bez dobrego planowania mogę zapomnieć o jakimkolwiek sukcesie. Oczywiście wspomniany sukces rozpatruję w kontekście dotarcia do mety. Nie to, żebym liczył na miejsce w pierwszej dziesiątce lub coś w tym stylu. Fajnie by było, ale nie dla psa kiełbasa. Pierwszy wypad w Alpy traktuję jako rozeznanie terenu i znam swoje miejsce w szeregu. Ukończenie biegu w pierwszej pięćdziesiątce będę traktować jako plan zrealizowany.
Największym utrudnieniem jest charakter biegu. Starujemy w Bad Ragaz, a meta jest jakieś 400 km bardziej na zachód. Wprawdzie organizator zapewnia transfer z Montreux na start i jest to całkiem sensowne rozwiązanie dla osób decydujących się na walkę z Crossing Switzerland kompletnie w pojedynkę. Można zostawić auto nad jeziorem Genewskim, pojechać do Bad Ragaz autobusem, a potem dobiec sobie do swojego samochodu. Jednak mnie nie do końca urządza takie rozwiązanie. Cały szkopuł polega na tym, że po kilkudniowej wyrypie będę jeszcze musiał wrócić 1 500 km do domu. Jestem przekonany, że nie dam rady tego zrobić samodzielnie bez narażania własnego życia lub zdrowia. Ktoś musi mnie przywieźć. A jakby podał przy okazji szklankę izo na punkcie odżywczym, to już w ogóle byłoby w dechę.
Chciałbym pojechać na Crossing Switzerland z całą rodziną. Fantastycznie byłoby zobaczyć ich na mecie oraz na punktach odżywczych. Tylko co to dla nich za wakacje? Jeździć przez kilka dni za mną po to tylko, żeby zobaczyć mnie przez kilka minut i podać odżywki. Już widzę nasze dzieci w tej roli. Po pierwszym punkcie odżywczym najmniejsze z nich zakrzyczałoby całą resztę, żądając teraz wizyty na placu zabaw. Tata niech sobie radzi sam. Nie ma to najmniejszego sensu, a z dziećmi grozi tylko i wyłącznie buntem na pokładzie i pozostawieniem mnie na pastwę Crossing Switzerland. Dlatego małżonka sama dopytuje mnie, czy mój anioł stróż potwierdził już swój udział w tej przygodzie.
„Kurde, ja to chętnie!” — podsumowuje mój przyjaciel. Jego nigdy nie trzeba długo namawiać na jakąkolwiek imprezę związaną z bieganiem po górach, choć wiadomo, że planowanie z takim wyprzedzeniem związane jest ryzykiem. Przed podjęciem kroków w stronę ultra należy zapoznać się z planami rodzinnymi bądź skonsultować się z małżonką lub partnerką, gdyż każde ultra niewłaściwie zaplanowane zagraża naszemu życiu lub zdrowiu. Niemniej na ten moment niewiele więcej jesteśmy w stanie potwierdzić. Zaczniemy się martwić, jeśli cokolwiek się wysypie, tymczasem TeamPlutt uznajemy za skompletowany.

2 Maja 2026
Jeszcze nie biegam. Jeszcze chwilę się regeneruję po Backyard Ultra Tricity, mimo że nie nabiegałem tam jakiegoś spektakularnego wyniku. 220 km w tego typu zawodach to rezultat raczej przeciętny, jednak nogi swoje zrobiły. A że ja chcę z grubej rury zacząć przygotowania do Crossing Switzerland, muszę mieć pewność, że każdy element mojego ciała jest w pełnej dyspozycji. Dlatego, gdy junior pyta, czy pogram z nim w piłkę, uznaję, że będzie to dobry wstęp do przypomnienia organizmowi o takim pojęciu jak aktywność fizyczna. W końcu już za chwilę będzie musiał pracować naprawdę na podwyższonych obrotach.
Oczywiście granie w piłkę z jedenastoletnim chłopcem to nie jest mecz sparingowy reprezentacji kraju przed mistrzostwami świata. Jesteśmy na działce, więc korzystając z dostępu do rozległych terenów wiejskich, stajemy naprzeciwko siebie w odległości kilkudziesięciu metrów i zwyczajnie kopiemy do siebie piłkę. Niby nic wymagającego, niemniej biorąc pod uwagę pogodę, jaka dopisała przy tegorocznej majówce, czyli żar lejący się z nieba oraz brak choćby skrawka cienia, to banalne haratanie gałą w pełnym słońcu już po kilkudziesięciu minutach staje się nie lada wyzwaniem. Postanawiam przetestować juniora i, co chwila ocierając pot ze skroni, cierpliwie czekam, aż to on zaproponuje nasze ogródkowe hydration break, ale w przeciwieństwie do prawdziwego mundialu, bez bloku reklamowego, a ewentualnie z zajawką przygotowanych potraw na obiad przez babcię Jadzię.
Liczę na to, że pokopiemy sobie pół godzinki i trzeba będzie złapać trochę świeżości. Być może z przeciętnym partnerem tak właśnie by było, ale nie z moim synem. Komuś tę swoją fanatyczną zawziętość i determinację musiałem przekazać w genach. Młody jest tak zaparty, że ostatnia rzecz, o jakiej myśli, to przerwa. A może po prostu nie wie, że w ramach takiej ligi ogórkowej można również odpoczywać?
W każdym razie po niecałych trzech godzinach kapituluję i zarządzam przymusowy posiłek regeneracyjny z dużą ilością napojów chłodzących. Całe szczęście, że syn nie oponuje i chętnie przystaje na tę propozycje. Trochę żałuję, że nie włączyłem rejestracji treningu w zegarku, mam wrażenie, że w tym trzygodzinnym kopaniu piłeczki uzbierałby się całkiem przyzwoity dystans, jednak statystyki z pewnością byłyby niezadowalające. Zwłaszcza średnia prędkość. Nie rozpaczam. Co się odwlecze, to nie uciecze. Bardziej przeszkadza mi podejrzany ból w wewnętrznej części lewej stopy, której używam do walenia w piłkę.
3 Maja 2026
Nic z tego nie rozumiem. Noga mi spuchła jak balon. Boli przy chodzeniu. Jestem przekonany, że jej nie skręciłem. Przecież ja prawie stałem w miejscu. Jedyna aktywność, na jaką się pokusiłem, to niewinne kopanie piłeczki z dzieckiem. I to nie był jakiś napompowany na kamień, przesiąknięty wodą balon. My nawet nie mieliśmy gały z prawdziwego zdarzenia i podawaliśmy sobie mięciutką piłkę do siatki, a w konsekwencji skończyłem jako inwalida. Czy to już naprawdę ten wiek? W tym wszystkim pocieszam się faktem, że w planach miałem jeszcze tygodniową przerwę, więc teraz zwyczajnie dołożę do niej rolowanie, krioterapię i lewitację nóg, a za kilka dni powinienem być świeżutki i gotowy do prawdziwego wyzwania.
Aczkolwiek przerwę robię sobie tylko od biegania. Niech nogi sobie odpoczną. Jednak jest jeszcze kilka innych ważnych elementów ciała, które będą pracować równie ciężko na Crossing Switzerland, jak choćby ręce z kijkami, czy cały korpus, niosąc plecak, głowę i wszystkie moje kończyny przez 400 km. Dlatego ćwiczenia siłowe wdrażam już od kolejnego dnia, tym bardziej, że można je wykonać, oszczędzając osłabioną nogę.
18 Maja 2026
Słowami „Piękne zapalenie!” doktor Jakub podsumowuje moją konsultację ortopedyczną, przyglądając się w skupieniu obrazowi przesyłanemu do jego monitora za pomocą głowicy ultrasonograficznej. Mówi to tonem pełnym ekscytacji równej komentatorom sportowym, relacjonującym strzeloną bramkę w finale mistrzostw świata, jednak nie komentuję tego. Każdy ma swoje zboczenia. Ja też niejednokrotnie jaram się kolejnym znalezionym biegiem, na który zapewne nigdy nie pojadę, bo już mam ich tak dużo na liście marzeń, że życia nie starczy, żeby to wszystko przebiec. Albo zdrowia. A moja szanowna małżonka kwituje to zazwyczaj znudzonym „Kolejny bieg? Serio?”

Tłumaczę jedynie lekarzowi, że kompletnie tego nie rozumiem. Nie dość, że to było zaledwie ogródkowe kopanie z małym dzieckiem, to jeszcze wdrożyłem chałupnicze zabiegi regeneracyjne, a tu minęły ponad 2 tygodnie i o ile poprawa jest, to niestety nieznaczna. Przyznaję się bez bicia, że moja noga nie ma ze mną lekko. Nie zrezygnowałem zupełnie z treningów. Od tygodnia biegam regularnie, ale przynajmniej są to spokojne wybiegania bez szarżowania. Zdecydowanie służy to jedynie powrotowi do formy i złapaniu objętości biegowej. Mimo wszystko jestem przekonany, że regeneracji po kontuzji za bardzo to nie sprzyja.
Na wizycie lekarskiej dowiaduję się, że takie z pozoru niewinne pykanie piłeczką w moim wieku to już niemałe wyzwanie. Zwłaszcza dla mięśnia płaszczkowatego, który w przypadku piłkarza amatora zmuszony jest do jakiegokolwiek wysiłku, natomiast w przypadku biegacza amatora ogranicza się do stania w pozycji spoczynkowej i obserwowania jak dwugłowy i czworogłowy ud wykonują całą robotę. I właśnie temu rozleniwionemu i niczego nie spodziewającemu się elementowi aparatu ruchu serwowałem takie nienaturalne wygięcie przez prawie trzy godziny. Trochę tak, jakby przebiec sobie maraton bardzo spokojnym turystycznym tempem bez najmniejszego przygotowania. Połowę dystansu być może człowiek dałby radę, jednak prędzej czy później zaczną się schody, a słynny „dzień po” wyryje się w pamięci po wsze czasy.
Tylko co robić, kiedy ja za dwa miesiące mam bieg swojego życia, a jeszcze nie zacząłem się do niego przygotowywać? Na pytanie, jak długi to dystans, odpowiadam bez ogródek. 400 km przez Alpy z różnicą wzniesień na poziomie 25 km. Doktor Jakub nie pada trupem ani nie łapie się za głowę wykrzykując wniebogłosy najbardziej pasujące do sytuacji pięcioliterowe słowo, poprzedzone samogłoską o. Celowo wybrałem gościa, który ma na bieżąco styczność z zawodnikami mojego pokroju. Pewnie dlatego układa jedynie usta w podkówkę, uwydatniając dolną wargę w geście uznania. Równoczesne uniesienie obu brwi i subtelne pokiwanie głową utwierdza mnie w przekonaniu, że w jakiś pokrętny sposób mu zaimponowałem. Co więcej, facet nie ma mnie za wariata i nie napisze mi skierowania do Tworek.
Zamiast tego dostaję słowa otuchy, okraszone zwięzłym „No to nie mamy za dużo czasu” i całą listę zaleceń, które mogą, ale niestety niekoniecznie muszą pomóc w tak krótkim czasie. Obciążenie do granic bólu, terapia TECAR, terapia manualna, ćwiczenia progresywne, terapia ESWT, rolowanie i krioterapia. Kompletny arsenał, który w normalnych okolicznościach mógłby przygotowywać astronautów do programu kosmicznego średniej wielkości. Mam wrażenie, że muszę zrezygnować z pracy, rozwieść się z żoną i wyprzeć się własnych dzieci, żeby być w stanie to wszystko zrealizować, niemniej doceniam chęci pana doktora i jego troskę o mój wynik. Już samo stwierdzenie, że nie mamy, a nie ja nie mam, dużo czasu wystarczająco pokazuje, że gość naprawdę chce mi pomóc wystartować w Crossing Switzerland. Wręcz wydaje mi się, że ma ochotę dołączyć do naszego wspaniałego zespołu TeamPlutt, choć pewnie odrobinę koloryzuję w tym temacie. Niemniej doceniam. Bardzo!
22 Maja 2026
Mając już pełną diagnozę, niecałe dwa miesiące do Crossing Switzerland i bardzo mało zdrowego rozsądku, który z pewnością sugerowałby dać sobie jeszcze trochę na wstrzymanie, aż kontuzja się zagoi, sięgam po najcięższy oręż, jaki mam do dyspozycji w mojej bieżącej sytuacji. Jadę do najprawdziwszego ninja fizjoterapii i biomechaniki ruchu. Człowiek, który pomaga ciału działać tak, jak zostało zaprojektowane, wyciągnął mnie już z niejednej kontuzji, wierzę więc w jego zdolności przywracania ludziom ich pełni możliwości ruchowych. Mam wielką nadzieję, że Mariusz po raz kolejny uratuje moją mobilność oraz ambicje biegowe.
Godzinna sesja z tym ambasadorem ruchu i architektem regeneracji pozwala mi optymistycznie spojrzeć w przyszłość. Jest jedną z niewielu osób na świecie, które ze zrozumieniem kiwają głową na moje stwierdzenie, że teraz już nie mogę się zatrzymać. Bo w sumie to nie boli mnie aż tak bardzo, żebym nie był w stanie kontynuować ćwiczeń i wybiegań, a przecież Crossing Switzerland samo się nie przebiegnie. Co więcej, Mariusz wie, że ja i tak pobiegnę. Jego zadanie to zrobić tak, żeby kontuzja, jeśli nie da się jej zaleczyć przy bieżącym obciążeniu treningowym, była jak najmniej odczuwalna. Przechodzimy przez cały mariowy arsenał, od klasycznej terapii manualnej, przez masaż mechaniczny i igłowanie, aż po ćwiczenia do samodzielnego wykonania w domowym zaciszu.

Ja natomiast jestem tak bardzo zdeterminowany do zrobienia wszystkiego, co w mojej mocy, żeby mój występ na Crossing Switzerland nie zakończył się katastrofą. Mariusz nie musi mnie nawet sprawdzać. Wszystkie ćwiczenia wykonuję sumiennie i stosuję się do każdego jego zalecenia. Wdrażam na tyle drakoński plan przygotowawczy, że w zasadzie brakuje mi czasu na cokolwiek innego. Każdy mój dzień wygląda bardzo podobnie. Ogarniamy z małżą dzieci, wysyłamy je do placówek edukacyjnych, a przez resztę dnia muszę znaleźć czas na pobieganie, rozciąganie, rolowanie, ćwiczenia siłowe i drenaż limfatyczny. Jakby tego było mało, dokładam nowy kafelek, który do tej pory zawsze wydawał mi się odrobinę zbyt nudny, jednak w zaistniałej sytuacji wierzę, że przyczyni się w dużym stopniu do realizacji operacji Crossing Switzerland.
Nie mam gdzie trenować przewyższeń. Tymczasem na Crossing Switzerland statystycznie będę musiał pokonać 63 metry do góry, a potem w dół, na każdym kilometrze biegu. A będzie ich aż 400. Z większym nachyleniem mierzyłem się do tej pory jedynie na 8x Babia Góra oraz podczas Piekła Czantorii. Z tym że na obu tych zawodach pokonałem zaledwie 80 km. Nic tak nie jest w stanie przygotować mięśni dwugłowych oraz czworogłowych do dużej ilości przewyższeń, jak prawdziwe góry.
A że takich w Piastowie mam raczej niewiele, muszę sobie stworzyć sztuczne środowisko do klepania przewyższeń. Schody. Zabawa w chomika pełną gębą, z tym że bez nagrody w postaci ziaren pszenicy za wysiłek. Ćwiczenia, przed którymi do tej pory broniłem się rękami, nogami i zębami, bo przecież nie na tym polega bieganie. Jednak determinacja pozwala mi spojrzeć na tę aktywność zupełnie z innej strony. To jest moja droga do celu. Jeśli chcę przebiec Crossing Switzerland, nie mam innej opcji, tym bardziej że już ustaliliśmy, że rzucenie roboty, rozwód i wyparcie się dzieci nie wchodzi w grę.
13 Lipca 2026
Koniec przygotowań. Nareszcie! Słowo daję, jeszcze nigdy nie miałem tak rygorystycznie rozpisanego treningu. Co więcej, zdecydowaną większość udało mi się zrealizować. Odpuszczone jednostki jestem w stanie policzyć na palcach jednej ręki, dzięki czemu mogę naprawdę powiedzieć z czystym sumieniem, że jestem przygotowany do Crossing Switzerland. Po takim intensywnym okresie, to nie może się nie udać. Naprawdę ciężko byłoby mi wycisnąć więcej. Tym bardziej, że i tak odpuściłem prawie wszystkie możliwe aktywności w czasie wolnym, żeby skupić się tylko i wyłącznie na swoim celu. Zdziczałem przez to kompletnie i prawie zapomniałem, co to znaczy komunikacja, całe szczęście czasami musiałem się odezwać do żony lub dzieci, tudzież podczas telekonferencji w robocie.
Naprawdę dobra forma w połączeniu z przygotowaniami logistycznymi, które wynieśliśmy z Danielem do poziomu z najwyższej półki, pozwala mi spokojnie spać przez najbliższe kilka dni przed biegiem, umożliwiając mięśniom szybką regenerację przed prawdziwym łomotem. Oczywiście ten poziom przygotowań to czysto subiektywna ocena. Zespół specjalistów do spraw przygotowywania zawodników do ultramaratonów być może miałby na ten temat oddzielne zdanie, jednak jestem przekonany, że wstydu nie będzie.
Organizator podzielił całą trasę na dziesięć części. My zeszliśmy poziom niżej i pochlastaliśmy Crossing Switzerland na 66 segmentów oddzielonych od siebie strategicznymi miejscami na szlaku. Każdy z tych fragmentów mamy rozpisany pod kątem profilu nachylenia, mapek, wskazówek przydatnych podczas biegu, instrukcji dojazdu autem dla mojego przyjaciela, a całość spina kod QR z lokalizacją GPS poszczególnych punktów. Takie rozwiązanie pozwoli odpalić Danielowi nawigację, nawet w przypadku braku zasięgu w telefonie. Słowo daję, gdyby to logistyka biegła zamiast mnie, nasza zdobyłaby miejsce w czołówce. Przy tak strategicznym podejściu do tematu przygotowania do inwazji na Normandię wyglądają jak sklejone od niechcenia zapiski na kolanie, a operacja Overlord jak amatorski sponton.

15 Lipca 2026
Po uczciwym dołożeniu kolejnej uczciwej cegiełki do mojej zawrotnej kariery w strukturach zatrudniającej mnie korpo, zamykam laptopa i przechodzę do pakowania się na bieg. Chcę tym razem nawet tę część biegu wykonać sumiennie i mieć pewność, że niczego nie zapomnę.
Jeśli chodzi o ubrania, to sprawa jest prosta. Biorę po prostu wszystko, co mam. Pogoda nie zapowiada się wakacyjnie, prognozy obfitują w burze i deszcze, a nocami temperatury mają spaść do zaledwie kilku stopni, co oznacza, że w wyższych partiach gór będzie naprawdę ciągnąć po halce. Oznacza to tyle, że same krótkie ciuchy nie wystarczą. Muszę się również zabezpieczyć przed chłodem. Co więcej, po przeliczeniu gaci i skarpet, dochodzę do wniosku, że jeśli naprawdę będę chciał zmieniać bieliznę na każdym punkcie odżywczym, to jeszcze przed połową trasy będę ją musiał wywracać na drugą stronę, bo zwyczajnie nie starczy mi kompletów. Nie mam odwagi postawić Daniela w sytuacji „Musisz prać mi gacie”, bo jeszcze go zniechęcę do tej wycieczki. Lepiej ogarnąć to w bezpieczny sposób. Paula! Paula! Jadę do Decathlonu!
Jeszcze nigdy nie wydałem tyle pieniędzy na gacie i skarpety przy jednym rzucie. Mam nadzieję, że to się zwróci w postaci komfortu pomiędzy pośladkami i całej tej okolicy. Przy okazji szturmuję też Lidla w poszukiwaniu przekąsek. Tutaj sprawa jest o tyle utrudniona, że nie będziemy mieć do dyspozycji lodówki na stałe. Mogę brać tylko to, co wytrzyma wyższe temperatury za dnia i się nie zepsuje. Dlatego tym razem w moim koszyku lądują przede wszystkim konserwy. Tuńczyk w oleju, owoce w syropie i pomidory w puszce bez problemu będzie można przygotować nawet w iście spartańskich warunkach. Zupki Jemy Jemy już wielokrotnie zdały egzamin, a na kuchence turystycznej można je podgrzać w zasadzie w każdym miejscu.
Żelów w dyskoncie nie uraczę, ale nawet jest mi to na rękę. Nie jestem ich fanem i wyznaję zasadę, że im dłuższy dystans, tym więcej powinno się pojawić normalnego jedzenia, niemniej zabieram ze sobą całkiem dużą ilość musów owocowych dla dzieci. Ta wygodna przekąska jest zazwyczaj lepiej tolerowana przez żołądek i zawiera w zasadzie same cukry proste, które szybko trafiają do krwiobiegu dając natychmiastowy zastrzyk energii. Dokładam do tego Święty Graal czasów studenckich, czyli Złoty Kurczak Vifon, jako substytut rosołu w formie DIY, sporo batonów, zarówno czekoladowych jak i energetycznych, a całość wieńczy nieśmiertelny chleb tostowy i suszone owoce z Rossmana, bo te w Lidlu z niezrozumiałego dla mnie powodu występują tylko konserwowane chemicznie.
Spojrzenia postronnych osób na mój wózek zakupowy z Lidla, po brzegi wypełniony nie do końca zdrowymi przekąskami, sugerują przemyślenie mojej diety. Zapewne dlatego, że oni zwyczajnie nie wiedzą, co mnie wkrótce czeka. To coś więcej niż przysłowiowy koniec świata. Ja zamierzam się zmierzyć z Crossing Switzerland! Chociaż Daniel również kwituje ten zestaw zwięzłym „Nie przejesz” i pewnie ma sporo racji, a znajomy, który również kibicuje mi w przygotowaniach, podsumowuje moje zakupy stwierdzeniem „Chyba cię Bóg opuścił!” Na to wygląda. Zresztą to raczej miało miejsce już jakiś czas temu, poza tym nie widzę związku wiary z ilością kupowanego jedzenia. Co więcej, nic z tego, co zabieramy, się nie zepsuje. A wychodzę z założenia, że lepiej przywieźć część tego z powrotem, niż po szwajcarskich wioskach szukać sklepu, a w nim odpowiedniej dla ultrasa przekąski za zylion franków szwajcarskich.

Od kolejnego znajomego dowiaduję się, że rzekomo na Crossing Switzerland jest dobre jedzenie, więc nie ma sensu brać ze sobą konserw. Żelki i izotonik powinny wystarczyć. Nie wiedzieć czemu, jakoś nie chce mi się wierzyć. Ja zawsze wychodzę z założenia, że lepiej mieć i nie użyć, niż potrzebować, a nie mieć. Na dłuższą metę nic się nie zmarnuje, więc dopycham kolanem wszystkie siaty i torby, a następnie z uśmiechem na twarzy prezentuję małżonce wszystkie swoje graty, które w tym momencie zajmują prawie połowę naszego salonu. Jeszcze nie wiem, jak to wszystko zmieści się do naszego malutkiego samochodziku. Następnego dnia czeka mnie przymusowa partia w Tetrisa samochodowego. Albo raczej jeszcze kolejnego, gdy Daniel dorzuci tu swoje fanty.
16 Lipca 2026
Wieczór mija mi na potrójnym sprawdzeniu całego ekwipunku, z czego trzecie sprawdzenie służy jedynie potwierdzeniu wyników dwóch poprzednich. Gdy już jestem pewny, że wszystkie rzeczy mam ze sobą, część z nich wynoszę do auta, żeby zaoszczędzić czas o poranku kolejnego dnia. W przypadku wszystkich ultra, w jakich brałem do tej pory udział, tradycją było pakowanie się do późnej nocy przy akompaniamencie własnych bluzgów. Tymczasem tutaj wszystko mam sprawdzone i spakowane o bardzo przyzwoitej godzinie. Aż ogarnia mnie swego rodzaju nostalgia. Co tu jeszcze można zrobić w związku z Crossing Switzerland?
Chyba zostaje jedynie udać się na spoczynek, co czynię niezwłocznie. Ma to miejsce dużo wcześniej niż wszystkie moje dzieci zdążą nawet pomyśleć, że tego dnia również trzeba będzie iść spać, a zanim to się wydarzy, należy się najpierw umyć. Tymczasem ja, spełniony, odlatuję do krainy snów, w myślach wybijając peany w kierunku mojej szanownej małżonki za zwolnienie mnie z obowiązku ogarniania dzieci i wzięcie na klatę całej trójki, żebym ja mógł odpowiednio wypocząć przed czekającą mnie podróżą. Najlepszy dowód na to, że TeamPlutt ma również ukrytych członków, którzy nie tylko wspierają mnie duchowo, ale również biorą czynny udział w przygotowaniach, od których przecież tak wiele zależy.
17 Lipca 2026
Ponieważ położyłem się poprzedniego dnia o bardzo kulturalnej godzinie, pobudka o 4:40 nad ranem nawet tak bardzo nie boli. Mam dzięki temu wystarczająco czasu, żeby zjeść śniadanie, dopakować brakujące rzeczy i wyjechać z domu przed szóstą nad ranem, zgodnie z planem.
Droga do Daniela o tej godzinie zajmuje mi niecałe 40 minut zamiast standardowej godziny. Dzięki temu, moglibyśmy ruszyć do miejsca docelowego z półgodzinnym zapasem na start, gdyby mój przyjaciel był niewidomy. Na szczęście nie jest, więc będzie mógł mnie wspierać w pełni podczas moich zmagań na trasie, jednak nie uchodzi jego uwadze stan mojego auta. Przed wyjazdem zrobiłem pełny przegląd techniczny, mając na uwadze długą górską trasę w planach. Dlatego nawet, gdyby Daniel miał rentgen w oczach, nie mógłby przyczepić się do stopnia sprawności samochodu, chyba że jest coś, o czym nie wie ani producent, ani mój mechanik. Niemniej wierzę, że żaden trup z szafy z nami nie jedzie i zwyczajnie jesteśmy przygotowani na długą podróż.
Mimo to mój przyjaciel pyta z lekką ironią w głosie, z czym ja tu właściwie wyjeżdżam i czy nie jest mi wstyd takim ufajdolonym samochodem jechać do Szwajcarii. Jeszcze nas tam wyśmieją, albo nie daj Boże, o ile takowy istnieje, wlepią mandat za nieumyślne spowodowanie trwałego uszczerbku na zdrowiu u osób spoglądających w naszą stronę. Wzruszam jedynie ramionami na tę uwagę. Według mnie nie jest źle. Z pewnością są gdzieś na świecie gorsze przypadki. Mimo to Daniel rzuca mi spojrzenie pełne dezaprobaty, po czym sięga po szlauf ze szczotą i zaczyna pucować auto do poziomu określonego przez niego jako „Nie można robić wiochy za granicą!”

Z mojego punktu widzenia, przez najbliższe 1 300 km auto ubrudzi się do tego stopnia, że po tej holistycznej dekontaminacji powierzchni zewnętrznych samochodu nie będzie śladu, ale nie oponuję. Przyznaję się bez bicia, że jestem totalnym ignorantem motoryzacyjnym i nawet konieczność umycia samochodu jest przeze mnie traktowana jako czynność kompletnie zbędna i nie wnosząca żadnej wartości dodanej do życia. Niemniej rozumiem, że są na świecie ludzie, dla których tematy związane z szeroko rozumianą branżą motoryzacyjną są ważniejsze niż dla mnie. Może dzięki nim Volkswagen, Opel i inne im podobne koncerny nie upadną, pomimo agresywnej ekspansji chińskich marek na rynek europejski.
Po eliminacji mikrozanieczyszczeń i przywróceniu powłoce lakierniczej jej pierwotnego poziomu przejrzystości, zostaje nam jeszcze upchać do samochodu rzeczy przygotowane przez Daniela. Jest nas tylko dwóch i tym razem nie bierzemy pralki ani lodówki, a mimo to i tak przestrzeń bagażnika nie jest w stanie pomieścić wszystkich naszych fantów. Musimy się ratować tylną kanapą, której złożenie zapewnia nam prawie 2 000 litrów pojemności bagażnika. W ten sposób, nawet gdybyśmy jednak wzięli wspomniany sprzęt AGD i dołożyli na siłę stary kineskopowy telewizor, to i tak nie jesteśmy w stanie zapchać samochodu. Wszystko się mieści i jeszcze przed siódmą rano jesteśmy gotowi do wyruszenia w drogę.
Trasa przez Polskę do granicy z Niemcami w Zgorzelcu mija nam błyskawicznie. Weekend się jeszcze nie zaczął, a wczesna godzina sprzyja pustkom na drodze, więc jedzie się szybko i bardzo komfortowo. Schody zaczynają się po wjechaniu na teren Republiki Federalnej Niemiec. Ojczyzna co drugiego Volkswagena Passata jeżdżącego po polskich drogach oraz miłośników Fast & Furious, dla których brak ograniczeń prędkości na Autobahnach pozwala rozpędzić Golfy czwartej generacji do trzeciej prędkości kosmicznej, bardzo szybko obala ten mit, witając nas remontami wspomnianych autostrad na odcinku mniej więcej tysiąca kilometrów.
Tegoroczne wakacje upłyną Niemcom i wszystkim turystom odbywającym ruch tranzytowy przez ten piękny kraj na staniu w korkach i jedynie marzeniu o piwie w litrowych kuflach i currywurstach w sosie słodko-kwaśnym. O rozpędzeniu się do prędkości przelotowej można zapomnieć, bo już po chwili trzeba hamować przed kolejnym korkiem. Mimo wszystko, mapy Google twierdzą, że jest to szybsza trasa niż ta prowadząca przez Czechy. Już niejednokrotnie próbowałem być mądrzejszy niż najpopularniejsza w Europie aplikacja do wyznaczania tras i za każdym razem źle to się kończyło, dlatego tym razem nie dyskutuję i cierpliwie czekamy w każdym korku na upłynnienie ruchu.
I rzeczywiście, z pozoru permanentne stanie w niemieckich korkach pozwala nam przekroczyć granicę z Austrią po dwunastu godzinach od wyjazdu od Daniela, a godzinę później zaparkować pod Cubilaris Motel, naszym centrum operacyjnym na kolejne dwa dni. Jest to bardzo schludny obiekt w Bad Ragaz, zaledwie półtora kilometra od linii startu Crossing Switzerland, a co dla nas najważniejsze, nie doliczający z tego tytułu dodatkowej prowizji. W końcu standardowa stawka doby hotelowej w Szwajcarii, przy obecnym kursie franka szwajcarskiego, boli nie mniej niż rata kredytu hipotecznego zaciągnięta w tej walucie wiele lat wcześniej i już wystarczająco uderza w mój domowy budżet.

Rozpakowani i posileni stwierdzamy, że nic twórczego dzisiaj już nie wymyślimy, więc grzecznie kładziemy się spać na małżeńskim łożu, bo pokojów z pojedynczymi łóżkami w Cubilaris Motel niestety brak. Na szczęście, nic to dla nas nowego, już niejednokrotnie przerabialiśmy to na innych biegach, poza tym, przynajmniej mamy oddzielne kołderki, więc obejdzie się bez wytyczania oficjalnej granicy naszych terytoriów na czas nocy.
18 Lipca 2026
Wyjazd dwa dni przed imprezą, celem odespania podróży i aklimatyzacji to strzał w dziesiątkę. Po leniwym poranku i obfitym śniadaniu Daniel korzysta z cudownych okoliczności przyrody i idzie pobiegać, ja natomiast wsiadam na rower wliczony w cenę naszego pokoju hotelowego i ruszam na rekonesans strefy startu jutrzejszego biegu oraz jego pierwszego etapu.
Już pierwsze kilkadziesiąt metrów pokonane po ulicach Bad Ragaz udowadnia mi, że jeszcze w takim miejscu nie byłem. Zamiast klaksonów i wszechobecnych korków na ulicach, spowodowanych wakacyjnymi remontami nawierzchni, widzę Alpy. Nie to, że majaczące gdzieś na horyzoncie, rozmywające się za sprawą gorących mas powietrza. One są wszędzie wokół tej uroczej górskiej miejscowości. Wszędzie wokół mnie. Dosłownie, jakbym był w jakimś miejscu, będącym inspiracją dla pocztówek.
W tym wszystkim nie ma tutaj największej zmory dzisiejszych czasów, czyli tłumów turystów wręcz bijących się o idealne zdjęcie do wrzucenia na social media. Zamiast dziubków i pindrzących się instagramowych pseudo-influencerek są czyste uliczki, górskie panoramy i święty spokój, a jedyne osoby, które spotykam na swojej drodze to serdecznie uśmiechający się lokalni mieszkańcy, dla których najwyraźniej Crossing Switzerland jest ciekawą odskocznią od ich beztroskiego na co dzień życia. Trochę się boję, że w takich warunkach, chcąc zwiedzić z grubsza miasto, za kilka godzin skończę jakieś 1 200 metrów wyżej, robiąc zdjęcie wodospadu albo kozicy górskiej.

Na szczęście szybko okazuje się, że poruszając się rowerem, nie jest to możliwe. Próbuję podjechać żwirową dróżką wzdłuż rzeki Tamina. To tędy prowadzą pierwsze kilometry Crossing Switzerland, jednak mając do dyspozycji toporny rower miejski, zaledwie z trzema przerzutkami, już po kilkuset metrach kapituluję. Bieganie jest zdecydowanie łatwiejsze, a ten czołg przeciwpancerny, przerobiony na dwukołowy środek lokomocji, nadaje się jedynie do poruszania się po płaskiej nawierzchni, ewentualnie do jazdy w dół, gdzie grawitacja robi za niego całą robotę. Zatem wmawiam sobie, że kolejnego dnia początek biegu to będzie bułka z masłem, a idealnie, gdyby cały bieg się taki okazał, po czym wracam do naszego centrum dowodzenia odstawić rower, bo przecież dzisiaj trzeba jeszcze odebrać pakiety startowe.
Biuro zawodów Crossing Switzerland w niczym nie przypomina znanych mi z polskich zawodów wydarzeń związanych z przekazaniem numerów startowych zawodnikom. U nas robi się z tego mini imprezę, której towarzyszy expo, skupiające mnóstwo wystawców związanych z bieganiem po górach. Ci mają w swojej ofercie cały przekrój biegowych i okołobiegowych akcesoriów, w które można się wyposażyć w ostatnim momencie. Nieważne, czy ktoś potrzebuje dodatkowego żelu na bieg, bidonu, jakiejkolwiek części garderoby, czy może książki związanej z tematyką biegów górskich. W Polsce to wszystko można dostać prawie na każdym expo.
A w Szwajcarii? Najwyraźniej w Aplach nikt nie słyszał o czymś takim jak expo. Tutaj przechodzi się od razu do rzeczy. Jeśli jesteś biegaczem i czegoś zapomniałeś, to twój problem. Musisz sobie poradzić. Tutaj odbiera się pakiety i ewentualnie życzy powodzenia uczestnikom Crossing Switzerland. Przy okazji sprawdza się też wyposażenie obowiązkowe, ale tego elementu akurat kompletnie nie rozumiem, bo służy on jedynie potwierdzeniu, że nie zapomniałem żadnego z obligatoryjnych sprzętów z domu. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, żebym przez przypadek nie zapakował go następnego dnia do swojego plecaka. W końcu przed samym startem nikt nie będzie tego weryfikował.

Bogatszy o wielką czerwoną torbę, znajdującą się w pakiecie startowym, z grubsza przypominającą wór Świętego Mikołaja, która będzie jeździła za mną przez wszystkie sześć baz życia, po kilku minutach wychodzę z biura zawodów, mając tę oficjalną część za sobą. Obyło się bez fajerwerków i wydaje mi się, że można takie wydarzenie zorganizować z większą pompą, może jakiś szwajcarski góral na wejściu z alpenhornem powinien witać ultrasów? Ale może to tylko cisza przed burzą, a prawdziwa impreza zacznie się dopiero jutro. Natomiast sam pakiet startowy nie zawiera nic więcej poza numerem startowym, wspomnianym wielkim czerwonym worem, trackerem GPS, dzięki któremu będzie można śledzić moją pozycję palcem po mapie i prezentem dla startujących w formie plecaka idealnego na solidne górskie wycieczki.
Zostaje nam zamknąć dzień obowiązkową odprawą techniczną pod chmurką, w trakcie której organizatorzy przekazują nam wszystkie najważniejsze informacje dotyczące pogody, biegu i jego obsługi. W zadziwiająco nadprzyrodzony sposób, prognozowane opady deszczu oszczędzają nas i udaje się przeprowadzić całą, trwającą ponad godzinę odprawę, bez zmoczenia zawodników i organizatorów. Wmawiam sobie, że opatrzność nad nami czuwa i analogicznie, zapowiadane na kolejny dzień obfite ulewy przejdą bokiem, pozwalając nam realizować bieg o suchych stopach. Tym bardziej że zmoczone buty na pierwszym etapie tej kilkudniowej podróży odcisną ciężkie piętno na każdym kolejnym kroku. Bardzo chciałbym uniknąć przemoczonego obuwa, jeśli naprawdę chcę dotrzeć na metę Crossing Switzerland w relatywnie przyzwoitym stanie.
Na koniec dnia zostaje mi pakowanie. Muszę rozdysponować rzeczy pomiędzy to, co wezmę ze sobą na trasę, to, co wrzucę do wora Świętego Mikołaja i organizator będzie to przerzucać pomiędzy bazami życia, a to, co Daniel będzie miał przy sobie, gdy będziemy się spotykać na poszczególnych punktach odżywczych. Te ostatnie to klasyczne miejsca, na których zespół Crossing Switzerland zapewnia przekąski i napoje, a czasami nawet ciepły posiłek, jednak na to nie ma gwarancji. Z kolei bazy życia to ośrodki regeneracji ultrasów z prawdziwego zdarzenia.
Poza standardowymi przekąskami i napojami bez limitu, na każdej z nich zapewniony jest ciepły posiłek. Co więcej, wyposażone są w pełny węzeł sanitarny, umożliwiający zmordowanym na trasie zawodnikom kompletne odświeżenie się, łącznie z myciem podwozia. Dodatkowo, zapewniają zaciemnione i ciche miejsca noclegowe oraz masaże. Taki trochę hotel w opcji all-inclusive, z tym że bez transportu i bez opinii na mapach Google, bo na miejscu i tak nikt nie ma siły ich napisać. Zwłaszcza że trzeba sobie do niego dobiec na piechotę na własną rękę.
Samą kwestię wsparcia również musimy mieć na uwadze. To nie jest Bieg Kreta, na którym support był dozwolony absolutnie wszędzie. Wówczas tylko i wyłącznie od zawodnika zależało, kiedy, gdzie i jaką pomoc chce uzyskać. Natomiast tutaj Daniel może mi pomóc jedynie na oficjalnych punktach odżywczych, których jest piętnaście, oraz w bazach życia, których jest sześć. Oczywiście o ile zdoła do nich dotrzeć, bo niektóre z nich nie są osiągalne samochodem i trzeba się pofatygować na piechotę. Dlatego ustalamy, że spośród wszystkich punktów, na których dozwolone jest wsparcie, Daniel będzie w stanie dotrzeć do czternastu. Porównując to ze wspomnianym Biegiem Kreta, jest to zaledwie czternaście. Być może uda mu się pojawić jeszcze na kilku krzyżówkach z trasą Crossing Switzerland, ale to tylko po to, żeby mnie pozdrowić, przybić piątkę i ewentualnie kopnąć w dupę. Jakakolwiek pomoc poza wyznaczonymi punktami wiąże się z dyskwalifikacją zawodnika, a tego raczej byśmy chcieli uniknąć.

Dlatego wszystko, co mam, sortuję w odpowiednie kupki, które potem trafiają albo do Daniela, albo do czerwonego wora, albo do mojego plecaka. Całość to niesamowicie żmudny i powolny proces, ale jeszcze za dnia udaje mi się podzielić wszystko na sensowne części. Natomiast dopiero za kilka dni okaże się, czy ta koncepcja jest słuszna. Tymczasem, korzystając z wczesnej godziny, postanawiam udać się na spoczynek, z nadzieją, że jeszcze tę noc uda mi się przespać z pewnym zapasem. Nie mam złudzeń, że wszystkie kolejne będą zaciągniętym długiem, który później znacznie odbije się na moim samopoczuciu.
19 Lipca 2026
To już dziś. To ten dzień, na który czekam od ponad roku. To mój bieg. Ten, do którego przygotowywałem się od dawna. Ten, z którym chcę się zmierzyć, mimo że jego szanse w tym pojedynku wydają się być zdecydowanie bardziej przeważające. Mimo wszystko czuję się gotowy do tego wyzwania. Dlatego relatywnie wypoczęty, bezproblemowo podnoszę się z łóżka i przechodzę do moich przedstartowych rytuałów, podczas gdy Daniel przygotowuje mi śniadanie mistrzów mające zapewnić mi wystarczająco energii na pierwsze kilka godzin biegu.
Patrząc na słoneczko za oknem, ostatecznie decyduję się na krótkie ubranie, zwłaszcza że pierwsze 16 km to długie podejście 2 000 metrów do góry, na którym z pewnością wszystkie mięśnie zdążą się odpowiednio rozgrzać. Zbieram swoje graty, co chwila powtarzając do Daniela retoryczne pytanie „Wszystko mamy, prawda?”, a po dwudziestym razie on nawet nie odpowiada, bo wie, że nie ma to najmniejszego sensu, tym bardziej że ja powtórzę swoją kwestię jeszcze kilka razy. Sprawdzam ekwipunek w nieskończoność, mimo że wszystko kręci się wokół jednego ośmiolitrowego plecaka oraz dużego czerwonego wora. Całą resztę Daniel będzie miał gdzieś w samochodzie, więc z tych rzeczy nadal będzie można skorzystać po przekopaniu całego bagażnika.
Mimo wszystko, do tej pory każdy element moich przygotowań do Crossing Switzerland jest odpracowany naprawdę sumiennie, dlatego nie chciałbym położyć biegu przez jakąś błahostkę w ostatniej możliwej chwili. Wiadomo, że na trasie może się pojawić jeszcze nieskończona ilość problemów, jednak chcę zrobić wszystko co z mojej mocy, żeby stanąć na starcie z czystym sumieniem.

O 7:40 opuszczamy nasze przytulne gniazdko, a zaledwie 5 minut później staję w strefie startowej, oczekując na oficjalne rozpoczęcie tej niesamowitej przygody. W głowie kołaczą mi się setki myśli, które próbuję poukładać w sensownym porządku, żeby być jeszcze bardziej pewnym, że wszystkie elementy mamy dopięte na ostatni guzik. Przeliczając ilość przekąsek, które mam w plecaku, kątem oka dostrzegam jednego zawodnika oddającego swój czerwony wór obsłudze. Przepak! Daniel! Przepak! Oczywiście ten okrzyk okraszony jest jeszcze kilkoma zwięzłymi epitetami, dobitnie podkreślającymi, że właśnie miałem szansę doprowadzić do katastrofy. Na dziesięć minut przed startem, mój sprzęt przeznaczony na bazy życia leży sobie w najlepsze w bagażniku, a w nim śpiwór i poduszeczka, bez których mogę zapomnieć o regeneracyjnych drzemkach.
Na szczęście nadal nie jest za późno, żeby przekazać go organizatorom. A mi wręczyć nagrodę orła logistyki. Matko i córko, mam nadzieję, że już nic więcej spieprzyć się nie da. Z błędu wyprowadza mnie jeden z wolontariuszy, który orbituje pomiędzy zawodnikami i zaczepia ich po kolei, pytając, czy każdy z nich uruchomił swój tracker GPS. Nie byłbym sobą, gdybym zrobił to wcześniej. Oczywiście, że mój jest nadal w stanie spoczynku. Czy ja się na pewno do tego nadaję? Do biegania chyba tak, ale być może to całkiem dobry pomysł, żeby następnym razem na samą strefę startową przygotować sobie oddzielną checklistę?
Przytwierdzam nadajnik do górnego uchwytu plecaka. Ustrojstwo telepie się przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, więc mam duże wątpliwości, czy dojedzie ze mną do Montreux. Niestety do plecaka schować go nie można. Musi być na wierzchu. Jakieś mocno budżetowe te trackery. Te, które nam rozdawali na Biegu Kreta, można było trzymać w kieszonce. Krzywda im się nie działa. Chyba ktoś z Crossing Switzerland powinien przyjechać do Polski przyjrzeć się jak się organizuje biegi ultra. Przynajmniej od strony technicznej.
Dla rozluźnienia atmosfery Daniel proponuje szybką zmianę planów i wizytę w pobliskim barze, zamiast biegać przez kilka dni. Jednak jest mało przekonujący, więc zostaję na swoim miejscu. Zapłacone, to musi być zjedzone. Tym bardziej, że już niejednokrotnie podkreślałem, że zjeść to akurat lubię. Byleby dobre było. A przecież Crossing Switzerland zapowiada się naprawdę dobrze.
Czas mija zadziwiająco wolno, mam więc chwilę, żeby przemyśleć jeszcze raz każdy punkt przygotowań i utwierdzić się w przekonaniu, że naprawdę chcę to zrobić. Naprawdę chcę biec przez 400 km. Naprawdę chcę pokonać 14 alpejskich przełęczy, jedna po drugiej. Naprawdę chcę przejść przez 7 kantonów na piechotę. Naprawdę chcę wejść 25 000 metrów do góry i tyle samo w dół. Naprawdę chcę ukończyć słynną zieloną Via Alpinę. Jestem gotowy!

Na kilka minut przed ósmą moje zawiłe procesy myślowe zostają przerwane przez najsłynniejsze na świecie arpeggio, czyli akord, którego dźwięki nie są wygrywane równocześnie, lecz kolejno i szybko, jeden po drugim. Niskie E rozpoczyna niejeden utwór na świecie, więc gdybym zamiast biec Crossing Switzerland brał udział w teleturnieju „Jaka to melodia”, musiałbym poprosić o dodatkową nutkę. Jednak następujące po nim otwarte struny G, H oraz wysokie E, powtórzone ponownie przez H i G, stanową intro rozpoznawalne przez każdą osobę, która kiedykolwiek trzymała w ręku gitarę lub słyszała o takim gatunku muzycznym jak rock. Głośniki rozstawione wokół startu rozbrzmiewają utworem „Nothing Else Matters”, który Metallica nagrała 35 lat temu, a którego tytuł dzisiaj stanowi hasło przewodnie Crossing Switzerland.
To w tym momencie mamy zostawić za sobą cały codzienny szum. Przed nami jest tylko i wyłącznie bieg oraz dotarcie do celu. Nic więcej się nie liczy. Nothing Else Matters. No może poza zdarciem gardła, bo część uczestników zaczyna śpiewać, starając się swoim talentem udowodnić, że to właśnie oni, a nie James Hetfield, powinni być głównymi wokalistami jednej z najpopularniejszych kapel heavy-metalowych na świecie.
Niestety, albo może raczej stety, wakat jest twardo obsadzony od dobrych 45 lat. Co więcej, obecny władca mikrofonu kapeli z Los Angeles nigdzie się nie wybiera, a historia muzyczna udowodniła, że wiek na scenie, tak samo jak w przypadku ultra, to tylko liczba. Taki Keith Richards i Mick Jagger grają wspólnie w jednej kapeli od 1962 roku, czyli 64 lata, a U2 wybrzmiewa w niezmienionym podstawowym składzie już 50 lat, od 1976 roku. Zatem Hetfield ze swoim perkusistą Larsem Ulrichem mają tutaj jeszcze całkiem niezłe pole do popisu. Zupełnie jak ja na Crossing Switzerland. Z tą tylko różnicą, że Metallica raczej nie daje kilkudniowych koncertów bez przerwy, więc prawdopodobnie ja się bardziej zmęczę.
Już po chwili zaczyna się odliczanie. Jeszcze zaledwie dziesięć sekund i ruszę na największą przygodę swojego życia. Od tego momentu wszystko będzie zależeć od pary w moich nogach. No i od wsparcia Daniela, w końcu nie przyjechał tu na wakacje, tylko mnie niańczyć w tych najbardziej newralgicznych punktach, a potem zwieźć nieprzytomnego do Polski. Tak czy siak, najtrudniejszą część związaną z przygotowaniami mamy już oficjalnie za sobą. Teraz zostaje tylko i wyłącznie realizacja.
Dziewięć! Spoglądam na Daniela, przekazując mu wyrazy wdzięczności za jego obecność tutaj w niemym porozumieniu. Bez niego byłoby mi zdecydowanie trudniej. A on tylko uśmiecha się do mnie i pilnuje, żeby uwiecznić na zdjęciach najważniejsze fragmenty Crossing Switzerland. Jestem gotowy!

Osiem! W tle nadal leci „Nothing Else Matters”, a ja w głowie powtarzam sobie poszczególne fragmenty tego utworu, dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak dobrze on tutaj pasuje. „Life is ours, we live it our way”. Aż mam ciary, słysząc tę część. Ja przecież chcę to zrobić. Chcę przebiec Crossing Switzerland. Jestem gotowy!
Siedem! „Every day for us something new”. Jeszcze trzy lata temu przez głowę by mi nie przeszło, że zmierzę się kiedykolwiek z takim monstrum jak Crossing Switzerland. Tymczasem już za chwilę będę miał okazję stanąć z nim twarzą w twarz i jest to jeden z tych niewielu startów, kiedy nie mam pełnych gaci na myśl o tym, co mnie czeka. Jedyne, co czuję, to ekscytacja. Jestem gotowy!
Sześć! „It couldn’t be much more from the heart”. Ja to po prostu uwielbiam. Gdybym nie podchodził do biegania po górach całym sercem, nie byłoby mnie tutaj. Nie miałoby to sensu. Tymczasem ja w ten sposób spełniam swoje marzenia. Jestem gotowy!
Pięć! „Open mind for a different view!” 400 km wzdłuż. 25 km do góry. 25 km w dół. 7 kantonów. 14 przełęczy. To tylko liczby. Statystyki składające się na większy obraz. Na Crossing Switzerland. Na przygodę. Jestem gotowy!
Cztery! „And nothing else matters!” Jestem tylko ja i Crossing Switzerland. Nic więcej się nie liczy. Jestem gotowy!
Trzy! „Never cared for what they do!” Normalni ludzie w tym momencie jeszcze smacznie śpią, bo poprzedniego dnia zaliczyli maraton filmowy na Netflixie. Albo poszli na piwo ze znajomymi. Albo zrobili cokolwiek innego, przez co przewracają się aktualnie z jednego boku na drugi. Ja być może nie do końca jestem normalny, ale sam obrałem właśnie taką ścieżkę. Jestem gotowy!
Dwa! „Never cared for what they know!” Przez sport do kalectwa. Takie długie biegi to patologia. Może nie biegaj aż tyle. Mnóstwo takich oraz podobnych życiowych porad słyszałem od bliższych i dalszych znajomych. Każdy z nich sprawiał wrażenie, że wie, co będzie dla mnie lepsze. Nie posłuchałem. Jestem gotowy!
Jeden! „But I know!” Jestem gotowy!



