Backyard Ultra TriCity – Magia liczb i DNF
Backyard Ultra, pełna wersja. Od startu do załamania. Mojego bądź wszystkich pozostałych zawodników. Kto zgadnie która strona pękła szybciej?
Backyard Ultra, pełna wersja. Od startu do załamania. Mojego bądź wszystkich pozostałych zawodników. Kto zgadnie która strona pękła szybciej?
Jedna pętla. 6,7 km długości. 24 okrążenia. 24 godziny. -17 stopni (ok, bez dramaturgii, pod koniec wzrosło do -6). 38 uczestników. Wygrywa tylko jeden. Najszybszy. Jednym słowem – Zimowa edycja Backyard Ultra w Chotomowie pod Warszawą.
8 razy na ten sam szczyt w ciągu 17 godzin? Przynajmniej w planach, które bezlitośnie pokrzyżowała mi Babia Góra. O tym jakie to okropne bydle jest i dlaczego nie udało mi się ukończyć tego biegu. Zapraszam.
Tym razem coś zupełnie innego. Mapa, noc, las, kompas i brak wytyczonej trasy, ponieważ trzeba ją znaleźć samemu.
Od nic nie znaczącej rozmowy, przez rajd pieszy, aż po ultramaraton. O tym jak historia sprzed 20 lat ukształtowała jeden z najbardziej kultowych biegów w Polsce i o tym jak ten bieg mi się przyjął.
Trzy dni i trzy noce z życia ultrasa. Długo, daleko, ciężko, mokro, zimno, na zmęczeniu, na głodnego, ale za to w doborowym towarzystwie!
Miało być zimno i ciężko, tymczasem zamiast huraganowych wiatrów, ulewnego deszczu, ekstremalnego mrozu i mgły gęstej jak mleko, trafiła nam się przepiękna pogoda oraz mnóstwo śniegu. Co nie znaczy, że było lekko, z górki i z wiatrem.
Piekło – rzekome pozagrobowe miejsce przebywania potępionych dusz zmarłych. W rzeczywistości miejsce do którego może trafić śmiertelnik, upodlić się do reszty i potem stamtąd wyjść. Zwiedziłem jego najgorsze zakamarki, traumę mam do dziś, ale wydostałem się o własnych siłach.
Ultramaraton przez duże „U”. Koniec pewnego rozdziału mojej kariery ultra. Tu jest wszystko, dosłownie. Bez cenzury, ale za to z pikantnymi szczegółami. Zapraszam.
Miało być spokojne 100 km po Beskidzie Wyspowym bez sponiewierania, a skończyło się na ultra horrorze z happy endem.