
Słyszałem kiedyś o gościu, który przeszedł przez Alpy, bo miał niewyrównane rachunki z Rzymem. To w zupełności wystarczyło jako motywacja. Do tego ciągnął ze sobą stado słoni. A ja? Dlaczego, z własnej nieprzymuszonej woli, mógłbym zdecydować się na udział w biegu na dystansie 400 kilometrów przez Alpy? I to bez stada słoni. Obawiam się, że to nie jest takie proste. Niby to bez sensu, niby to bez celu, niby człowiek wie, że będzie bolało, a mimo to staje na starcie z uśmiechem na ustach. Zapraszam na wstęp do najbardziej niesamowitej historii ultra, jakiej miałem przyjemność doświadczyć, choć moje nogi w kwestii przyjemności mają odrębne zdanie.
Prolog
20 Kwietnia 2024
Równiutko po trzech dobach udaje mi się zamknąć Trójkąt Sudecki w ramach najdłuższego biegu organizowanego w Polsce. Biegnąc ze Ślęży na Śnieżkę, następnie na Śnieżnik, po to tylko, żeby stamtąd wrócić na Ślężę, kończę Bieg Kreta na zaszczytnym drugim miejscu. Dystans 380 km, który normalnym ludziom wydaje się nie do pokonania innym środkiem lokomocji niż samochodem, pociągiem lub samolotem, odciska wyraźne piętno na mojej kondycji fizycznej i psychicznej. Marek, jeden z organizatorów tej imprezy, przepytuje mnie o wrażenia z trasy, podczas gdy ja siedzę w ciepłej winiarni Celtica w Sobótce. Nadal jestem w kurtce, ponieważ ostatnie kilometry biegu w deszczu wychłodziły mnie zupełnie, jakby to były zawody zimowe i próbuję zebrać siły do kupy, żeby sklecić jakąś sensowną odpowiedź na zadawane przez niego pytania.
Biorąc pod uwagę stan mojego umysłu, wychodzi mi naprawdę przyzwoicie do momentu, aż pada pytanie o plany na kolejny bieg. Na nagraniu kręconym przez Marka widać wyraźne zawahanie, zanim z moich ust pada odpowiedź. Muszę to przemyśleć… Jak przebiegłem Lądek-Zdrój… 240 km to już wtedy wiedziałem, że zrobię więcej… A teraz… Wydaje mi się, że… Że już wystarczy… Że… To już jest ten limit… Gdzie… Większe dystanse chyba nie są dla mnie…

8 Września 2024
Ale impreza, co? – Pyta moja żona o pierwszej nad ranem, kiedy wracamy z czterdziestki naszej wspólnej znajomej. Dla nas to wydarzenie na miarę Glastonbury Festival w Anglii. Pierwszy raz od dobrych dziesięciu lat udało nam się, a głównie to mojej małżonce, zostawić smycz w postaci małego bobaska i wyrwać z domu na dłużej niż przysłowiową przerwę w karmieniu. Jak to mówi młodzież, YOLO (You Only Live Once, przyp. tłum.) więc skorzystaliśmy z okazji, podelektowaliśmy się chwilą niczym starzy lambadzirze, a teraz uśmiechnięci wracamy do domu.
– A ty byś chciał taką imprezę? – Ciągnie dalej moja druga połówka.
– Ja?! – Pytam zdziwiony.
– No ty. Przecież u ciebie za pół roku również czwórka z przodu.
Nastaje dłuższe milczenie. Nie to, że mi smutno. Już się z tym pogodziłem, że powoli robi się bliżej do brzegu niż dalej, ale impreza z tej okazji? Zalać robaka i nie móc wstać następnego dnia na bieganko? Kompletnie bez sensu!
– Wiesz co. – Podejmuję ponownie wątek. – Ja to nawet nie znam tylu ludzi, ilu było na tej imprezie, więc w moim przypadku to chyba za bardzo nie ma opcji. Ewentualnie mógłbym zaprosić Wierzbickiego i poszlibyśmy sobie przebiec 40 km z tej okazji.
– No to może chciałbyś się wybrać na jakąś biegową imprezę w ramach prezentu? – Jeszcze nie kończy zdania, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech niczym u niemowlaka na widok mamusi. Już wizualizuję siebie na starcie jakiegoś niesamowitego wyzwania. W uszach rozlega mi się Conquest of Paradise Vangelisa grany przed rozpoczęciem każdej edycji Ultra Trail du Mont Blanc. Całe Chamonix milknie i daje się ponieść temu wzniosłemu utworowi, a gdzieś w środku morza ludzi stoję ja, zwarty i gotowy do podbicia szlaków wokół najwyższej góry Europy. Maui! Maui! Maui! Krzyczy rozradowany tłum na mój widok… yyy… znaczy się, TeamPlutt! TeamPlutt! TeamPlutt! Wydziera się moja żona, ale jej entuzjastyczne wrzaski toną w gwarze tysięcy gardeł, z pośród których każde wspiera każdego innego biegacza. Tak przynajmniej sobie to wyobrażam i uśmiecham się pod nosem. To by było coś! Lepszej czterdziestki bym sobie nie wymarzył. Tylko jak ja mam się przygotować w Piastowie pod Warszawą do biegu w Alpach?

8 Lutego 2025
Trasa o długości 330 kilometrów to mniej więcej tyle co z Warszawy do Gdańska. Przewyższenia na poziomie 24 000 metrów to mniej więcej tyle co dwadzieścia razy ruszyć z Morskiego Oka na Rysy, a potem wrócić tą samą drogą bez kryzysu egzystencjalnego po drodze. Limit czasowy 150 godzin to prawie cały tydzień, razem z weekendem, od poniedziałku do niedzieli, zaledwie bez 18 godzin. Jak się to wszystko wrzuci do gara, ale bez samochodu, zmiennika oraz wszelkich udogodnień umilających podróż, a następnie mocno zamiesza, powstają zawody biegowe pod tytułem Tor des Géants. Kultowy ultramaraton dookoła doliny Aosty, prowadzący u stóp najwyższych szczytów Alp.
Dystans tak absurdalny, że biorąc pod uwagę jego wszystkie parametry, na hasło „pobiegnę to!”, wszyscy słuchacze powinni pukać się w głowy i to mocno, najbliżsi zasugerowaliby wizytę u lekarza, a zwolennicy bardziej radykalnych metod zalecaliby lobotomię. Zatem ile osób może być chętnych do podjęcia się takiego wyzwania, na myśl o którym normalnym ludziom wiotczeją mięśnie czworogłowe ud? Okazuje się, że wcale niemało. Nie jestem odosobnionym przypadkiem tej ultrarzadkiej choroby.
Potrzeba pokonywania absurdalnie długich dystansów pieszo, w górach, w warunkach, które większość populacji uznałaby za niepotrzebne cierpienie, dotyka już znacznej części społeczeństwa. Brak jest skutecznej terapii. Objawy łagodzi jedynie kolejny bieg. Dlatego właśnie na Tor des Géants zapisało się jakieś dwa tysiące osób poza mną, podczas gdy liczba miejsc jest ograniczona zaledwie do tysiąca. Szanse są całkiem uczciwe. 50%. Na dwoje babka wróżyła. Wylosują mnie, albo nie. W każdym razie na liście startowej jestem. Zresztą ku mojemu zdziwieniu wcale nie za darmo, bo Tor des Géants liczy sobie bezzwrotne 10€ za samo zapisanie się na bieg, co oczywiście nie gwarantuje udziału w imprezie.

31 Marca 2025
Nie wylosowali mnie. Nie pomogła ani dogrywka, ani możliwość zapełnienia czterech ostatnich miejsc w formule „kto pierwszy, ten lepszy”. Pociąg z napisem „Prezent na czterdziestkę” właśnie odjeżdża z mojego peronu, a ja jestem zdecydowanie za daleko, żeby go złapać. Trochę lipa, ale płakać nie będę. Żona mi zbyt wiele razy powtarzała: „Co się przejmujesz, nie ten bieg, to inny!”. Zatem przeczesuję najgłębsze czeluście internetu, w poszukiwaniu alternatywy mogącej zaspokoić moje dzikie żądze.
Niestety moja wybredność stanowi przeszkodę nie do przeskoczenia. Szukam czegoś, co roznieci ogień w moich oczach, ale zdecydowana większość imprez już przygasła. Krwawa Pętla, czyli 250 kilometrów wokół Warszawy w 24 godziny niestety już nie jest organizowana. BUT Challenge, 400 kilometrów ekstremalnego biegu po krzakach w ramach Beskidy Ultra Trail również zmarł śmiercią naturalną i nie widnieje w kalendarzach biegowych na 2025 rok. GSB, czyli 520 kilometrów Głównym Szlakiem Beskidzkim, mnie nie interesuje, ponieważ lubię tę nutkę rywalizacji i nie chcę organizować sobie wszystkiego sam. Na The Barkley Marathons nawet nie wiem, jak zaaplikować.
Do tego rozważam całą masę biegów za granicą, ale zawsze jest albo za daleko, albo za wysoko, albo za drogo, albo wymyślam jakiś inny argument, którym przekonuję sam siebie, że nie warto. Strasznie kapryśny ten Pluta. Chyba zostanie mu świętowanie czterdziestki w Piastowie pomiędzy polami kapusty. Choć nawet tego już tak dużo nie zostało, bo deweloperka wbija tu z większym entuzjazmem niż ultrasi na Tor des Géants i areał pod uprawę materiału na kiszonkę wyprzedaje się w tempie zbliżonym do wejściówek na wspomniany bieg.
11 Lipca 2025
Jest! Znalazłem! Bieg idealny! Ma wszystko, czego chcę! Jest cholernie długi dystans, pokonanie którego niejednokrotnie będzie kazało mi przemyśleć podjęcie się takiego wyzwania. Są przepiękne, zapierające dech w piersiach widoki, którymi będę mógł się raczyć przez kilka dni. Jest zupełnie nowe miejsce, w którym jeszcze nigdy nie byłem. Można tam dojechać w jeden dzień. Wprawdzie to nie jest klasyczna pętla, po pokonaniu której wraca się na start. To bieg liniowy. Z punktu A do punktu B. Z Bad Ragaz na wschodzie do Montreux nad jeziorem Genewskim na zachodzie. To nie jest zwykły wyścig. To podróż przez cały kraj.

Crossing Switzerland to prawdziwe monstrum. To 400 km w poprzek Szwajcarii, czyli jeszcze więcej, niż pokonałem podczas Biegu Kreta, po którym zarzekałem się, że większy dystans nie jest dla mnie. Amnezja bólu nie jest oficjalną diagnozą medyczną, jednak w świecie porodów oraz ultramaratonów, to bardzo powszechne zjawisko. Negatywne emocje znikają nieprawdopodobnie szybko, wypierane wręcz przez pozytywne aspekty dalszego życia w cieniu minionych wydarzeń. Okłamałbym samego siebie, gdybym nie przyznał się, że jaram się na samą myśl o uczestnictwie w takiej absurdalnej wyprawie, patrząc na same zdjęcia. Jest to kuszące do tego stopnia, że sam zaczynam kwestionować, czy rzeczywiście mówiłem, że większe dystanse nie są dla mnie. I nie jestem odosobnionym przypadkiem. Pradawne dzieje Ksiąg Ultrasowych, w swoich treściach zadziwiająco podobne do opisu upadku człowieka w Księdze Rodzaju Starego Testamentu, wspominają w rozdziale trzecim o kuszeniu ultrasa.
Ultramaraton jest bardziej przebiegły niż wszystkie biegi, które człowiek stworzył. To on rzekł do ultrasa: „Czy rzeczywiście powiedziałeś, że nie będziesz już biegał większych dystansów?” Ultras odpowiedział ultramaratonowi: „Wszystkie biegi na świecie biegać możemy, tylko o biegach, które są przegięciem pały, sam powiedziałem: nie wolno nam tego biec, ani nawet o tym myśleć, abyśmy nie pomarli!” Wtedy ultramaraton rzekł do ultrasa: „Na pewno nie umrzecie! Ale wewnątrz siebie wiecie, że jeśli pobiegniecie taki bieg, otworzą wam się oczy i tak jak organizatorzy, będziecie znali dobro i zło!”
Ultras spostrzegł, że ten bieg, który jest przegięciem pały, dobrze wygląda, że jego strona internetowa i zdjęcia z poprzednich edycji są rozkoszą dla oczu i że nadaje się on do zdobycia wiedzy. Zapisał się zatem na niego i zapłacił wpisowe i powiedział o tym swojej partnerce, która była z nim, a ona go w tym wsparła. A wtedy otworzyły im się obojgu oczy i poznali, że są w dupie z przygotowaniami. Wdrożyli więc intensywny plan przygotowań do tego biegu i zaczęli go realizować.
Gdy zaś ultras usłyszał kroki swojego własnego sumienia, zbliżające się do niego w porze kiedy był powiew wiatru, skrył się przed sumieniem za plecami swojej partnerki. Sumienie zawołało na ultrasa i zapytało go: „Gdzie jesteś?”. On odpowiedział: „Usłyszałem twój głos w głowie i przestraszyłem się, bo jestem kompletnie bez formy, i ukryłem się.” Rzekło sumienie: „Któż ci powiedział, że jesteś bez formy? Czy może zapisałeś się na bieg, który jest przegięciem pały?” Ultras odpowiedział: „Reklama na fejsie pokazała mi zajawkę tego biegu i się zapisałem” Wtedy sumienie zapytało Centrum Pomocy Facebooka, dlaczego nie reaguje na posty wskazujące na nękanie wyłudzenie lub oszustwo, ale zapytanie to jak zwykle pozostało bez odpowiedzi. Wtedy sumienie rzekło do fejsa: „Ponieważ to uczyniłeś, bądź przeklęty pośród wszystkich portali social media na świecie, na ostatniej stronie w wyszukiwarce Google będziesz się pojawiać i będziesz musiał wyświetlać użytkownikom płatne reklamy, żeby utrzymać się powyżej wskaźnika rentowności. Wprowadzam nieprzyjaźń pomiędzy ciebie a ultrasa, pomiędzy posty twoje, a potomstwo jego, ono nie będzie dawać ci lajków, a ty będziesz spamować go bezmyślnymi treściami.”
Do ultrasa powiedziało: „Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twoich udziałów w ultra. W bólu będziesz biegł, ku swojej partnerce będziesz kierować swoje pragnienia, ona zaś będzie odpoczywać na punktach odżywczych w oczekiwaniu na Ciebie. Ponieważ zapisałeś się na bieg, który jest przegięciem pały, co do którego dałem ci rozkaz w słowach: Większe dystanse nie są już dla ciebie, przeklęte niech będą twoje zmagania w trakcie ultra! W trudzie będziesz węgiel suplementować przez wszystkie punkty odżywcze aż do samej mety! Na skurcze i problemy żołądkowe będziesz cierpieć, póki nie dotrzesz do mety, z której wystartowałeś. Bo ultrasem jesteś i ultrasem na wieki pozostaniesz!”

Pomimo naprawdę dużych nacisków ze strony rozsądku, przegrywam tę nierówną walkę i zapisuję się na Crossing Switzerland, jak to mawiał klasyk, zanim dotrze do mnie, że to bez sensu. Jedyny minus jest taki, że impreza odbywa się co drugi rok, tylko w latach parzystych, więc mój prezent urodzinowy na czterdziestkę odbędzie się ze sporym, rocznym opóźnieniem. Niemniej zamierzam go skonsumować w całości i delektować się nim przez całą długość jego trwania. Jeszcze nie wiem, jak się przygotować do takiego wyzwania, ale rok czasu to wystarczająco dużo, żeby doszlifować formę lub udowodnić samemu sobie, że to po prostu jest głupi pomysł i zawczasu zrezygnować z uczestnictwa.
Mimo wszystko im więcej czytam o tym przedsięwzięciu, tym bardziej wizualizuję sobie siebie samego gdzieś w szwajcarskich Alpach. Wrodzony irracjonalny optymizm pozwala mi znaleźć plusy w wyborze mojego kolejnego wyzwania. Przede wszystkim zdecydowana większość trasy prowadzi wzdłuż zielonego szlaku Via Alpina, a ten usiany jest niezliczoną ilością ujęć wody, pochodzącej ze źródeł bijących wysoko w górach. Pozwala to na relatywnie frywolne gospodarowanie zapasami wody pitnej, ponieważ co kilka kilometrów można ją uzupełnić o każdej porze dnia i nocy. Dla mnie jest to kluczowy element, ponieważ co jak co, ale napić to się lubię i zazwyczaj podczas biegów spożytą wodę liczę wiaderkami, a nie litrami czy nawet galonami.
Dodatkowym aspektem przemawiającym za wyborem Crossing Switzerland jest jego relatywnie niska wysokość maksymalna. Najwyższa przełęcz, którą trzeba będzie pokonać, leży poniżej 2 800 metrów nad poziomem morza, co dla takich prawiczków alpejskich jak ja jest rozsądną opcją na pierwszy wysokogórski bieg. Dla porównania, w przypadku Tor des Géants, o którym myślałem w pierwszej kolejności, kilkukrotnie przekracza się granicę 3 000 metrów, a najwyższy punkt, czyli przełęcz Col du Loson to niecałe 3 300 metrów nad poziomem morza, gdzie o chorobę wysokościową nietrudno. A że problemy żołądkowe to bardzo często nieodłączny element ultra, wolałbym nie dodawać sobie więcej trudności w postaci nudności i rzygania po krzakach.
Nasprzedawałem sobie wystarczająco dużo, bardziej samego siebie nie jestem w stanie przekonać. Wejściówkę już opłaciłem. Nie pozostaje mi nic innego, jak rozpocząć przygotowania do pokonania Crossing Switzerland. To nie będzie równa walka. Zupełnie jak ta Dawida z Goliatem, z tym że ten Dawid zapomniał z domu procy, a Goliat urodził się w górach i spędza w nich każdą możliwą chwilę. Oczywiście w żaden sposób nie sugeruję czy Dawidem jestem ja, czy Crossing Switzerland. Niemniej mam wystarczająco dużo czasu, żeby nie pogrążyć się totalnie, stając na starcie tego wyzwania.



