Backyard Ultra TriCity – Magia liczb i DNF

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
TeamPlutt
DNF w sporcie to oficjalny skrót od angielskiego Did Not Finish (nie ukończył/nie ukończyła). Jest to status zawodnika, który wystartował w zawodach, ale z jakiegoś powodu nie przekroczył linii mety. Powodem może być kontuzja, awaria sprzętu, przekroczenie limitu czasu lub nawet świadoma rezygnacja z dalszej rywalizacji. Wskaźnik ten znajduje się na poziomie zaledwie kilku procent w klasycznych dyscyplinach sportowych, rosnąc do kilkudziesięciu w kolarstwie i narciarstwie zjazdowym. Natomiast bijący ostatnio rekordy popularności Backyard Ultra opiera się na zasadzie odpadania kolejnych zawodników. Tutaj tylko jeden uczestnik kończy bieg jako zwycięzca, a wszyscy pozostali, niezależnie od przebiegniętego dystansu, oficjalnie otrzymują status DNF. Musiałem się przekonać jak to jest wyeliminować wszystkich rywali. Wprawdzie nie do końca mi się udało, ale zabawa i tak była przednia.

Prolog

13 Lutego 2002

Jesteśmy gotowi do startu i już za 90 sekund będziemy wiedzieć kto zgarnie upragniony złoty medal. Komentator tymi słowami rozpoczyna finał łyżwiarstwa szybkiego na torze krótkim podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City. Wśród pretendentów do tytułu sami giganci. W końcu walka o olimpijskie złoto zobowiązuje. No prawie. Na linii startu stoją: Apolo Ohno, faworyt wyścigu z aparycją Apollo Creeda ze słynnego Rocky IV i złotem na dystansie 1500 metrów w kieszeni. Jemu do pełni sukcesu brakuje jedynie akompaniamentu Jamesa Browna w postaci „Living in America” oraz zwycięstwa w tym finale.

Obok stoi Li Jiajun, chiński kolekcjoner kruszcu i najbardziej utytułowany zawodnik w stawce, mogący pochwalić się dziesięcioma złotymi krążkami na swoim koncie. Jest też Soo, młodziutki Koreańczyk, jeszcze bez medali, ale uważany za wschodzącą gwiazdę z ogromnymi szansami na zwycięstwo. Obok nich pręży się Mathieu Turcotte z Kanady z trzema złotymi medalami w swojej karierze, stabilny zawodnik regularnie odnoszący sukcesy na arenie międzynarodowej.

Zatem dlaczego „prawie”? Ano dlatego, że Międzynarodowa Unia Łyżwiarska jasno określa liczbę zawodników na torze, tak żeby zawody mogły być rozgrywane w bezpieczny sposób. Choć „bezpieczeństwo” w kontekście sportu polegającego na szorowaniu ciałem po lodzie przy prędkości 45 km/h i opieranie się dłońmi o taflę, mając kilka centymetrów obok siebie ostre jak brzytwa płozy, które bez problemu przecinają lód i kevlar, o kościach, skórze i mięśniach nie wspominając, potwierdza jedynie bardzo specyficzne poczucie humoru wspomnianej Unii Łyżwiarskiej.

W każdym razie dla dystansu 1000 metrów uczestników jest czterech. Jednak przepisy przewidują dodatkowo start z dziką kartą dla sportowców, którzy w poprzednim etapie zostali faulowani przez rywali i przez to upadli lub stracili szanse na awans. Taka sytuacja miała miejsce w półfinale w Salt Lake City, kiedy to wspomniany Matthieu Turcotte jadąc na pozycji gwarantującej awans został potrącony przez Satoru Terao z Japonii. Właśnie dzięki temu dostał się do finału „na doczepkę” i tak naprawdę jest piątym zawodnikiem na starcie. Natomiast oficjalnym czwartym finalistą stającym w szranki z wcześniej wymienionymi gigantami łyżwiarstwa szybkiego jest Steven Bradbury.

Jest to pierwszy w życiu finał dla tego 28-letniego Australijczyka, a już samo zakwalifikowanie się tutaj jest największym osiągnięciem w jego karierze sportowej. Zresztą nie ma się co dziwić. Czego innego można się spodziewać po gościu pochodzącym z tropikalnego Queensland? Dorastając w miejscu, gdzie lód widuje się głównie na dnie szklanki po drinku, konkurencji do reprezentacji narodowej w łyżwiarstwie szybkim raczej nie miał zbyt dużej. Tym bardziej, że samo określenie „australijski łyżwiarz” brzmi równie dumnie jak Szwajcarska Marynarka Wojenna. Gdy zaczynał swoją karierę sportową, mało kto podzielał jego entuzjazm, a mimo to Steven się nie poddawał. Udało mu się nawet zainspirować innych ludzi do tej ekstramalnej jak na australijskie warunki dyscypliny. Niewielu. Całych trzech, z którymi Bradbury zmontował sztafetę i wywalczył pierwszy w historii Australii medal na zimowych igrzyskach olimpijskich. Brąz na wagę złota w Lillehammer w 1994 roku.

Niestety to był jedyny jego sportowy sukces. W kategorii indywidualnej jego kariera przypominała bardziej kronikę wypadków drogowych i zdecydowanie sugerowała, że nie jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Zamiast medali Steven zbierał kolejne traumy, po których większość zawodników zakończyłaby karierę sportową. Na Mistrzostwach Świata w Montrealu, dzięki bliskiemu spotkaniu trzeciego stopnia płozy rywala ze swoim udem, dorobił się 111 szwów oraz utracił cztery litry krwi. Natomiast w 2000 roku podczas treningu próbował przeskoczyć upadającego zawodnika, jednak zrobił to na tyle nieumiejętnie, że uderzył w barierę ochronną, łamiąc czwarty i piąty kręg szyjny.

Do samego finału w Salt Lake City również zakwalifikował się psim swędem. Ćwierćfinał ukończył jako trzeci i już w zasadzie żegnał się z Olimpiadą, jednak sędziowie zdyskwalifikowali mistrza świata, Marca Gagnona, za zajechanie drogi rywalowi. Dzięki temu Bradbury „wskoczył” na drugie miejsce. Przed półfinałem ogłosił z rozbrajającą szczerością, że jego strategią jest trzymanie się z tyłu i liczenie, że przeciwnicy się poprzewracają. Nie mógł sobie wymarzyć lepszego proroctwa, ponieważ w trakcie wyścigu trzech zawodników zderzyło się, a Steven minąwszy ich wjechał do finału z drugiego miejsca.

A teraz rusza za czterema gigantami, wiedząc że fizycznie nie jest w stanie dorównać młodszym rywalom. Nie ma co się okłamywać. 28 lat na lodzie to już w zasadzie wiek emerytalny. Biologii nie da się przeskoczyć. Z zewnątrz można się ratować botoksem i innym syfem, jednak instalacja hydrauliczna w środku jest nie do ruszenia i pamięta zbyt wiele stłuczek z przeszłości. Dlatego Steven przyjmuje strategię, która pozwoliła mu zakwalifikować się do finału. Zamierza trzymać się z tyłu i mieć nadzieję, że młodziaki zajarają się walką o złoto do stopnia rękoczynów.

Przez pierwsze kilka okrążeń pretendenci do mistrzowstwa olimpijskiego tasują się na prowadzeniu, a różnice pomiędzy nimi są w zasadzie niezauważalne. Przed ostatnim zakrętem ostatniego okrążenia Li podejmuje desperacką próbę zdetronizowania Ohno z pozycji lidera. Atakuje po zewnętrznej. Chłopaki przepychają się barkami, sprawiając wrażenie, że już za chwilę obaj będą kontynuować wyścig na własnych tyłkach zamiast na płozach, jednak jakimś cudem Amerykanin broni swojej pozycji, a jedynym beneficjentem tego manewru jest Koreańczyk Soo, który wchodząc w ostatni wiraż, zajmuje miejsce Chińczyka z drugiego miejsca.

Li, owładnięty ambicją graniczącą z obłędem, nie poddaje się i na 30 metrów przed metą próbuje się wcisnąć pomiędzy dwóch rywali. Brak pokory, jego niestabilna postawa i zbyt duże zagęszczenie łyżwiarzy na torze skutkują utratą równowagi i nurem szczupakowatym wprost w objęcia bandy ochronnej.

W tym samym momencie Ohno delikatnie odjeżdża od krawędzi toru i tu wietrzy swoją szansę Koreańczyk. Te kilka dodatkowych centymetrów kusząco szepczących mu do ucha „bierz nas”, nie pozwala mu zakończyć wyścigu w cywilizowany sposób. Niestety starając się wcisnąć pomiędzy Ohno a markery toru, nie jest w stanie sprostać prawom fizyki. Agresywny atak na zakręcie nie pozwala mu docisnąć w odpowiednim stopniu łyżwy, przez co Koreańczyk powtarza niechlubny manewr Chińczyka, również w kierunku zewnętrznej bandy ochronnej. Co więcej, próbując się ratować rozkłada pokracznie nogi i majta w panice rękami. W konsekwencji jadący za nim Turcotte wplątuje się w jego łyżwy, a prowadzącego Ohno uziemia bezwładne przedramię Soo. Wszyscy trzej lądują na lodzie dosłownie 10 metrów przed metą.

Steven Bradbury w drodze po złoto olimpijskie.

Steven Bradbury, obserwując ten niewiarygodny festiwal destrukcji z bezpiecznej odległości, nawet nie musi przyspieszać. Spokojnie mija pobojowisko upokorzonych łyżwiarzy i jako pierwszy przekracza linię mety, unosząc do góry ręce w geście zwycięstwa i zdobywając upragnione olimpijskie złoto. Na jego twarzy maluje się niedowierzanie godne osoby wygrywającej główną wygraną na loterii, pomimo że zapomniała puścić kupon. Najwolniejszy, najsłabszy, z najmniejszymi szansami na zwycięstwo, pokazał światu, że nie trzeba być najszybszym, żeby wygrać. Nie trzeba też być najlepszym. Wystarczy być upartym, zdeterminowanym i cierpliwym.

5 Lutego 2015

Pełne słońce stojące wysoko za bramką startową zapewnia doskonałą widoczność na całą trasę Birds of Prey w Beaver Creek Resort w stanie Kolorado. Niska temperatura gwarantuje idealną nawierzchnię w postaci twardego i szybkiego śniegu. Brak wiatru pozwala na długie skoki bez ryzyka utraty równowagi. To będzie piękny dzień. Bode Miller nie mógł sobie wymarzyć lepszej pogody na swój powrót.

Stoi w startówce zwarty i gotowy do udowodnienia, że jeszcze jest w stanie namieszać w jednej z najtrudniejszych dyscyplin narciarstwa alpejskiego. Supergigant to dyscyplina dla ludzi o stalowych nerwach i braku instynktu samozachowawczego. Dla każdego zawodnika przewidziany jest tylko jeden pojedynczy zjazd. Nie ma treningów. Nie ma kwalifikacji. Jedyne ułatwienie to możliwość obejrzenia trasy z daleka. Poza tym jest jeden jedyny zjazd, który musi wyjść idealnie. Na szczęście dla 37-letniego Amerykanina, Beaver Creek to jego własne podwórko. To tutaj odniósł aż cztery zwycięstwa w ramach poprzednich Pucharów Świata. Wprawdzie nigdy nie w Supergigancie, jednak jego dorobek w postaci sześciu medali olimpijskich, czterech złotych medali mistrzostw świata i dwóch Kryształowych Kul zobowiązuje.

Byłby murowanym faworytem odbywających się dzisiaj Mistrzostw Świata w Narciarstwie Alpejskim, gdyby nie ta cholerna kontuzja i operacja, której musiał się poddać zaledwie dwa miesiące wcześniej, żeby wyleczyć dokuczającą mu dyskopatię, przez którą nie był w stanie kontynuować treningów. Wprawdzie lekarze tłumaczyli mu, że tak szybki powrót do zawodowego ścigania po mikrodiscektomii to istne szaleństwo, ale ludzie pokroju Millera traktują rekomendacje medyczne mniej więcej tak, jak przeciętny obywatel instrukcję do tostera. Bode im pokaże, że to tylko opinie i nic więcej.

Zaprojektowana w 1999 roku trasa Birds of Prey uważana jest za jedną z najtrudniejszych na świecie. Jest stroma i bardzo techniczna, ze średnim nachyleniem na poziomie 30%. Dlatego od samego relatywnie płaskiego startu Bode Miller bardzo szybko nabiera ogromnej prędkości. Dosłownie przyklejony do stoku, sunie pomiędzy tyczkami mijając je możliwie jak najbliżej, ścinając zakręty do absolutnego minimum.

Taktyka się opłaca, bowiem już na pierwszym pomiarze czasu Amerykanin zyskuje jedenaście setnych sekundy przewagi nad prowadzącym Austriakiem. Być może brzmi to śmiesznie, ale przy prędkości 110 km/h, którą osiąga Miller, to już całkiem sporo. Co więcej, Amerykanin nie ma o tym pojęcia, więc w ogóle nie odpuszcza i leci dalej w dół na złamanie karku, powiększając swoją przewagę do ponad pół sekundy na drugim pomiarze czasu, zaraz za połową trasy.

Takie tempo w zupełności wystarczyłoby na zdobycie złotego medalu z gigantyczną przewagą nad konkurentami. Kibice zgromadzeni na trybunach wpadają w euforię, a ich ryk słyszalny jest wysoko w górze. Niewykluczone, że dociera nawet do uszu Bode Millera. To jest to! Paliwo, którym żywi się najbardziej utytułowany amerykański alpejczyk. Prędkość i agresywna jazda, dokładnie tak, jak lubi. To jego pierwszy oficjalny start w zawodach od jedenastu miesięcy, a Bode od razu wskakuje do światowej czołówki i tym przejazdem bardzo skutecznie ucisza niedowiarków.

Zostaje mu do pokonania najtrudniejszy odcinek trasy, nazywany potocznie The Golden Eagle. Tę serię ciasnych zakrętów na tępym lodzie Miller pokonuje pędząc z prędkością 100 km/h, odpychając barkami tyczkę za tyczką. Jest to standardowa technika jazdy w supergigancie, którą Amerykanin przez lata dopracował niemalże do perfekcji. Prawie dwie dekady spędzone w narciarstwie zawodowym dają mu poczucie pewności na tym zdradliwym odcinku, jednak ten sport nie wybacza nawet najmniejszych błędów w czasie jazdy.

Na jednym z ostatnich wiraży Bode ścina zakręt zbyt mocno. Jego bark nie odpycha tyczki na zewnątrz skrętu, co umożliwiłoby mu swobodny przejazd. Amerykanin łapie ją pomiędzy swoje ramię a tułów. Tyczki na supergigancie są przytwierdzone do ziemi mocną gumą i śrubą, więc jeśli nie zostaną położone, działają jak hamulec bezpieczeństwa.

Przeszkoda, na którą władował się Bode Miller, dosłownie wyrywa go z butów. Jego bezwładne ciało obraca się wokół własnej osi i ląduje na zmrożonym śniegu głową w dół. Równocześnie jedna z jego idealnie naostrzonych nart bez najmniejszego problemu przecina w locie napotkane na swojej drodze kombinezon, bieliznę termiczną, skórę oraz ścięgno podkolanowe, podczas gdy Amerykanin koziołkuje w dół po stoku przez kilkadziesiąt metrów, wzbijając do góry lodowe kryształki trasy. Kibice zamierają w przerażeniu na kolejne sekundy, kiedy ciało Millera sunie po trasie, nie mogąc się zatrzymać.

Bode Miller w układzie horyzontalnie odwróconym – technika własna.

Gdy pęd Bodego spada na tyle, że przestaje się on mimowolnie turlać po stoku, udaje mu się usiąść na tyłku i pokonać ostatnie kilkadziesiąt metrów sunąc w dół trasy niczym dziecko na dupoślizgu na osiedlowej górce. Równocześnie podnosi swoją lewą rękę i pozdrawia kibiców dając im znać, że nic mu nie jest. Choć tak naprawdę jest bardzo daleko od rzeczonego niczego. Mocno poturbowany, przyzna później, że czuł się jak po zderzeniu z ciężarówką. Krew leje mu się do buta. Upragnione przez niego zwycięstwo jest już kompletnie poza jego zasięgiem. Zresztą nie tylko zwycięstwo. Przejazd w supergigancie jest zaliczony, jeśli zawodnik prawidłowo ominie wszystkie bramki i zjedzie do mety na obu nartach.

Mimo że, ku zdziwieniu wszystkich kibiców, Bode Miller podnosi się po tym wypadku o własnych siłach i jest w stanie zjechać do mety na przypiętych na powrót nartach, nie dowozi wyniku zgodnego z regulaminem. Był najszybszy. Był na najlepszej drodze do zwycięstwa. Niestety kończy ze statusem DNF. Did Not Finish.

19 Czerwca 2016

Kazuki Nakajima, znakomicie rokujący, trzydziestojednoletni japoński kierowca wyścigowy, ściska z całej siły kierownicę prowadzonego przez siebie potwora. Tysiąc koni mechanicznych zamkniętych pod skorupą z włókna węglowego, potrafiących rozpędzić Toyotę TS050 Hybrid do prędkości 340 km/h naparza w tłoki z większą furią niż Dirk Verbeuren, słynny perkusista heavy metalowej kapeli Megadeth. Mechaniczny demon prędkości pracuje na najwyższych obrotach, żłopiąc wysokooktanowe paliwo z entuzjazmem godnym czołgu na poligonie, a to wszystko dlatego, że zastosowany w nim system odzyskiwania energii 8MJ mógłby z powodzeniem zasilić dom jednorodzinny i to już po jednym okrążeniu. Bez tego wspomagania Toyota potrzebowałaby do jazdy więcej paliwa rakietowego niż startujący Atlantis, ostatni wahadłowiec NASA, który kiedykolwiek wyleciał w przestrzeń kosmiczną.

Po ponad 5 000 kilometrów pokonanych na Circuit de la Sarthe, Nakajima już powoli zaczyna wybierać kolor krawata pod dekorację zwycięzców. Jego zespół prowadzi w tegorocznym dwudziestoczterogodzinnym Le Mans już od dobrych kilku godzin, pomimo samych przeciwności losu. To Porsche i Audi miały przewagę w kwestii doświadczenia i technologicznych rozwiązań zastosowanych w ich pojazdach. Co więcej, to drugi zespół Toyoty, z załogą o stabilności emocjonalnej zbuntowanych nastolatków z gimnazjum, skradł show drużynie Nakajimy i tasował się z liderami przez pierwszą część wyścigu. Wszystko po to, by objąć prowadzenie zawodów już od siódmej godziny. A jednak od drugiej połowy wyścigu, aż do teraz, na 10 minut przed końcem zawodów, to właśnie samochód numer 5 zespołu Toyota Gazoo Racing, prowadzony aktualnie przez Nakajimę, pruje do mety z minutową przewagą nad Neelem Janim, kierującym podrasowanym do granic możliwości Porsche 919.

Niemiecki zespół jedzie równo, jednak przy tych prędkościach, nie ma już możliwości dogonić Toyoty na torze i najprawdopodobniej nie obroni tytułu z poprzedniego roku. Sześćdziesięciosekundowa przewaga japońskiego zespołu przekłada się na dobre 5 kilometrów zapasu nad drugim zespołem. Nakajima chciałby się uśmiechnąć, ponieważ ze słuchawek docierają do niego radosne okrzyki rozpoczynającego się świętowania w garażu Toyoty. Niestety nie może sobie na to pozwolić. Musi pozostać w pełni skupiony jeszcze przez 10 minut, dostając od swojego zespołu polecenie trzymania rytmu i dowiezienia auta.

Pogrążając się jeszcze bardziej, Neel Jani zjeżdża na szybki pit-stop na tankowanie, żeby nie ryzykować pustym bakiem na ostatniej prostej. Tymczasem przewaga Toyoty nie rośnie. Nadal wynosi minutę. Coś jest nie tak. – Melduje Nakajima przez radio, ale nie jest w stanie doprecyzować, gdzie leży problem. Jego auto nadal jedzie, ale traci coraz więcej mocy. Rozpoczyna się dramatyczna konsultacja przez radio. Inżynierowie japońskiego koncernu proszą kierowcę o uruchomienie standardowej procedury w takim przypadku, czyli restart systemów hybrydowych. W sportach motorowych jest to trochę bardziej skomplikowana operacja niż wyłączenie silnika i odpalenie go ponownie, jednak już po chwili Japończyk kontynuuje jazdę. Wprawdzie jedzie znacznie wolniej, niż by tego chciał, jednak na trzy minuty przed końcem dwudziestoczterogodzinnego wyścigu jego przewaga jest nadal solidna.

Przy barierce zbierają się już członkowie zespołu Toyoty, gotowi do świętowania tego historycznego zwycięstwa. Pierwszego po osiemnastu nieudanych próbach toczących się od 1985 roku. Nareszcie, po pięciokrotnym wicemistrzostwie Le Mans, uda się przełamać wieloletniego pecha i zrobić krok naprzód. A przynajmniej wszystko na to wskazuje.

Niestety, schłodzony szampan będzie musiał jeszcze trochę poczekać. Zespół Toyoty staje się bowiem świadkiem katastrofy. Na prostej startowej Nakajima zwalnia i ostatecznie zatrzymuje samochód przy barierkach, na oczach całego swojego zespołu. I have no power! I have no power! – Japończyk desperacko krzyczy przez radio z nadzieją, że ktoś włączy mu na powrót prąd. Inżynierowie starają się przeprowadzić procedurę restartu systemu, jednak nic nie pomaga.

Toshio Sato, szef zespołu Toyota Gazoo Racing, z niedowierzaniem wpatruje się w monitor, na którym jeden z najszybszych samochodów świata stoi w miejscu. Nie rozumie, co się dzieje. Zresztą nie tylko on. Na tym etapie nikt nie ma pojęcia, że za awarię odpowiedzialny jest krótki przewód ciśnieniowy pomiędzy turbosprężarką a intercoolerem, niemożliwy do naprawienia na torze.

Niecałą minutę później Neel Jani mija zaparkowaną Toyotę, obejmując prowadzenie w wyścigu, a w garażu Porsche wybucha euforia. Mechanicy, jeszcze przed chwilą pogrążeni w żałobie, teraz rzucają się na siebie, przytulają, krzyczą w wniebogłosy i z radości tarzają po ziemi, sami nie mogąc uwierzyć w ten nieprawdopodobny scenariusz. W tym samym czasie inżynierowie Toyoty zalewają się łzami, a część z nich odwraca się plecami do toru, nie mogąc dalej patrzeć na wymykające im się z rąk zwycięstwo.

Studium zbiorowego niedowierzania w układzie pionowym. Kadr natywny, bez filtrów.

Po wielu nieudolnych próbach, Nakajimie udaje się w końcu ruszyć pojazd jednak toczy się po torze wyścigowym z godnością emeryta w niedzielne popołudnie, co nasuwa skojarzenia do marszu wstydu rodem z Gry o Tron.

Kilka chwil później wszystko staje się jasne. Porsche wygrywa po raz kolejny 24h Le Mans, a na Toyotę spada jeszcze jeden cios, ostatecznie upokarzający ich występ. Zgodnie z przepisami wyścigu, ostatnie okrążenie musi być pokonane w czasie nie dłuższym niż 6 minut. Tylko i wyłącznie ostatnie. Długość każdego innego jest dowolna. Natomiast to liczone od momentu przekroczenia linii startu po upływie 24 godzin nie może trwać więcej niż 360 sekund. W przeciwnym razie okrążenie nie jest zaliczane, tak jak to ma miejsce w przypadku Nakajimy. Jego postój oraz powolna jazda po ponownym uruchomieniu silnika skutkują znacznie dłuższym czasem spędzonym na okrążeniu, niż regulaminowe sześć minut. W konsekwencji auto numer 5 zespołu Toyota Gazoo Racing otrzymuje status „niesklasyfikowany”. Nie tylko tracą prowadzenie w wyścigu, ale przegrywają absolutnie wszystko. Not Classified. Taki odpowiednik DNF. Did Not Finish.

21 Października 2025

W Backyard Ultra nie uznaje się dotychczasowych zasług. Nawet wyniki z poprzednich zawodów w tej samej formule znaczą tutaj tyle, co zeszłoroczny śnieg, co w tym momencie jest zresztą brutalnie udowadniane przy okazji Mistrzostw Świata w Backyard Ultra na farmie samego Lazarusa Lake’a. Dwa dni wcześniej jeden z naszych faworytów, Łukasz Wróbel, zaliczył DNF i odpadł z rywalizacji już po siedemnastym okrążeniu z powodu zbyt intensywnych skurczów mięśni, a drugi z nich, Bartek Fudali, dosłownie przed chwilą został zdyskwalifikowany po 61 pętlach za nieprzepisowe przekroczenie linii mety, jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Obaj są w stanie biec przez pięć dni, a na najważniejszej imprezie typu Backyard Ultra zostali zatrzymani przez siły wyższe. Zresztą nie tylko oni. Cała masa faworytów odpadła na znacznie wcześniejszym etapie. Legendarny Sam Harvey z Australii, który ma na swoim koncie 118 pętli, czyli drugi najlepszy wynik Backyard Ultra wszech czasów, poddał się zaledwie po 24 godzinach. Podobnie, zdecydowanie poniżej oczekiwań, wypadli Belg Kenneth Vanthuyne, Australijczyk Simon McLean czy Japończyk Minoru Tanaka, którzy odpadli poprzedniego dnia.

Te mistrzostwa świata doskonale pokazują, jak bardzo specyficznym biegiem jest Backyard Ultra. Można powiedzieć, że to swojego rodzaju towarzyskie samobójstwo na raty. Zasady są banalnie proste. Pokonuje się w nim pętlę o dystansie niewiele ponad 4 mil, co odpowiada niecałym siedmiu kilometrom. Haczyk polega na tym, że trzeba wystartować co godzinę. O każdej pełnej godzinie bije dzwon oznaczający start, a każdy uczestnik musi odpowiedzieć na wezwanie i ruszyć w drogę. Samemu. Bez najmniejszego wsparcia. Bo kto potrzebuje jakiejkolwiek pomocy na siedmiokilometrowym biegu? Nie jest trudno pokonać taki dystans w godzinę. Z tą tylko różnicą, że tutaj godziny się sumują, więc w pewnym sensie nie jest to bieganie, a nowa, zupełnie odmienna dyscyplina sportowa. Różni się zasadniczo zarówno od wyścigów na czas, gdzie należy pokonać jak największą odległość w określonym czasie, jak i od zawodów na dystans, w których trzeba ukończyć bieg w jak najkrótszym czasie.

Backyard Ultra to konkurs na wolę zwycięstwa. Zawody na liczbę podejść do linii startu. Jest tutaj tylko jedna strategia, która zawsze wyłania zwycięzcę. Wystarczy być gotowym o pełnej godzinie do kolejnej pętli i ukończyć ją w 60 minut, dopóki nie zostanie się jedyną osobą będącą w stanie nadal brać udział w zawodach.

W Backyard Ultra wszystko rozgrywa się w głowie, gdzie toczy się bezustanny dialog pomiędzy dwiema częściami rozumu. Jedna z nich doskonale zdaje sobie sprawę, po co tutaj jest i co ma robić. Z kolei druga z godną największego podziwu elokwencją produkuje tysiące powodów, dla których warto odpuścić i dlaczego to wszystko nie ma najmniejszego sensu. To fascynujący proces, w którym połowa mózgu próbuje przekonać drugą, czyja prawda jest „mojsza”.

fot: Aneta Mikulska: Bartek Fudali zdyskwalifikowany po przebiegnięciu ponad 400 km.

Taki właśnie jest Backyard. Surowy i bezlitosny. Bez miejsca na najmniejsze negocjacje. Ten format nie wybacza żadnych błędów i jest tylko jeden sposób, żeby trwać w nim z godziny na godzinę. Tutaj liczy się współzawodnictwo. Nie da się być gigantem w Backyard Ultra bez odpowiedniego przeciwnika. Ta formuła sięga do podstaw rywalizacji, gdzie oponent jest paliwem, a nie przeszkodą. Rywalizacja ze słabszym nie ma sensu, bo niczego nie uczy i nie buduje formy. Tylko godny przeciwnik potrafi wycisnąć z Ciebie to, o co sam byś się nigdy nie podejrzewał. Samotny biegacz w Backyardzie nie istnieje. Natomiast jego rywal zmienia to wydarzenie w epopeję.

Backyard Ultra upraszcza to założenie do minimum. Gdy odpada Twój ostatni przeciwnik, kończysz grę. Nie da się ugrać więcej. Nieważne, czy przebiegło się 10, czy 100 pętli. Tak właśnie było na Legends Backyard Belgium w 2025 roku, kiedy to Łukasz Wróbel wygrał z Janem z Belgii dopiero na 114. okrążeniu. Jednak gdyby jednego z nich zabrakło w tym wydarzeniu, drugi wygrałby już na sześćdziesiątej pętli. Tymczasem we dwóch pokonali jeszcze prawie 400 km, zanim Belg stracił siły.

W Backyard Ultra zawodnicy są od siebie uzależnieni. Żyją w toksycznej symbiozie i doskonale zdają sobie z tego sprawę. Życzą swoim przeciwnikom jak najlepiej, a równocześnie robią wszystko, co mogą, żeby ich złamać. Każdy chce, żeby jego backyardowy przeciwnik wytrzymał jeszcze jedną pętlę i równocześnie obawia się, że sam może paść pierwszy.

To fascynująca gra z własną psychiką. Nikt nie wie, ile potrwa Backyard Ultra. Może to być jeszcze godzina, a równie dobrze pełna doba. Albo nawet dwie. Skoro przy zaledwie dwóch zawodnikach w Belgii impreza trwała jeszcze przez 57 godzin, to granice ludzkiej wytrzymałości nadal są w fazie testów. Z pewnością, prędzej czy później, ten zwariowany rekord zostanie wyśrubowany jeszcze bardziej. Ku uciesze kibiców i fizjoterapeutów.

Przygotowania

11 Stycznia 2026

Trudno o bardziej spektakularne zwieńczenie moich zmagań na zimowej edycji Backyard Ultra First & Original. Po 24 okrążeniach melduję się na mecie z najlepszym czasem i zgarniam nagrodę główną. Wprawdzie nie jest to Mercedes ani nawet używany Opel, a jedynie trochę supli od sponsora tytularnego. Wolałbym auto, ale środki wspomagające też się nie zmarnują. Co więcej, obok chemii w proszku inkasuję jeszcze coś znacznie cenniejszego, ale też bardzo ulotnego, a tym samym dla mnie bezcennego. Solidny zastrzyk endorfin oraz poczucie nieśmiertelności na pozostałą część sezonu, który dopiero co się rozpoczął. Jestem przekonany, że teraz mogę wygrać wszystko, łącznie z wyborami parlamentarnymi i tegoroczną Eurowizją. Skoro tutaj poszło mi tak dobrze, to zaczynam naiwnie przypuszczać, że formuła Backyard Ultra w pełnym wymiarze również przypadnie mi do gustu. Tym bardziej że mając support w postaci Daniela, moja nadzieja na przyzwoity wynik bardzo szybko ewoluuje w stronę pewności.

Jeszcze tego samego dnia podpytuję mojego przyjaciela, czy ma ochotę waflować przy pełnej edycji. W odpowiedzi dostaję pokaźną ilość entuzjazmu pomieszaną z ambitnymi planami pobicia polskiej sceny Backyard Ultra. Piękna wizja, choć mam świadomość, że w formule, gdzie przede wszystkim decyduje wytrzymałość, a tempo gra marginalną rolę, nie pójdzie mi już tak lekko.

15 Stycznia 2026

Kalendarz biegów Backyard Ultra w Polsce obejmuje 10 imprez w pełnej formule i 4 dodatkowe trwające 24 godziny. Te odpuszczam. Tutaj zgarnąłem już wszystko, co było do ugrania, więc naturalnym kolejnym krokiem jest podniesienie sobie poprzeczki wyżej, co jedynie potwierdza, że moje zamiłowanie do biegania to choroba postępująca. Lekarstwa do tej pory nie wynaleziono, choć NFZ być może rozważyłby opcję refundacji lobotomii.

Kalendarz biegów Backyard Ultra dostępnych w Polsce.

Zatem gdzie najlepiej zacząć? Która lokalizacja będzie mi pasować terminowo, biorąc pod uwagę, że na wakacje już mam swoje nieracjonalne ultra plany? Największą bolączką w Backyard Ultra jest dla mnie deficyt cywilizowanych toalet. Zbyt często podczas biegów wychodzę ze swojej strefy komfortu w tym temacie, jednak korzystanie z toi-ków nadal wzbudza we mnie skrajnie negatywne emocje. Dla mnie jest to trauma, której nie da się przepracować i nadal dziwię się ludziom, którzy traktują te plastikowe wrota piekielne jako cokolwiek innego niż ostatnią deskę ratunku przy odprawianiu egzorcyzmów na własnym organizmie. Tym samym nie mam pojęcia, jak rozwiązać ten logistyczny węzeł gordyjski, skoro geneza Backyard Ultra wywodzi się z ogródka, gdzie infrastruktura, jeśli jakakolwiek istnieje, to sprowadza się raczej do warunków mocno spartańskich. Na luksusy nie ma co liczyć, a ja przecież tak bardzo lubię komfort i czystość, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie sanitarne.

Z pomocą przychodzi mi Backyard Ultra Tricity. Zawody rozgrywane pod koniec kwietnia na wyspie Sobieszewskiej. Idealnie wpisuje się to w mój kalendarz, nie kolidując z moim głównym biegiem w tym sezonie, który będzie miał miejsce w lipcu. Zamykam oczy i słyszę ten szum fal, wiatr bujający strzelistymi sosnami i nadmorską przestrzeń z plażami szerokimi jak moje ambicje odnośnie Backyard Ultra. Jestem już tak nakręcony, że biorę głęboki wdech, licząc na posmakowanie w nozdrzach morskiej bryzy pomieszanej z żywicą sosen i aromatem smażonej flądry, niestety aż tak wspaniale to nie działa. Mimo wszystko widzę tam siebie. Rezerwat przyrody Mewia Łacha, dzikie życie na żywo w postaci wygrzewających się lub dryfujących przy brzegu organicznych batyskafów, potocznie zwanych fokami, i ja, tłukący kilometry pod kolejną cegiełkę w drodze do Barkley Marathons. Już mam ochotę się pakować i jechać.

Ale to nie wszystko. Miejsce to tylko otoczka. Backyard Ultra Tricity ma jeszcze jeden atrybut, którym bije na głowę inne tego typu zawody i stanowi idealny wabik dla takich delikatesów jak ja. Otóż baza zawodów znajduje się na terenie ośrodka wczasowego Wakacje z Alicją. Miejsce, w którym czas nie tyle się zatrzymał, ile wręcz wyzionął ducha i to dobre kilkadziesiąt lat temu. Stoją tam domki będące bardzo dawno temu synonimem luksusu i majętności. Dziś natomiast wieje w nich PRL-em i wilgocią nie do wywietrzenia. Dykta pamiętającej pierwsze wizyty papieża w Polsce dopełnia tragicznego obrazu miejsca, w którym można by kwaterować ludzi z wyrokami na ciężkie roboty. Zdecydowanie nie jest to miejsce, które wybrałbym na wakacje z rodziną.

Co innego z najlepszym kumplem w ramach bazy pod ultra. Bieżąca woda, prysznic i prywatna toaleta to luksus, jakiego nie uświadczy się na co dzień podczas Backyard Ultra. Te logistyczne udogodnienia to awans społeczny na miarę rewolucji przemysłowej. Zamiana chusteczek nawilżanych na ciepły prysznic i ceramiczną umywalkę pozwoli zapomnieć o trudach trasy. Własna toaleta zamiast publicznej, w której nawet nie wiadomo, czy ostaną się choćby resztki papieru toaletowego, to mentalny spokój godny nepalskich mnichów. Mydło zamiast płynu do dezynfekcji rąk, w duecie z bieżącą i ciepłą wodą będzie legalnym dopingiem dla mojej psychiki, a w trakcie pętli będę mógł sobie recytować słynną mantrę o byciu kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora. I to bez tego całego wulgarnego zakończenia. Żyć, nie umierać. Wakacje pełną gębą. Tyle że w biegu.

Tak to widzę oczyma wyobraźni.

4 Lutego 2026

Po ponad trzech tygodniach od zimowej edycji Backyard Ultra w końcu mogę wrócić do treningów. Regeneracja odrobinę mi się przedłużyła ze względu na ten specyficzny czas w roku, w którym pełnoetatowe ogarnianie potomstwa bardzo sprawnie sabotuje znajdowanie czasu na choćby najmniejszą jednostkę treningową – mowa o feriach zimowych. Na wszelki wypadek spakowałem buty biegowe, naiwnie łudząc się, że znajdę chwilę na rozbieganie. W końcu nie samymi nartami człowiek żyje, a góry to nie tylko sterylne trasy zjazdowe, ale również bardzo przyzwoity poligon biegowy. Niestety rzeczywistość oraz imperatywne potrzeby trójki dzieci totalnie zdominowały grafik całego dnia i wymusiły na mnie dodatkowy tydzień odpoczynku od truchtania.

A teraz w końcu wybiegam z domu, czując się jak pies spuszczony ze smyczy, któremu przez ostatni miesiąc ktoś pokazywał kawałek soczystej kości przez szybę. Pomimo nadal zalegającego śniegu i chronicznego braku słońca brykam radośnie, merdając wyimaginowanym ogonkiem w podskokach. Ale zaraz… Co jest? Zaledwie po kilku krokach w obu Achillesach zaczynam odczuwać bardzo nieprzyjemny dyskomfort. Kilka lat w ultra solidnie przesunęło mój próg bólu na poziom niedostępny dla zwykłych śmiertelników, więc skoro to, co odczuwam tuż przy piętach bardzo szybko wychodzi poza strefę komfortu, to znaczy, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Zaliczywszy na siłę marne pięć kilometrów, wracam do domu żółwim tempem i zaczynam się zastanawiać co w ogóle się dzieje.

13 Lutego 2026

Nie jest źle. Z wizyty u ortopedy i badania USG wynika, że przyczepy ścięgna Achillesa są w nienaruszonym stanie. Struktury włókienkowe są całkowicie zachowane. Brak również jakichkolwiek oznak zapaleń kaletki. Można by rzec, że nie wiadomo co panu dolega, gdyby nie tkanka tłuszczowa w tylnej części stawu skokowego, potocznie zwana ciałem Kagera. Funkcją tej struktury anatomicznej jest amortyzacja i mechaniczna stabilizacja ścięgna Achillesa. Niestety wszystko ma swoje granice wytrzymałości, a jej przeciążenie, o które wcale nie trudno przy mojej intensywności treningów, prowadzi do stanu zapalnego, a w konsekwencji do paraliżującego bólu. I tu właśnie doktor Tomasz, jeżdżący po moich piętach głowicą ultrasonograficzną, zauważa mocno zwiększone przekrwienie.

Ja nie wiem, o co chodzi z tymi diagnostami. Zbyt wiele razy miałem robione USG, żeby nie zacząć podejrzewać, że to jakaś forma ezoteryki. Właśnie dlatego do tej pory nie zainwestowałem we własny sprzęt do takich badań. Driftowanie sobie sondą po różnych częściach ciała zapewne jest przednią zabawą, zwłaszcza jeśli zaangażować w to dzieci, ale jeszcze trzeba umieć to wszystko zinterpretować. Dla mnie te czarno-białe plamki na monitorze to niewiele więcej niż cyfrowy deszcz rodem z Matrixa, pomieszany ze starożytnymi hieroglifami. Tymczasem doktor Tomasz z uśmiechem na ustach wbija swój palec w ekran, znalazłszy źródło problemu, i tłumaczy mi jak dziecku. O! Niech pan spojrzy tutaj! Stąd bierze się ten ból!

O! Tutaj proszę pana!

Może to ze mną jest coś nie tak? Może normalni ludzie umieją to czytać. Ja w każdym razie nie potrafię. A nawet gdybym był w stanie, to wolałbym, żeby się tym zajął ktoś wyspecjalizowany w dziedzinie ortopedii i traumatologii narządów ruchu. Ja nawet nie chcę umieć tego czytać, bo to będzie ciągnąć za sobą jedynie niepotrzebne wątpliwości i chęć kwestionowania gościa, który na portalu ZnanyLekarz.pl ma 215 opinii i średnią z ocen 5.0. Dlatego jedynie posłusznie kiwam głową, dodając niewyraźne „mhm” i czekam na pełną diagnozę.

Pozostałych wad wrodzonych brak, zatem rozpoznanie zamyka się w zwięzłym komunikacie: „choroba tkanek miękkich związana z ich używaniem, przeciążeniem i przemęczeniem.”. Zaleca się terapię manualną, rolowanie, ultradźwięki oraz podoskopię z ewentualnymi wkładkami dedykowanymi.

Po wyjściu z gabinetu studiuję uważnie kalendarz. Do zawodów zostało niewiele ponad 2,5 miesiąca. Wystarczająco dużo czasu, żeby zrobić przymusową dłuższą przerwę i wyjść w pełni z kontuzji. Jednak trzeba to zrobić z głową. Sama pauza nie wystarczy. Muszę maksymalnie skrócić okres rekonwalescencji. Sięgam więc po telefon i wykorzystuję wszystkie dostępne mi koła ratunkowe, żeby moja ponadprogramowa przerwa trwała jak najkrócej.

W pierwszej kolejności próbuję się złapać z Mariuszem, moim fizjoterapeutą, który już niejednokrotnie prostował mnie przy podobnych awariach systemu. Na samą myśl o tej wizycie, czuję się jak przed startem w ultramaratonie. Już teraz wiem, że będzie boleć, ale gdzieś tam dalej czeka na mnie meta w postaci zdrowego układu ruchu. Pamiętam doskonale, co potrafią dłonie tego człowieka i już dostaję dreszczy na myśl o doznaniach, jakie mi zapewni w swoim gabinecie. I bynajmniej nie jest to spowodowane ekscytacją. Niemniej jestem przekonany, że radykalnie przyspieszy to moją regenerację, dlatego biorę głęboki wdech i wykonuję połączenie rezerwując termin jeszcze na dzisiaj.

Natomiast drugie koło ratunkowe to Wojtek, z którym próbowałem się umówić już od dłuższego czasu, ale zawsze mi go brakowało. Wierzę, że człowiek, który zawodowo zajmuje się analizą biomechaniki ruchu, do tego sam siedzi w biegach ultra od ponad dwóch dekad, z powodzeniem wpisze się w realizację części skierowania dotyczącej wizyty u podologa. Ostatni raz takie badanie robiłem jakieś 10 lat temu, więc warto byłoby odświeżyć papiery i sprawdzić czy nadal jestem zdolny do służby.

25 Lutego 2026

Spodziewałem się konieczności odwiedzenia specjalistycznego laboratorium z wyrafinowanym sprzętem do badania stóp. Tymczasem Wojtek bardzo szybko wyprowadza mnie z błędu, najpierw każąc mi przesłać zdjęcie gołych stóp, a potem ustawiając spotkanie w mecce biegaczy z południowo-zachodniej części Warszawy, czyli na stadionie RKS Ursus. Nie kłócę się, zakładam, że wie co robi. Aczkolwiek muszę przyznać, że rozpoczynanie nowej znajomości od przesłania komuś zdjęcia konkretnej części swojego ciała wzbudza we mnie pewne opory. Gdyby nie fakt, że działamy z polecenia, raczej zablokowałbym ten numer, albo zgłosił gdzieś szerzenie fetyszyzmu. Jeśli jednak faceta rekomenduje jedna z najmocniejszych biegaczek z Bielska, jeśli nie z całego województwa śląskiego, to grzechem byłoby nie spróbować. Tym bardziej że spotkanie jest ustawione w miejscu publicznym, więc porwanie raczej nie wchodzi w grę.

Po wymianie uprzejmości mam się przebiec kawałek po bieżni, tak żeby Wojtek widział, jak układają się moje stopy. Ledwo ruszam, ale po pokonaniu zaledwie kilku metrów słyszę przerażony jego przerażony głos: „Dobra! Dobra! Już wystarczy”. Zdziwiony odwracam się w jego stronę i widzę jak zasłania twarz dłonią, zupełnie jakby moja technika biegu szczypała go w oczy. Próbuję to zbagatelizować, tłumacząc sobie, że tak naprawdę razi go słońce. Jednak gdy on po chwili dodaje „I ty tak biegasz?!”, zaczynam się zastanawiać, czy moją motoryką jest naprawdę aż tak źle.

Wojtek bierze do ręki moje buty, ogląda je z precyzją rzeczoznawcy, po czym zasypuje mnie całym szeregiem argumentów świadczących o tym, że mam błędnie dobrane obuwie. ChatGPT robi tak samo, ale po zadaniu odpowiedniego promptu, tymczasem on sypie nimi z rękawa bez najmniejszego zająknięcia. Wygląda na to, że na świecie nadal istnieją ludzie, którzy znają się na swojej robocie.

Dowiaduję się, że relatywnie głębokie wcięcie w śródstopiu konstrukcji moich Mizuno Wave Rider zupełnie nie współgra z moją anatomią. Oczywiście ich przebieg na poziomie ponad tysiąca kilometrów jedynie bardziej pogarsza sprawę. Z pewnością przy nowej parze ten czynnik jest mniej zauważalny, jednak z każdym kolejnym krokiem ich konstrukcja zapada się do wewnątrz, fundując moim Achillesom powolną egzekucję.

Tu się zgina… dziób pingwina…

Rozmawiamy o rożnych markach, które miałem przyjemność lub nieprzyjemność testować, a mój rozmówca bez namysłu wskazuje dobre i złe technologie zastosowania w poszczególnych modelach, zupełnie jakby każdy z nich projektował i osobiście testował. Używa przy tym na tyle dużo technicznych terminów, że pod koniec drugiego zdania nie pamiętam, co mówił w pierwszym, niemniej nadal odnoszę wrażenie, że gość zna się na rzeczy. Nie da się tak barwnie konfabulować przez dłuższy czas. Na koniec dostaję zlecenie wykonania trójwymiarowej diagnostyki stóp, żeby Wojtek mógł w rzeczywistości dopasować dla mnie odpowiedni oręż. Dlaczego ja nie spotkałem się z takim człowiekiem 15 lat wcześniej?

W świecie zdominowanym przez agresywny marketing, w którym niemal każdy próbuje mi wcisnąć zestaw luksusowych garnków lub maść na wszystko, łącznie z bólem dupy i odrastaniem odrąbanych kikutów, spotkanie takiego człowieka to jak wygrana na loterii. Widać wyraźnie, że nie interesuje go prostacka sprzedaż modelu z najwyższą marżą, a dopasowanie rozwiązania, które sprawi, że moje stopy będą mi dziękować, a ja wrócę do niego po kolejną poradę. W taki układ wchodzę w ciemno!

13 Marca 2026

Nawet nie wiedziałem, że można sobie dzisiaj zrobić diagnostykę stóp, która wychwytuje tak dokładne dane fizjonomiczne. Długość, wysokość, szerokość, obwód i wysokość łuku być może nie powinny tak bardzo dziwić. Jednak gdy do tego dochodzi analiza nacisku stóp na podłoże, w podziale na obszary podeszwy, dostaje się bardzo zacny zestaw danych. Na ich podstawie można zastosować odrobinę bardziej spersonalizowane podejście niż to, co dostałem dobre 10 lat wcześniej w Sklepie Biegacza.

W połączeniu z moimi oczekiwaniami butów do klepania relatywnie dużej ilości kilometrów, nierzadko w dawkach świadczących o niestabilności psychicznej, dostaję propozycję wejścia w markę, z którą nie miałem jeszcze styczności. Brooks. Zakładam na nogi model Ghost Max i czuję, jak to płynie. Nieprawdopodobna elastyczność. Czuję się jak na łódce przy zerowym szkwale. Mnóstwo miejsca na palce, co zawsze było dla mnie bardzo ważne oraz zaokrąglone sznurówki ze zdecydowaną domieszką materiałów syntetycznych, co już przy pierwszym dotyku daje gwarancję, że nie popuszczą na trasie. Podoba mi się. Pierwsze wrażenie jest znakomite. Choć nie ma co się okłamywać, trzeba będzie w nich polatać kilkaset kilometrów, żeby przekonać się o ich wyższości nad Mizuno. Challange accepted!

Trójwymiarowa diagnostyka stóp.

22 Kwietnia 2026

W niecały miesiąc nabijam w nowych butach dobrze ponad 300 km. Przyjmują się doskonale. Tym samym, po ponad dziesięciu wspaniałych latach związku z Mizuno, rozchodzimy się i każde z nas rusza w swoją stronę. Było nam razem dobrze, darzyliśmy się głębokim uczuciem, a przynajmniej ja je. One nigdy nie wyraziły swojego stanowiska, ale też nie protestowały w jakikolwiek sposób. No chyba, że to zapalenie ciała Kagera jest objawem buntu i subtelnym komunikatem, że coś w tym związku się wypaliło. Najprawdopodobniej ich cierpliwość. Czas pokaże, czy jest to zmiana na lepsze. Póki co pozostaję niepoprawnym optymistą.

Zatem sprzęt na Backyard Ultra mam skompletowany. Biorąc pod uwagę dodatkową przymusową przerwę, na formę również nie mogę narzekać. Jest zadziwiająco stabilna, biorąc pod uwagę okoliczności. Mamy też trzeciego zawodnika do brydża. Szeregi TeamPlutt zasila Tomek, z którym kilkukrotnie zaliczyliśmy już mniejsze lub większe przygody biegowe. Wchodzi do zespołu jako wsparcie Daniela. Mamy ambitny plan złamać 48 godzin na najbliższych zawodach, a po zimowej 24-godzinnej edycji wiemy jak bardzo wyczerpujące to jest dla supportu. Daniel również będzie potrzebował czasu na odpoczynek, więc dodatkowe ręce do pracy z pewnością się przydadzą. Zostaje nam tylko pakowanie i można ruszać w drogę.

23 Kwietnia 2026

Czas się spakować. Otwieram szufladę ze swoimi ciuchami biegowymi i wpatruję się w nie z nadzieją, że same mi zasugerują, które mają ochotę najbardziej się nadawać. W dzień ma być ciepło, w nocy zimno, a do tego zapowiadają burzę i silny wiatr. A ja w tym wszystkim planuję wytrzymać ponad 300 km. Jeśli zrealizuję ten cel, będę miał 48 przerw pomiędzy okrążeniami. Jeszcze przez chwilę trwam w bezruchu, po czym wywlekam absolutnie wszystko co mam w szufladzie. Wprawdzie brakuje mi zestawu koszulek na każde okrążenie, ale 30 powinno wystarczyć. W razie czego przerzuci się je na drugą stronę, w końcu higiena podczas ultra to pojęcie czysto teoretyczne. Do tego 39 buffek, 6 par długich spodni i 7 par krótkich, choć tych najprawdopodobniej będę używać najmniej. Mimo wszystko lepiej mieć i nie użyć, niż potrzebować i rozpaczać. Całość uzupełnia 9 bluz, 2 kurtki, ponczo przeciwdeszczowe, 5 par rękawiczek, 4 czapki i 11 par skarpetek. W tę ostatnią część garderoby muszę trochę doinwestować, ponieważ niektóre z nich posiadają zauważalne braki materiału w newralgicznych miejscach. Niemniej, jeszcze jeden bieg powinny wytrzymać.

Sortuję wszystko na kupki według kategorii, co wygląda jak przygotowania do wyprzedaży w lokalnym lumpeksie zaraz po najnowszej dostawie. Dużo tego, a na razie to tylko tekstylia. Jedyne, co ograniczam to buty. W przeciwieństwie do Biegu Kreta, na który zabrałem 10 par, tym razem pakuję zaledwie dwie, w których zamierzam pokonać cały dystans. Choć na wszelki wypadek dokładam jeszcze dwa dodatkowe modele. Przecież i tak się wszystko zmieści, w końcu prawa fizyki nie są przeszkodą dla zdeterminowanego biegacza.

Żywieniowo raczej niczego nam nie zabraknie. Rosół i żurek już są zawekowane, małżonka przygotowuje bitki w sosie własnym, a ja kręcę świeżutkie pesto. Do tego dorzucam kilka gotowych zupek od JemyJemy, pastę z tuńczyka, owsiankę, granolę, kabanosy, ser żółty i składki na zmontowanie posiłków na żądanie: jajka, pieczywo tostowe, makaron, ryż, twarożek i warzywa. Już teraz mógłbym z powodzeniem otworzyć mały punkt gastronomiczny, a to nadal nie koniec. Dania główne spakowane, ale przecież będą mi jeszcze potrzebne szybkie zastrzyki energii, dlatego nie mogę zapomnieć o przekąskach. Banany, batony, cukierki, chałka, pomarańcze, mango, dżemy, chipsy, żelki, owoce suszone, białko, izotoniki, coca-cola, Jägermeister, saltsticki oraz żele energetyczne.

Wszystko ledwo się mieści w dwóch standardowych skrzynkach samochodowych. A Daniel dorzuci do tego całkiem pokaźną masę swoich rzeczy, zarówno jedzeniowych, jak i do utrzymania naszego punktu odżywczego na najwyższym poziomie. Farelka na chłodną noc, kuchenka gazowa z nabojami, pralka turystyczna, patelnia, garnki, kawiarka, deski, noże, leżanka, krzesło ogrodowe, termofor i cholera wie co jeszcze mu przyjdzie do głowy. Naprawdę robi się tego dużo.

Sama biegowa apteczka to pokaźnych rozmiarów skrzynka zawierająca lód w sprayu, octonisept, plastry, przylepce, balsam do ust, mój ulubiony Lipikar Baume AP+M, Sudocrem, płyn do dezynfekcji, Nurofen, Ibalgin, Stoperan, Sanprobi, który suplementuję już od kilku dni celem przyzwyczajenia żołądka do nadchodzącej wyrypy, Nifuroksazyd 200 Hasco, bandaże, gaziki, a nawet papier toaletowy. Zarówno klasyczny jak i nawilżany. W końcu tyłek na ultra dostaje już wystarczający wycisk, więc chociaż w tematach defekacyjnych należy mu się odrobina czułości. Zwłaszcza jak się lubi komfort. A ja lubię.

Gdy małżonka pyta czy my na pewno tego wszystkiego potrzebujemy, potwierdzam bez wahania. Przez chwilę zastanawiamy się czy to pewno bieg ultra, czy może jakieś zawody prepersów na przetrwanie miesiąca w dzikiej głuszy, jednak nie mam złudzeń. Wszystko może się przydać. Jedziemy walczyć i nie możemy pozwolić, żeby jakaś błahostka pokrzyżowała nam plany.

24 Kwietnia 2026

Kiedy dziesięć lat temu zainwestowałem w Opla Zafirę, mocnego reprezentanta segmentu MPV, myślałem przede wszystkim o powiększającej się rodzinie, czy może bardziej o niejasnych planach na nią. Celowo wyszukałem sobie opcję pięcioosobową, rezygnując z kretyńskiego pomysłu, jakim jest trzeci rząd siedzeń dla krasnoludków, żeby zyskać jeszcze więcej na przestrzeni bagażowej. Dzięki dwóm dodatkowym pojemnikom, które w wersji siedmioosobowej służą jako miejsce chowania się foteli, mam do dyspozycji przestrzeń o kubaturze prawie jednego metra sześciennego.

Ponad metr sześcienny sprzętu do biegania.

Nigdy też nie zastanawiałem się nad rozwinięciem skrótu MPV – Multi-purpose vehicle. Dopiero teraz, gdy Daniel dopycha swoje ostatnie rzeczy, rozumiem że jest to auto idealnie stworzone do przewożenia dzieci, zakupów z Lidla, a czasami nawet ekwipunku na bieg ultra. Niestety nawet 710 litrów pojemności bagażowej to zbyt mało, żeby wszystko bezproblemowo zmieścić. Pomimo jak najlepszej optymalizacji, poprzez zapakowanie części rzeczy do bębna pralki, masa szpargałów nie wchodzi już do bagażnika, który jest zasypany majdanem po samą podsufitkę. Reszta ląduje na tylnej kanapie, skutecznie eliminując widoczność we wstecznym lusterku. Nawet dziad z babą się już tutaj nie zmieszczą. Dziad bez baby też nie.

Dumni z siebie przybijamy piątkę i w duchu cieszymy się, że Tomek nie może z nami jechać w piątek. Dojedzie na miejsce kolejnego dnia, co jest zbawienne, bo w przeciwnym razie musielibyśmy ratować się przyczepką. Ewentualnie moglibyśmy skorzystać ze sprawdzonego patentu w postaci Renault Master Daniela, czule ochrzczonego przez nas Kretobusem, ku pamięci jego służby jako mobilnego punktu odżywczego podczas Biegu Kreta. Niestety dwudziestoletni staruszek jest zaprzeczeniem filozofii ultra, gdzie z wiekiem wytrzymałość z nawiązką rekompensuje brak szybkości, bowiem nasz autobusik potrafi zawieść w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Co więcej podróż nim trwa wieczność, nawet przy grzaniu autostradą ile fabryka dała. Bowiem w jego przypadku była wyjątkowo oszczędna i dała naprawdę niewiele, mianowicie jakieś 100 km/h.

W Zafirce droga mija nam sprawnie i bezproblemowo, a sprzyjająca aura sugeruje kwestionować modele prognostyczne Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. 20 stopni i pojedyncze chmurki na niebie to pogoda o jakiej marzę. W ten sposób można by lecieć na krótko cały dystans. Może tym razem zwyczajnie jakiemuś prognoście omsknął się paluch wklepywaniu danych do Excela i jednak pogoda będzie bardziej łaskawa? Jakby w odpowiedzi na moje rozterki, dostaję powiadomienie od Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, ostrzegające mnie przed silnym wiatrem w dniu jutrzejszym. Zachowaj ostrożność podczas aktywności na zewnątrz. Miło, że pomyśleli o uczestnikach Backyard Ultra Tricity. Najgorsze, że ich modele uparcie idą w stronę znacznego pogorszenia się pogody.

Na miejscu oddaję się pełnemu relaksowi. Daniel nie pozwala mi nic robić. Mam leżeć i pachnieć, a on w tym czasie wypakowuje rzeczy z auta, ubija kotlety, gotuje obiad i podaje do stołu. Ja muszę jedynie zjeść, pokazać mu co gdzie mamy spakowane oraz odebrać numer startowy od organizatora, przy okazji poświadczając, że mój stan zdrowia oraz sprawność psychofizyczna pozwalają na udział w zawodach Backyard Ultra. Muszę się pod tym podpisać. Aczkolwiek mam pewne wątpliwości, czy samowolne zapisanie się na bieg, który może się toczyć w nieskończoność, dostarczając jego uczestnikom sporo nikomu do niczego niepotrzebnego cierpienia, jest sensowną decyzją. Mimo wszystko w duchu cieszę się na kolejne sponiewieranko. Czas na reset.

Po rozpakowaniu wszystkiego, nasz skromny domek zostaje dosłownie zasypany sprzętem i jedzeniem. Ciężko jest przejść z jego jednego krańca na drugi, więc Daniel gimnastykuje się, żeby jeszcze bardziej zoptymalizować ułożenie wszystkich naszych tobołów. Wynajęty przez nas obiekt naprawdę pozostawia wiele do życzenia, na szczęście wspólnymi siłami, jeszcze przed 22 dochodzimy do wniosku, że teraz logistycznie ma to nawet sens. Wszystko ma swoje miejsce i jest odpowiednio rozlokowane. Ubrania posortowane, jedzenie ułożone, suple pod ręką, leżanka gotowa, pralka podłączona, elektronika w gotowości. Można iść spać.

Wszystko prawie gotowe.

Dawno nie miałem takiego komfortu psychicznego. Sprawdziłem listę dwukrotnie. Tym razem udało mi się zapomnieć z domu jedynie kabanosów, na szczęście nie jest to towar trudno dostępny i okoliczne Dino z powodzeniem pozwoliło nam uzupełnić zapasy. Do tego Daniel dwoi się i troi, żebym ja nie musiał zajmować się nawet najmniejszą pierdołą. Nawet nie wiem, czy mógłbym się jeszcze czymś martwić. Co może pójść nie tak? Jeszcze tylko chwilę łamię sobie na tym głowę i nawet nie zauważam, kiedy bezwiednie tracę świadomość na rzecz błogiego snu.

25 Kwietnia 2026

Start o 8 rano wymusza zwleczenie się z łóżka jeszcze przed siódmą. Mam wystarczająco czasu, żeby bez pośpiechu przejść całą procedurę przedstartową. Na dobry początek dnia wjeżdża królowa paliw pod biegi długodystansowe. Miska cieplutkich węglowodanów mających mi zapewnić energię na pierwszych kilometrach, z dodatkiem przyzwoitej ilości błonnika, dzięki czemu glukoza nie wylewa mi się uszami, a jest spokojnie wypychana do krwi, która potem zasili moje mięśnie. Owsianka jest posypana obficie orzechami i owocami, dzięki czemu jeszcze bardziej hamuję wzrost poziomu cukru. W konsekwencji nie będę przejmować się tankowaniem już po pierwszym okrążeniu.

W międzyczasie Daniel uderza do lokalnej piekarni po jednorazowe zastrzyki energii i dobrego humoru w postaci świeżutkiej chałki. W połączeniu z twarożkiem i dżemem będzie to zestaw zapewniający mi czyste paliwo, nieobciążające żołądka i dające dużo szczęścia bez najmniejszych komplikacji. W ten sposób zamykamy rozrośniętą do granic absurdu listę najpotrzebniejszych rzeczy na Backyard Ultra.

Na piętnaście minut przed godziną zero mam już odhaczone wszystkie obowiązki z listy. Śniadanie zaliczone, kupa zrobiona, zakupy przygotowane, ciuchy założone, sprzęt rozlokowany, a Daniel jest w gotowości. Udaje mi się nawet zadbać o aktywację pośladków poprzez proste ćwiczenia rozgrzewające. Słowo daję, jeszcze nigdy nie byłem tak zrelaksowany przed biegiem. Mam wrażenie, że jesteśmy przygotowani na każdą ewentualność poza trzęsieniem Ziemi i atakiem kosmitów, chociaż Daniel wspominał, że ma jeszcze kilka niespodzianek w zanadrzu, więc może nawet taki scenariusz ma rozpisany.

Trzy minuty przed ósmą opuszczamy nasz apartament i spokojnym krokiem zmierzamy w kierunku linii startu. Zajmuje nam to całe 15 sekund. Ostatnie chwile spędzamy na drobnych heheszkach, a już po chwili ktoś na głos zaczyna odliczać od dziesięciu do jednego. Tym razem jest to bardzo skromny początek. Nie ma głośnej muzyki, biegacze nie zdzierają sobie gardeł, najwyraźniej oszczędzając tlen na późniejsze godziny cierpienia, a nieliczni kibice o tak wczesnej porze to głównie zaspany support. Po kilku sekundach rozbrzmiewa dzwon rozpoczynający nasze zmagania na wyspie Sobieszewskiej.

Bunkrów nie ma…

Backyard Ultra TriCity

PRZEDPOŁUDNIE: 27 km (27 km)

Cztery. Cztery pierwsze pętle. Każda po cztery mile. Każda na kwadratowej – przynajmniej z grubsza – pętli o czterech bokach. Każda zwiastująca marny koniec biegaczy biorących udział w tym wydarzeniu. Tu nie ma przypadku. Wszystko jest zapisane w gwiazdach.

W języku chińskim liczbę cztery zapisuje się symbolem, z grubsza przypominającym starożytne egipskie hieroglify: 四, natomiast fonetycznie brzmi jak . Prawie tak samo jak słowo śmierć, czyli . Różnica leży w tonie, który dla cyfry jest opadający, a w drugim przypadku opadająco-wznoszący. Wprawdzie dla większości Chińczyków są to dwa zupełnie różne słowa, jednak uczący się tego języka widzą po prostu dwa takie same znaki z nieznacznie różniącymi się kreskami nad nimi.

W dalszej Azji, a mianowicie w Kraju Kwitnącej Wiśni, podobieństwo jest jeszcze większe. Język japoński nie obsługuje tonów, dlatego cztery, czyli shi, brzmi dokładnie tak samo jak śmierć, czyli też shi. Tego typu lingwistyczne podobieństwa przyczyniły się do powstania tetrafobii, czyli lęku przed liczbą cztery. To właśnie dlatego w Japonii nie ma czwartych pięter, w szpitalach nie ma sal numer cztery, niektóre ulice nie mają adresów z tą liczbą, a ludzie unikają tablic rejestracyjnych i numerów telefonów z 4 w składzie.

Całe szczęście, że Wielka Brytania nigdy nie podjęła prób podboju terytorialnego Japonii. Mało realne, żeby im się to udało, jednak szanse zawsze istnieją. Wówczas w Kraju Kwitnącej Wiśni mielibyśmy dzisiaj imperialny system miar, wyrażający odległość właśnie w milach, a nie w kilometrach. W takiej sytuacji prawdopodobnie nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby się tam organizacji Backyard Ultra.

Na wyspie Sobieszewskiej nikt na takie rzeczy nie zwraca uwagi. Pętla to pętla, a dystans to 6,7 kilometra, a nie jakieś tam cztery mile. Cztery pierwsze pętle dają łącznie 27 kilometrów i to z trzema przystankami pomiędzy nimi. Nawet początkujący biegacz nie powinien mieć wielkiego problemu z pokonaniem takiej odległości w tym formacie. Mimo wszystko dla jednej osoby to zbyt dużo. Pierwszy zawodnik kończy zmagania z Backyard Ultra już po trzeciej pętli.

Dla mnie jest to swobodny wybieg i walka z samym sobą. Staram się truchtać wolniej, niż robię to zazwyczaj, jednak nogi same rwą się do przodu. Jestem przekonany, że kolejnego dnia zdecydowanie trudniej będzie je zaangażować do przebierania, a równocześnie w tym momencie bardzo słabo wychodzi mi powstrzymywanie się przed przejściem w galop. Co kilkadziesiąt metrów muszę się strofować i przyhamowywać. Pocieszam się, że nie tylko mnie marnie idzie slow jogging, ponieważ przede mną jest jeszcze kilka osób biegnących szybciej. Jednak zdecydowaną większość mam za sobą.

Druga sprawa to towarzystwo. Nie chcę gonić tych z przodu, ale też nie chcę zwalniać i czekać na tych z tyłu. W konsekwencji większość pętli pokonuję samotnie. Od czasu do czasu trafi mi się towarzystwo i nagle okrążenia wydają się zdecydowanie krótsze, choć to chyba bardziej jest dylatacja czasu za sprawą przyjemnej konwersacji. Mechanizm doskonale znany każdemu, kto kiedykolwiek utknął na nudnym korpo-spotkaniu w pracy, tyle że ten działa w drugą stronę.

Jakby na spacerze był.

I tu dochodzimy do pierwszego backyardowego paradoksu. Cała impreza jest zorganizowana z myślą o współpracy. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku i wszystkim nam zależy na pokonaniu jak największego dystansu. Powinniśmy skupić się na zadaniu i nie marnować tak bardzo potrzebnej energii na błahostki typu rozmowa ze współcierpiącymi towarzyszami. Jednak czasami to aż miło otworzyć do kogoś gębę. Niemniej, ciężko to pogodzić.

Równy oddech to rytm, który nadaje tempo i gwarantuje odpowiednią wentylację płuc, razem ze stabilnymi dostawami tlenu do mięśni. Organizm działa jak mechanizm w zegarku i nie musi reagować na nieoczekiwane odchylenia od normy. Cała ta konstrukcja przypomina kilkupiętrowy domek z kart, czasami chyba czteropiętrowy, który bardzo szybko sypie się za sprawą silniejszych podmuchów wiatru w postaci rozmowy. To właśnie ona powoduje, że oddechy stają się płytsze i mniej regularne. Trzeba też zaangażować więcej mięśni. Do tej pory wystarczało napędzić mięśnie nóg, grzbietu oraz brzucha, a teraz trzeba jeszcze dostarczyć tlen do krtani, przepony i klatki piersiowej. Człowiek uczy się całe życie i z czasem odkrywa, że nawet tam są jakieś mięśnie.

Wyższe tętno to niedostateczna ekonomia energii, która prowadzi nieuchronnie ku przedwczesnej śmierci biegowej. Beztroskie i z pozoru niewinne ploteczki na trasie dramatycznie skracają czas do pełnego zakwaszenia mięśni, a w konsekwencji do metabolicznego gruzu w nogach, czyli widowiskowego braku sił na kontynuację wyzwania. Rozwiązania są dwa. Zwolnić, co przychodzi mi z wielkim trudem, albo się zamknąć, o co jest mi jeszcze trudniej, no bo jak tu się nie odezwać do kogoś, kto towarzyszy mi w tym wyzwaniu?

Każdą z pierwszych czterech pętli pokonuję w niecałe 43 minuty. Daje mi to relatywnie dużo czasu na odpoczynek. Całe 17 minut na okrążenie. Gdybym był sam, zdążyłbym zaledwie zagotować wodę i ugotować w niej makaron, ale raczej tylko do stanu al dente. Na zjedzenie go i inne potrzeby raczej zabrakłoby mi przepustowości. Na szczęście instytucja supportu w postaci Daniela pozwala mi zakotwiczyć na leżance i poczuć się jak na wakacjach all inclusive. Absolutnie nic nie muszę sobie organizować. Szwedzki stół z ciepłymi i zimnymi przekąskami jest tylko i wyłącznie do mojej dyspozycji. Barek otwarty non stop oferuje izotonik, białko, colę i herbatę w ilościach niemożliwych do przepicia, a dla tych o skłonnościach autodestrukcyjnych – nawet Jägermeister. Słowo daję, aż się nie chce wstawać.

Niewykluczone, że popełniam właśnie taktyczne harakiri, przenosząc się na krótką chwilę z ciężkiego obowiązku przebierania nogami po szlakach przyrodniczych do cudownego, cieplutkiego, suchego i przyjemnego gniazdka z obsługą na poziomie hybrydy hoteli siedmiogwiazdkowych i Rolls-Royce’a. Na tym etapie, kiedy bieg jest jeszcze zaledwie rozgrzewką, nogi aż same rwą się do kolejnego okrążenia, jednak nie mam złudzeń, że jutrzejszego dnia zdecydowanie trudniej będzie poderwać tyłek i wyjść na jeszcze jedną pętlę.

Tym bardziej że tym razem Daniel przechodzi samego siebie. Po czwartej pętli męczy mnie, żebym przemył stopy ze względu na bardzo suche podłoże. Przez większość czasu biegniemy leśnymi ścieżkami lub ubitym sztruksem, a brak opadów i bardzo słaba sytuacja hydrologiczna powodują, że przy każdym uderzeniu stopy o podłoże, wokół niej wznosi się subtelny tuman pyłu, którego drobinki przedostają się dosłownie wszędzie, wliczając w to wnętrze butów. Ani cholewka buta, ani struktura skarpety nie są w stanie powstrzymać tych malutkich cząsteczek, które po każdym metrze coraz gęściej osadzają się na stopach. Przy niskim przebiegu jest to nieszkodliwe, jednak ich zwiększająca się ilość sprzyja tylko i wyłącznie wyższemu ryzyku powstania otarć i pęcherzy na stopach.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
Sobieszewo Island Wellness & Wellbeing Executive Lounge.

Właśnie dlatego Daniel nie tyle mi proponuje, ile wręcz nakazuje pełny serwis podwozia. Zresztą słusznie, bo dopiero po zdjęciu skarpetek okazuje się, jak bardzo brudne mam już stopy. Kiedy dociera do mnie, że to jednak jest dobry pomysł, podnoszę głowę, a mój przyjaciel już wyrasta nade mną z miską ciepłej wody z mydłem. Przez chwilę zastanawiam się, czy odstawi mi tutaj Jezusa, padnie do mych stóp i będzie mi je pielęgnować, ale przecież jeszcze trzeba ogarnąć ciuchy, żarcie i suple, dlatego odpuszczamy inscenizację Ostatniej Wieczerzy. Daniel nie musi odstawiać przede mną performance’u pokazującego, czym jest prawdziwe partnerstwo. Już wielokrotnie to udowodnił. A mi korona z głowy nie spadnie, jeśli kilka rzeczy zrobię sam.

Na kilkadziesiąt sekund przed wybiciem południa staję na linii startu po raz piąty. Dla sześciu zawodników pierwsze cztery pętle okazały się śmiertelne – na szczęście tylko w przenośni – i cali zdrowi kończą rywalizację ze statusem DNF, mogąc się teraz delektować krótkim urlopem nad morzem. Po prostu nie wytrzymali presji . Albo shi. Albo backyardu. Tymczasem równo o dwunastej w południe ja oraz sześćdziesięciu pozostałych uczestników Backyard Ultra TriCity ruszamy na dalszą część zmagań.

POPOŁUDNIE: 53 km (80,5 km)

Dwadzieścia. Dwudziesta. To mój kolejny cel. Bez niego nie potrafię biegać. Gdy wychodzę na codzienny trening, jeszcze będąc na wycieraczce wiem, ile kilometrów pokonam. Jeśli startuję w zawodach, muszę poradzić sobie z konkretnym dystansem. Natomiast Backyard Ultra to studnia bez dna. Tutaj walka toczy się w nieskończoność, dlatego wyznaczam sobie kolejne progi, którym mogę przypisać miano kamieni milowych. Zatem dlaczego dwudziesta? Ponieważ jest to zamknięcie pewnego cyklu. Słońce będzie zachodzić dzisiaj dosłownie chwilę po dwudziestej, więc będzie to ostatnie okrążenie pokonane za dnia. Później wejdziemy w zupełnie odmienny etap zawodów – ten po ciemku.

Dwudziesta idealnie nadaje się na tę granicę, ponieważ nie tylko oddziela dzień od nocy. Już starożytni Majowie używali systemu dwudziestkowego. Właśnie ta liczba była dla nich magiczna i oznaczała pełny cykl, łatwo dający się policzyć na własnych palcach. Wszak nietrudno ogarnąć, że człowiek ma ich dwadzieścia. Po dziesięć na rękach i tyleż samo na nogach. Kilkaset lat później upowszechnione buty zdecydowanie utrudniły ten sposób kalkulacji i system padł, bo zdejmowanie obuwia w celach matematycznych okazało się zbyt dużym poświęceniem dla nauki. Choć niewykluczone, że same skarpetki również miały w tym jakiś udział. Jednak będąc w sandałach, nadal można z niego korzystać bez problemu, a wykorzystanie wszystkich liczników jest równoznaczne z domknięciem cyklu i przejściem do kolejnego.

Zresztą nie tylko Majowie przywiązywali nie do końca zdrową uwagę do symboliki liczby 20. W XV wieku znudzona codziennością arystokracja z północnych Włoch wymyśliła sobie nową grę karcianą o wdzięcznej nazwie Tarocchi. Jej talia składała się z podstawowych kart oraz tych specjalnych, co stało się podstawą dla najpopularniejszych gier karcianych. To właśnie dlatego obecnie ludzie są gotowi sprzedać nerkę za Black Lotusa z najbardziej kultowej karcianki TCG, czyli Magic: the Gathering lub CharizardaPokémonów, wartego dzisiaj nawet powyżej miliona złotych. A pół tysiąca lat wcześniej ich odpowiednikami były właśnie karty atutowe z Tarocchi, czyli Wielkie Arkana.

Pierwsi prekursorzy TCG.

Wówczas nikt nie przypisywał im większej filozofii. Odzwierciedlały jedynie symbole życia człowieka epoki renesansu. To właśnie dlatego można pośród nich znaleźć Cesarza dosłownie oznaczającego władzę, Papieża odnoszącego się do religii i Kościoła, Koło fortuny utożsamiane z losem itd. W bardzo dużym uproszczeniu Wielkie Arkana działały jak dzisiejsze karty legendarne. +3 do many, +8 do siły i tego typu atrybuty zapewniające częstsze wygrane oraz mniejszą liczbę przyjaciół.

Wraz ze wzrostem popularności Tarocchi ktoś postanowił zrobić na tym biznes. W sumie nie powinno to dziwić. W końcu z tego samego powodu ktoś sprzedawał działki na księżycu, powietrze w puszce na eBayu, czy certyfikowane odłamki Muru Berlińskiego. Tym razem pewien kalwiński pastor z południa Francji rozpoczął swoją misję wkręcania ludzi, jakoby Tarot oznaczał ezoteryczne mądrości rodem ze starożytnego Egiptu.

Niewiele trzeba, żeby rozradowany tłum podchwycił jakąkolwiek filozofię, nawet jeśli nie do końca trzyma się ona kupy. Wielokrotnie udowodnili to w kolejnych stuleciach płaskoziemcy, wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti czy też Głosiciele Ptasiej Prawdy, głęboko wierzący, że wszystkie ptaki w USA zostały potajemnie eksterminowane przez rząd Stanów Zjednoczonych, a ich miejsce zajmują dziś wyspecjalizowane drony szpiegowskie mające na celu permanentną inwigilację społeczeństwa. Dlatego pomysł z Tarotem również wypalił i dzisiaj, spacerując nadmorską promenadą z Gdańska w kierunku Sopotu, przed samym molo można natknąć się na wróżkę chętną do przepowiedzenia przyszłości na podstawie kart. Oczywiście za odpowiednią opłatą.

Desperaci, którzy zdecydują się na taki ostateczny krok, mają szansę zobaczyć na stole kartę numer 20 – Sąd Ostateczny. Pierwotnie kartę tę interpretowano przede wszystkim jako dzień rozliczenia i moment, kiedy wszystko wychodzi na jaw. Grafika karty z aniołem trąbiącym z niebios, wzywającym wszystkich, łącznie z tymi umarłymi, nie pozostawia złudzeń. Nie ma ucieczki, czas zapłacić za swoje występki. Bardzo szybko okazało się to nietrafionym chwytem marketingowym. Jak to tak? Człowiek płaci za poradę i nagle dowiaduje się, że będzie się smażyć w piekle? Nic nie działa równie destrukcyjnie na popyt jak widmo wiecznego potępienia, dlatego specjaliści od transformacji wzięli się do roboty i wprowadzili nową interpretację karty Sądu Ostatecznego. Teraz oznacza ona przebudzenie, uświadomienie sobie prawdy i drugie życie. To już nie jest koniec, ale restart. Nowy etap, niekoniecznie oznaczający coś negatywnego. I myk, wszystko wraca do normy. Takiej wróżby aż miło posłuchać.

Idealnie wpisuje się to w Backyard Ultra. O dwudziestej wybiegniemy na trzynastą pętlę, mając ponad 80 kilometrów w nogach. Tutaj kończy się kontrola, a zaczyna selekcja. Każdy błąd będzie powracał bólem jak bumerang. Co więcej, wejdziemy w nową fazę rywalizacji po ciemku. Do tego momentu wytrwają tylko ci, którzy zaakceptują te warunki. To jest właśnie mój cel i do niego zamierzam dobiec. A potem poszukam kolejnego.

Przetrwanie kolejnych ośmiu okrążeń wcale nie przychodzi mi tak łatwo. Najbardziej zdradliwa jest pogoda. Spodziewałem się, że to początek każdego okrążenia będzie walką z wiatrem na odkrytym odcinku wzdłuż Wisły, jednak prądy powietrza wiejące z zachodu powodują, że przy ujściu królowej polskich rzek do Bałtyku jest w zasadzie bezwietrznie. W konsekwencji w połowie każdej pętli pot cieknie mi po skroniach, pomimo relatywnie spokojnego tempa. I właśnie wtedy zaczynają się problemy w postaci ostatniej dwuipółkilometrowej prostej biegnącej na zachód, na której muszę się dodatkowo zmierzyć z silnym podmuchem prosto w gębę. Nie dość, że pod wiatr leci się trudniej, to jeszcze jest on zimny i powoduje, że moje spocone ciuchy nieprzyjemnie kleją się do ciała, potęgując dyskomfort.

Towarzystwo od czasu do czasu też się znajdzie.

Ciężko mi sobie z tym poradzić. Ubranie się lżej powoduje, że przez pierwszy kilometr jest mi chłodno, ale przynajmniej nie jestem tak bardzo spocony na ostatniej prostej. Klasyczny dylemat bez dobrego wyjścia. Wolałbym, żeby było bezwietrznie, jednak nie można mieć wszystkiego. Niemniej z dwojga złego wolę nie marznąć od samego początku. Tym bardziej że po każdym kółku mogę narzucić świeżą pelerynę.

Co więcej, na przerwach mogę skorzystać nie tylko z suchych i nieśmierdzących ciuchów. Gdy zaczynam marudzić na pierwsze oznaki zmęczenia, Daniel wyciąga tajną broń numer jeden. Sprzęt, o którego istnieniu zdążyłem zapomnieć – dobrą dekadę temu albo i dawniej. Absolutny klasyk lat 90. Obecny chyba w każdym domu szczyt luksusu przywieziony z Pewexu. Rewolucyjny system do samodzielnego masażu relaksacyjnego. Jest to twarda jak płyta chodnikowa poduszka, dla estetyki obłożona zużytą poszewką. Urządzenie szumnie nazwane poduszką do masażu, zapewniające odczucia rodem z sanatorium w Ciechocinku, ale w domowym zaciszu, bez akompaniamentu hitów Krzysztofa Krawczyka. Skryty w jego wnętrzu rozkręcony do granic możliwości silnik od ciągnika siodłowego zapewnia terapię manualną o intensywności zbliżonej do wiertarki udarowej. Na szczęście toporne przyciski na pilocie pozwalają ją przełączyć na tryb delikatny bliższy wibracjom tektonicznym. Zresztą i dobrze, w końcu mięśnie to nie remont łazienki i należy im się odrobina czułości, zwłaszcza po przebiegnięciu kilkudziesięciu kilometrów.

Nie mam pojęcia, skąd Daniel to wykopał, ale po tym, jak mi wyjechał z termoforem na poprzednim biegu w zimie, już chyba nic mnie nie zdziwi. Na szczęście mój przyjaciel co jakiś przegląda cały przywieziony tutaj mandżur i wynajduje w nim rzeczy, o których istnieniu żaden z nas nie miał pojęcia. Nie musi mnie zresztą namawiać na dodatkową formę relaksu dla moich strudzonych kopyt. Zarzucam je jeszcze wyżej, kładę się na leżance i pozwalam masażowi pulsacyjnemu stymulować moje włókna do natychmiastowej regeneracji, jedząc przy okazji kolejny posiłek przygotowany przez support.

Teraz wizyta w naszym domku po każdej pętli jest niczym nagroda za przebiegnięcie niecałych siedmiu kilometrów. Jedzenie pod nos, napoje tak samo, świeże ubranko, masaż. Czego chcieć więcej? Natomiast na pętli jest zupełnie odwrotnie. Udaje mi się nieznacznie zwolnić, do 45 minut na okrążenie. Mimo to nadal dobiegam do mety jako jedna z pierwszych osób. Większość jest w tyle za mną. Wobec tego okrążenia pokonuję samotnie, co zaczyna powoli nadgryzać moją psychikę. Już po pierwszych kilku pętlach mam wrażenie, że znam trasę na pamięć i mógłbym ją pokonywać z zamkniętymi oczami. Zdecydowanie nie jest to bieg, na którym można się delektować pięknem natury. Wyspa Sobieszewska jest cudowna, ale ileż można się gapić w te same drzewa i w te same wydmy? Co jakiś czas ktoś zrówna się z moim tempem, co pozwala na krótką wymianę zdań i przyspieszenie upływu czasu, jednak przez większość okrążeń czeka mnie samotna walka z samym sobą. I tutaj do gry wchodzi tajna broń numer dwa.

Słuchawki. Nigdy nie startuję w zawodach ze słuchawkami na uszach. Zawsze wychodzę z założenia, że dobrze jest słyszeć otoczenie. Warto wiedzieć, czy ktoś przypadkiem nie atakuje mnie od tyłu, albo chociaż swobodnie zamienić dwa słowa z towarzyszem niedoli, jednak tutaj jest trochę inaczej. Na Backyard Ultra przez większość czasu biegnę sam. Gadanie do samego siebie, mimo że wcale nierzadko mi się zdarza, może sprawiać wrażenie, że jestem niespełna rozumu. Natomiast muzyczka, sensowny podcast w tle, albo nawet audiobook z dobrym lektorem to prawdziwy przełom w walce ze własnymi słabościami. Krzysztof Gosztyła, Roch Siemianowski czy Mariusz Bonaszewski potrafią zmienić nawet najmniej poczytną pozycję typu książka telefoniczna lub encyklopedia w prawdziwą ucztę dla ucha. Dzięki temu biegnie się po prostu milej, a niecałe pięćdziesiąt minut mija jak z bicza strzelił. Koniec z nudą! Teraz nie mogę się doczekać kolejnego okrążenia, żeby wsłuchać się w kolejną ciekawą historię. Tak można biec! Także, panowie – jeśli jakimś cudem to czytacie lub słuchacie, mój podcast z niecierpliwością czeka na bardziej przyzwoitego lektora. Zapraszam!

Ujście Wisły do Bałtyku.

Zasłuchany w kolejny kryminał Przemysława Piotrowskiego z komisarzem Brudnym w roli głównej dokonuję rzeczy prawie niemożliwej. Przez całe życie nie ustrzeliłem w totka więcej niż trzy liczby. Jednak wszechświat ma bardzo specyficzne poczucie humoru, dlatego na Backyard Ultra rachunek nieprawdopodobieństwa zdecydowanie bardziej mi sprzyja. Udaje mi się złapać przelatującą tuż przed moją głową muszkę powieką lewego oka. Zadanie o tyle utrudnione, że na nosie mam okulary, od których owa muszka powinna się odbić. A jednak w jakiś nadprzyrodzony sposób udaje mi się pochwycić stworzenie, które natychmiastowo kona w cienkich warstwach mojego filmu łzowego, a jego truchło zaczyna drążyć moją gałkę oczną zupełnie jakby było obcym w ciele porucznik Ripley.

Próbuję wydłubać sobie te malutkie zwłoki spod powieki, pomagając sobie kamerką telefonu w trybie selfie, ale mam wrażenie, że przynosi to więcej szkody niż pożytku. Wygląda na to, że bydlę pośmiertnie zakotwiczyło się na moim oku za pomocą pazurków i przylg, a mi nie pozostaje żadna inna opcja poza dowiezieniem tego pasażera na gapę do bazy i zdaniem się na interwencję Daniela. Na szczęście ultrasi to szanująca się wspólnota i dobra duszyczka pod postacią Ani, poznanej na trzeciej pętli, zatrzymuje się obok mnie. Pomiędzy wyrzucanymi z siebie siarczystymi bluzgami do moich uszu dociera pytanie, czy przypadkiem nie potrzebuję pomocy. Wskazuję na oko i błagalnym głosem streszczam swój ukryty talent, a Ania przystępuje do pierwszej pomocy. Kwestie sanitarne schodzą na drugi plan i sam z nieprzymuszonej woli proszę ją o pogmeranie paluchami w moim oku, w duchu modląc się, żeby Ania dbała o higienę przynajmniej w takim samym stopniu jak ja. Wygląda na to, że pod tym kątem los mi sprzyja, bo już po kilku chwilach mogę kontynuować bieg, pole widzenia mam cały czas takie samo, a na gałce ocznej nie widać najmniejszych stanów zapalnych.

Cała ta operacja przekłada się na kilka minut więcej spędzonych na trasie, a tym samym na coraz bardziej natrętne sygnały od pęcherza. Słowo daję, nawet Rocky tak bardzo nie cisnął przed walką z Apollo Creedem, jak mój mocz na zwieracze w tym momencie. Nie dowiozę tego. Muszę stanąć na siku. Ależ ulga… Mało tego. Nie tylko opróżniam pęcherz, ale również dociera do mnie, jak bardzo jest to logistycznie wygodniejsze. Do tej pory siadałem w trakcie przerwy na leżance, Daniel mnie obsługiwał, a po chwili musiałem się podnieść, dojść do toalety i odcedzić kartofelki, co kosztowało mnie trochę wysiłku po tym, jak mięśnie już mi zastygły. Teraz nie muszę przerywać odpoczynku.

Poza oczywistą ulgą ma to też swoje dobre strony. W końcu mogę się dokładnie przyjrzeć własnym siuśkom i z radością stwierdzić, że nawodnienie organizmu mam opanowane. Bardzo jasny i przejrzysty kolor świadczy o tym, że płynów przyjmuję nawet odrobinę zbyt dużo, ale przynajmniej dzięki temu nie mam wyrzutów sumienia z powodu opróżniania pęcherza w plenerze. Naturalny ludzki mocz zawiera zbyt duże stężenie mocznika. Pali rośliny i może być stosowane jako nawóz dopiero po rozcieńczeniu. Dlatego oszczędzam drzewa i oznaczam jedynie płaskie tereny, gdzie bakterie pracują w pocie czoła, żeby rozłożyć mój mocznik na amoniak, a następnie przekształcić go w azotyny i azotany. Te cenne związki zostaną wykorzystane przez Wyspę Sobieszewską do produkcji chlorofilu i wzrostu liści. A mi od razu lepiej od bycia częścią czegoś pożytecznego. Nie ma za co!

Po ostatniej pętli za dnia mam całe piętnaście minut na serwis przed wejściem w nowy etap Backyard Ultra. Dotarliśmy do dwudziestej. Kolejny cel zrealizowany. Jednak zanim nastanie noc, ponownie zmieniamy wszystkie ciuchy, a stopy dostają swoją chwilę relaksu rodem z luksusowego salonu kosmetycznego, czyli plastikową miskę wypełnioną wodą z mydłem. Po tym zabiegu Daniel proponuje mi przesmarowanie kopyt Sudocremem. Śliska i tłusta bariera stworzona przez ten krem rzekomo zmniejsza tarcie i łagodzi podrażnienia, choć szczerze mówiąc, zupełnie mnie to nie przekonuje. Ja mam własny specyfik sprawdzony wielokrotnie w boju. Lipikar Baume AP+M.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
Poduszka masująca w akcji.

To właśnie trzy ostatnie literki w nazwie tego cudownego specyfiku oznaczają, do czego przeznaczony jest ten konkretny Lipikar. Za AP kryje się Anti-Pruritus, czyli działanie przeciwświądowe, co łagodzi swędzenie, podrażnienia i uczucie ściągniętej skóry. Natomiast M oznacza Microbiome, czyli wsparcie mikrobiomu skóry i stworzenie naturalnej bariery ochronnej. No i na koniec całość stoi na wodzie termalnej z La Roche-Posay, która, jak powszechnie wiadomo jest również głównym składnikiem soku z gumijagód, wywaru druida Panoramixa oraz eliksiru Felix Felicis, czyli płynnego szczęścia, otrzymanego przez Harry’ego Pottera od profesora Slughorna. Dla mnie jest to wystarczający argument potwierdzający absolutną wyższość Lipikaru nad Sudocremem. Po takim serwisie stópki same układają się w pean dziękczynny i zdają się mówić ludzkim głosem coś pomiędzy GraciasDankeschön.

WIECZÓR: 20 km (100 km)

Przed wyjściem na trzynaste okrążenie przeglądam na szybko wiadomości motywacyjne od znajomych. Jesteś kosmitą – głosi jedna z nich. Heh, nie ma co się okłamywać, mój wyczyn nie jest niczym spektakularnym w świecie ultra. Są giganci, którzy potrafią biec dużo, dużo więcej. Niemniej bardzo przypada mi do gustu to stwierdzenie. To wystarczająco ambitny kolejny cel. Stanie się kosmitą to wyjątkowe osiągnięcie, zakładając, że wystarczy być w kosmosie, aby móc się w ten sposób tytułować.

Setki osób zostały wysłane przez przeróżne agencje kosmiczne w okolice niskiej orbity okołoziemskiej. To właśnie tych ludzi nazywamy potocznie kosmitami. I to tylko dlatego, że jest pewna umowna granica, oficjalnie ustanowiona przez Międzynarodową Federację Lotniczą (to ci kolesie od sportów lotniczych i astronautyki), powyżej której atmosfera jest już zbyt rzadka, żeby rozpraszać światło słoneczne. Oznacza to tyle, że w piękny jasny dzień niebo jest czarne. W zasadzie nie tyle niebo, co wszystko wokół nas. Ta granica, nazwana na cześć węgiersko-amerykańskiego fizyka, który ją wyliczył, Theodora von Kármána, znajduje się na wysokości 100 km.

To właśnie ma na myśli NASA i wszystkie inne agencje kosmiczne, które mówią, że wysyłają ludzi w kosmos. Wypychają ich powyżej 100 km ponad powierzchnię Ziemi. Od tego momentu w miejsce międzynarodowych przepisów prawa lotniczego zaczyna obowiązywać Traktat o Przestrzeni Kosmicznej. To doskonale się składa. Ziemskie normy zdrowego rozsądku przestają obowiązywać, a organizmy biegaczy wchodzą w nowy pozaziemski ekosystem i stają się kosmitami, na widok których przeciętni obywatele zastanawiają się, co jest z nimi nie tak. Wprawdzie takich biegaczy-kosmitów jest na świecie cała masa. Przebiegnięcie 100 km nie jest z pozoru łatwym zadaniem, jednak w świecie ultra wyniki powodujące opad szczęki do podłogi leżą znacznie dalej.

Wspomnianą trzynastą pętlę widzę tak, jak osoba udająca się w przestrzeń kosmiczną. Na początku jej drogi trasę rozświetlają resztki światła słonecznego, jednak powoli zaczyna być go coraz mniej. Ten sam przypadek co na Backyard Ultra, z tym że tam na górze światło słoneczne nie jest rozszczepiane, a na wyspie Sobieszewskiej zwyczajnie zaczyna zmierzchać. Pod koniec pętli, gdy staję na siku, jest już na tyle ciemno, że ciężko mi jednoznacznie stwierdzić, czy nadal jestem nawodniony w wystarczającym stopniu. Ostateczny dowód braku odwodnienia dostarcza mi leciutka czołówka, którą wziąłem z nadzieją, że dodatkowe oświetlenie nie będzie jeszcze potrzebne.

Gdy zapada zmrok…

Gdy docieram na przerwę, wszędzie wokół panuje już mrok. Po zatankowaniu i zmianie koszulki na świeżą, odkładam lekką turystyczną czołówkę, a na jej miejsce odpalam ciężki kaliber. Mobilny reflektor stadionowy w postaci Ledlensera NEO10R, który naładowałem do pełna przed biegiem i sprawdziłem 4 razy, czy działa – w końcu prawo Murphy’ego zawsze na propsie – pozwoli mi poczuć się na trasie zupełnie jak za dnia. Wychodzę z domku na 30 sekund przed startem, po kilku krokach wciskam guzik uruchamiający czołówkę, a ta jak na złość nie świeci. Dociskam go jeszcze mocniej, jakby to miało w czymś pomóc, ale reakcji nadal brak, a czas bezlitośnie tyka.

Natychmiast rzucam do Daniela bardzo dużo słów. Dopiero później dociera do mnie, jak bezsensowny jest ten komunikat. Pomijając wszystkie niecenzuralne wyrazy, mówię tylko „czołówka nie działa”, tymczasem w towarzystwie wszystkich wyrafinowanych bluzgów moje zdanie trwa dobre 5 sekund. Na szczęście mój support jest kumaty i w połowie tego rynsztokowego wyrażenia niezadowolenia odwraca się na pięcie i biegnie do domku po zapasową czołówkę. Robi to z takim poświęceniem, że prawie rozbija się o ściankę działową naszego apartamentu, choć jestem przekonany, że w tym niewyrównanym starciu to właśnie fundamenty naszej mało stabilnej nieruchomości ucierpiałyby bardziej.

Dziesięć sekund przed rozpoczęciem czternastego okrążenia Daniel wciska mi w ręce nową lampkę i równie lapidarnymi komunikatami pośpiesza mnie w kierunku strefy startowej. Te kilkadziesiąt metrów pokonuję biegiem, jednak dosłownie dwa metry przed koralem startowym zderzam się ze ścianą – i to dosłownie, nie w przenośni. Widzę, jak zegar pokazuje trzy sekundy do kolejnej pełnej godziny, a ja nie mogę przejść, bo trzydzieści trzy osoby nadal biorące udział w Backyard Ultra TriCity – a raczej ich support i osoby towarzyszące – utworzyły solidny mur z ludzi, zapewne zakładając, że nikt normalny nie przychodzi na start aż tak późno.

Przepraszam! Ja też biegnę! Drę się ile sił w płucach, dumny z siebie, że udaje mi się pohamować i nie nabluzgać na nich. W końcu emocje bardzo się udzielają, a oni przecież oczu z tyłu głowy nie mają. Zwłaszcza że Backyard Ultra nie wybacza takich błahych błędów i nawet sekundowe spóźnienie kończy się dyskwalifikacją. Na szczęście ludzie szybko robią mi miejsce i dosłownie sekundę przed wyruszeniem na kolejne okrążenie udaje mi się stanąć wśród pozostałych zawodników.

Jeszcze zanim wybija dzwon oznaczający start czternastej pętli, moje tętno już szturmuje sufit. Trochę lipa zostać zdyskwalifikowanym z powodu sekundowego spóźnienia. Całe szczęście omija mnie ta nieprzyjemność, a adrenalina robi swoje i kolejne dwie pętle pokonuję zadziwiająco lekko, zupełnie nie zauważając najmniejszych oznak zmęczenia. A może by w takim razie spróbować tej taktyki, kiedy znużenie będzie brać górę nad chęciami do kontynuacji biegu? Pomysł nienajlepszy ze względu na bardzo mały margines błędu. Jeśli podwinie mi się noga, nie będzie możliwości korekty. Do rozpatrzenia, aczkolwiek człowiek, który dobrowolnie idzie dalej pobiegać, mając 100 kilometrów w nogach, ma już delikatnie przesuniętą poprzeczkę zdrowego rozsądku.

Wraz z osiągnięciem statusu kosmity i przekroczeniem granicy przebiegniętych stu kilometrów pogoda postanawia odrobinę utrudnić nam zadanie. Do silnego wiatru dochodzą intensywne opady deszczu. Plus jest taki, że piaskowe podłoże nie będzie się już tak pylić, jednak równocześnie każda kolejna pętla będzie się kończyć kompletnie przemoczonymi ciuchami oraz butami. Zniesmaczony takim obrotem spraw zarządzam zmianę ogumienia na stare New Balance’y, których nie będzie mi szkoda, jeśli przesiąknięte na wylot zgniją i będą nie do uratowania. Zamierzam w nich śmigać, dopóki deszcz trochę nie odpuści, z nadzieją, że nie będzie to trwało przez całą noc.

Odrobina dodatkowej motywacji od strony dzieci bawiących się przy starcie.

NOC: 47 km (148 km)

W 1853 roku wszedł do użytku nowoczesny jak na tamte czasy karabin Enfield Pattern. Był znacznie bardziej precyzyjny niż muszkiety starej generacji, jednak jego obsługa wymagała dosyć specyficznej czynności. Żołnierz musiał odgryźć końcówkę papierowego opakowania zawierającego proch, żeby móc go wsypać do lufy tej nowoczesnej broni. Pomysł całkiem spoko, tym bardziej że trzymając w jednej ręce karabin, a drugą obsługując ładowanie, żołnierz nie miał dodatkowej kończyny, w której mógłby trzymać nóż, nożyczki lub inne narzędzie usprawniające otwarcie naboju. Żeby cały proces przebiegł jeszcze łatwiej, końcówka pocisku była nasączona tłuszczem. Dzięki temu proch był zabezpieczony przed wilgocią, a nabój znacznie łatwiej wchodził do lufy. I znowu, pomysł miał sens pod kątem optymalizacji — w zasadzie była to wówczas standardowa praktyka wojskowa. W Indiach do tego celu używano tłuszczu wołowego i wieprzowego. Ten pomysł z kolei okazał się wyjątkowo nietrafiony, biorąc pod uwagę, że dla zdecydowanej większości ówczesnej populacji Indii – Hindusów – krowa cieszy się statusem nietykalności, do którego brytyjski monarcha nigdy nawet się nie zbliży. Z kolei świnia, dla największej wówczas mniejszości religijnej – muzułmanów – jest nieczysta. Gorszego miksu nie można było wymyślić.

Nietrudno się domyślić, jak duże niezadowolenie społeczne wywołało to odkrycie, które w połączeniu z rażąco niskim uposażeniem i ogólną dyskryminacją Hindusów zakończyło się krwawym powstaniem przeciwko Kompanii Wschodnioindyjskiej w 1857 roku i jej rozwiązaniem przez parlament brytyjski, a następnie przekazaniem władzy nad Indiami królowej Wiktorii rok później.

Dawna armia Kompanii Wschodnioindyjskiej zmieniła właściciela, a jej żołnierze stali się żołnierzami brytyjskimi, nadal stacjonującymi na terenie Indii, a ich niegdyś frontowe obowiązki przekształciły się w koszarową nudę. O ile szeregowa piechota, czyli element wykonawczy imperium brytyjskiego, marnotrawiła swój czas na codziennych musztrach, ćwiczeniach i patrolach, to oficerowie skupieni wokół klubu oficerskiego z dostępem do alkoholu, bilarda i gazet musieli wykazać się nie lada kreatywnością, żeby nie popaść w codzienną rutynę.

Tylko ktoś, kto rozegrał całą partię w Monopoly, do momentu aż pozostali uczestnicy gry zbankrutowali, i to kilka razy pod rząd, zrozumie, jak bardzo może uprzykrzyć się tłuczenie jednej i tej samej gry. Tego samego zdania był Neville Chamberlain, oficer jednego z brytyjskich garnizonów, stacjonujący w Jabalpur w środkowych Indiach. Zbieżność nazwisk z późniejszym premierem jest absolutnie przypadkowa, aczkolwiek obaj panowie mieli słabość do porządku na stole. Po dwóch latach monotonnego garnizonowego życia urozmaicanego kolejnymi partiami bilarda, wziął sprawy w swoje ręce, połączył dwie popularne wówczas w Wielkiej Brytanii gry towarzyskie – Black Pool oraz Pyramids – i w ten sposób w 1875 roku powstał snooker.

Ta nowa gra bilardowa, z grubsza podobna do swojego pierwowzoru, ma bardzo specyficzny charakter. Zabawa polega na wbijaniu na przemian kulek czerwonych i kolorowych. Haczyk polega na tym, że kolorowe wracają na stół zaraz po tym, jak wpadną do kieszeni, a każda z nich jest warta inną liczbę punktów. Najbardziej wartościowa z nich – czarna – wbijana po każdej czerwonej pozwala na ugranie snookerowego Świętego Graala – Maksymalnego breaka. Od samych narodzin snookera było to matematycznie możliwe, jednak nikomu nie udało się tego osiągnąć w pojedynczym podejściu. Dopiero 80 lat później Joe Davis udowodnił, że jest to osiągalne, wykonując 36 idealnych uderzeń i nie dopuszczając do stołu swojego rywala Williego Smitha.

147 punktów w snookerze to czysta perfekcja. Wszystko albo nic. Brak miejsca na błędy taktyczne i doskonała harmonia. Tyle samo kilometrów pokonuje biegacz podczas Backyard Ultra, kończąc 22 pętle. W moim przypadku będzie to podwójny sukces. Nie tylko odzwierciedlę maksymalny break snookerowy na piechotę na wyspie Sobieszewskiej, ale również wejdę w drugi dzień, zostawiając ciemną noc za sobą. Idealny kolejny cel, do którego mogę dążyć.

Na mojej drodze stoi tylko jedna przeszkoda, która oddziela mnie od pokonania wspomnianych 22 pętli. Noc, wobec której cała rutyna zbudowana przez ostatnie 16 godzin przestaje się spinać. Pętla ze słuchawkami na uszach zakończona piętnastominutowym serwisem połączonym z relaksem nie uwzględnia zmęczenia materiału i konieczności naładowania baterii za pomocą biologicznego resetu organizmu. Wyprodukowany kortyzol jest w stanie pociągnąć mnie jeszcze przez jakiś czas do przodu, jednak od zaciągniętego kredytu prędzej czy później trzeba będzie spłacić odsetki.

Dopalacze.

Sen to moje największe wyzwanie na każdym ultra. Tam gdzie jest to możliwe, staram się go unikać. Nawet na trwającym pełne trzy doby Biegu Kreta, pomimo gigantycznego zmęczenia, ciężko było mi zasnąć. Zazwyczaj kręcę się z boku na bok, rozmyślając, ile kilometrów można by przebiec w tym czasie, zamiast leżeć bezproduktywnie i czekać na utratę świadomości. Zawsze trwa to zbyt długo, zanim w końcu uda mi się odpłynąć. Niestety nie mam tego komfortu na Backyard Ultra. Przy moim tempie, nie mam nawet wystarczająco dużo czasu na taktyczne żołnierskie 20-minutowe drzemki.

Jedyne rozwiązanie, jakie mi zostaje, to kilkuminutowe przymknięcie oczu. Swoiste wejście w lekki sen NREM i wyjście z niego, zanim organizm zapadnie w sen głęboki. Z tego drugiego znacznie trudniej się wybudzić, a ten pierwszy w zupełności wystarcza, żeby obniżyć napięcie fizjologiczne i poczuć drobny przypływ świeżości. Coś, z czego bardzo chętnie skorzystałbym w tym momencie. Szkoda tylko, że przekucie tej prostej instrukcji obsługi w postaci zamknięcia oczu i utraty świadomości jest tak trudne do wykonania, nawet przy potwornym zmęczeniu.

Kończąc każdą pętlę, jestem przebodźcowany do granic możliwości. Znacznie bliżej mi do kogoś, kto przed chwilą wciągnął kreskę metamfetaminy, tymczasem powinienem składać się do spania. W tym stanie, zanim spadnie mi tętno, zwolni oddech, a mięśnie zredukują napięcie, trzeba będzie zbierać się na kolejne okrążenie. A w międzyczasie przydałoby się jeszcze ogarnąć pozostałe potrzeby fizjologiczne.

Pomimo znikomego odczucia znużenia, wiem, że wkrótce organizm sam upomni się o spłacenie długu fizjologicznego związanego z brakiem snu. Dlatego podejmuję trzy próby oddania się w objęcia Morfeusza. Liczę, że w nocy, przy wszechobecnej ciemności, przyjdzie mi to z większą łatwością niż za dnia. Dlatego o pierwszej nad ranem proszę Daniela o przygotowanie apartamentu królewskiego i pościelenie łoża, tak żeby było gotowe na mój powrót. Dzięki temu będę mógł udać się na spoczynek od razu po ukończeniu siedemnastej pętli.

Niestety pierwsza próba kończy się spektakularnym fiaskiem. Gdy tylko rozbrzmiewa dźwięk dzwonu rozpoczynającego kolejne okrążenie, ruszam znacznie szybciej, żeby mieć więcej czasu na drzemkę. Wszystko wokół mnie przyśpiesza. Niestety mam wrażenie, że procesy fizjologiczne również. Wprawdzie nie jestem w stanie zweryfikować, czy włosy i paznokcie również rosną mi szybciej, jednak jestem przekonany, że już taka perystaltyka jelit przybiera na intensywności i stara się, żeby ten wagonik z niestrawionymi resztkami jedzenia na karuzeli w postaci mojego przewodu pokarmowego zbliżył się do trzeciej prędkości kosmicznej. Ledwo wybiegam z bazy, a już mam wrażenie, że powinienem do niej wrócić i zakotwiczyć w toalecie celem pozbycia się zbędnego balastu.

Totalna wtopa, ponieważ już teraz wiem, że nie mam możliwości pogodzenia tych dwóch potrzeb. Będę musiał wybierać pomiędzy snem a defekacją. Wprawdzie technicznie jest możliwe połączenie tych dwóch czynności, jednak raczej tylko i wyłącznie w przypadku przewlekłej infekcji przewodu pokarmowego lub choroby jelit. Na szczęście żadne z powyższych mi nie doskwiera, dlatego bez najmniejszego zastanowienia zmieniam swoje priorytety. Spanie przekładam na kolejną pętlę, a efekty pracy jelit traktuję jako potrzebę pierwszej kategorii.

Drugie podejście na następnej pętli również nie przynosi oczekiwanych efektów, ale przynajmniej żadne inne potrzeby nie krzyżują mi planów i udaje mi się położyć. Osiemnaste okrążenie ukończone w niewiele ponad 44 minuty pozwala mi na pełny kwadrans odpoczynku. Tylko co z tego, skoro nie jestem w stanie zasnąć? Kładę się na przygotowanej przez Daniela leżance, zakładam opaskę na oczy, światło jest zgaszone, wokół panuje nieprzenikniona cisza, a ja jestem zmęczony i czuję, jak organizm domaga się regeneracji. Idealne warunki do przeprowadzenia procedury utraty świadomości. Udaje mi się nawet oczyścić głowę z głupot, niestety nie jestem w stanie nie myśleć o niczym. Ciągle z tyłu głowy słyszę tykający zegar, który już za jakieś 400 sekund wymusi na mnie gotowość do dalszej walki.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
Gdzie jest Wally? Gdzieś w tym bajzlu człowiek próbuje spać. Potrafisz go znaleźć?

Powtarzam sobie w duchu, że Daniel czuwa i obudzi mnie o odpowiedniej godzinie. Nie muszę się niczym przejmować. Support zadba o wszystko. To takie proste. A mimo to, nie umiem się zrelaksować. A co jeśli Daniel sam zaśnie? Albo zajmie się czymś i przegapi umówiony termin? A w ogóle to czy wystarczy mi czasu, żeby się z powrotem ubrać i stawić się na starcie? I czy mięśnie po takim leżakowaniu bez problemu wrócą do sprawności? Doprawdy, natłok egzystencjalnych pytań na minutę kwadratową kompletnie mnie przytłacza. Na co to komu? Co z tego, że ciało jest rozluźnione, kiedy w głowie kotłują mi się myśli niczym fale na morzu przy dziesięciostopniowym sztormie. Nie umiem tego powstrzymać.

Nawet nie dochodzę do etapu, w którym odczuwa się to błogie odpływanie w głąb łóżka i następujący po nim zryw miokloniczny. Z niecierpliwością wyczekuję tego nagłego wstrząsu całego ciała, po którym wreszcie będę mógł zasnąć, jednak jedyne, co mnie spotyka, to subtelne, ale bezlitosne telepanie ramienia i nieakceptujące najmniejszego sprzeciwu słowa „Daniel, już czas” wypowiadane przez mojego przyjaciela. Przynajmniej nie mam problemów z wybudzeniem się, skoro nie udało mi się zasnąć.

Trzecia próba ładowania baterii przed czwartą nad ranem kończy się równie spektakularną porażką jak poprzednia. Całą procedurę zasypiania przeprowadzam zgodnie z podręcznikowymi wytycznymi. Niestety studiowanie teorii to jedno, natomiast w praktyce brakuje mi tego jednego czynnika, jakim jest utrata świadomości. Chciałbym chociaż poczuć, że zaczynam odpływać. Niestety, prędzej Daniel nakazuje mi mobilizację na dwudzieste pierwsze okrążenie. Drzemka nie wchodzi w grę, bo skończy się to dyskwalifikacją. Nie mam wyjścia. Podnoszę się z leżanki i ruszam do dalszej walki. Sen będzie musiał poczekać do kolejnej okazji.

Nie w tę stronę to w drugą. Skoro nie jestem w stanie zasnąć, mój support szuka alternatywnego rozwiązania. Czas na dodatkową stymulację, żebym mógł się bardziej rozbudzić po nieprzespanej nocy i złapać odrobinę świeżości. Pełny serwis. Nie to, że miska z wodą i ruski prysznic w warunkach spartańskich. Po ukończeniu dwudziestej pierwszej pętli chłopaki uskuteczniają full opcję, przy której standardy pięciogwiazdkowych hoteli zaczynają przypominać wyeksploatowane schroniska młodzieżowe. Ledwo przekraczam próg domku, a Daniel pomaga mi się rozebrać do samych gaci. W prysznicu już leci idealnie wyregulowany pod wrażliwość noworodka. Idę o zakład, że podstawiony termometr pokazałby 36,9 stopni. Gdybym o to poprosił, pewnie by mnie nawet umył. I to całego łącznie z podwoziem, na szczęście jeszcze nie jest tak tragicznie i kilka podstawowych czynności jestem w stanie wykonać samodzielnie.

Czas nagli, więc mogę pominąć mniej newralgiczne części ciała, jednak te najbardziej wymagające odświeżenia udaje mi się przemyć zaledwie w kilka minut. Ku mojemu zdziwieniu zostaje nam wystarczająco czasu na ubranie się i zjedzenie posiłku zmontowanego na szybko. Jestem pod wrażeniem, jak dużo rzeczy da się zorganizować zaledwie w 15 minut. Oczywiście mając w zanadrzu odpowiednie wsparcie.

O piątej nad ranem wychodzę świeżutki na dwudziestą drugą pętlę. Warto jednak zaznaczyć, że świeżość odnosi się tylko i wyłącznie do warstw zewnętrznych, a więc skóry i wszystkiego, co się znajduje na niej. Niesamowicie mnie to podnosi na duchu, jednak zaraz po wyjściu z ośrodka bardzo szybko okazuje się, że w piekielnych czeluściach mojego organizmu czają się demony mające zupełnie odmienne zdanie dotyczące mojej czystości. Kompleksowy serwis pozwala mi pozbyć się wierzchniej warstwy problemów, ale są rzeczy, których prysznic nie rozwiąże.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
Chwilowy przypływ energii.

Mimo niedawnej wizyty w toalecie, w trzewiach znowu zbiera mi się niebezpieczny ładunek, który właśnie teraz rozrasta się do rozmiarów znacznie przekraczających moje możliwości magazynowe i domaga się wydostania na zewnątrz. Wybiera sobie najmniej dogodny dla mnie moment, ponieważ jest trochę zbyt późno na wizytę w strefie zrzutu.

Z ogromnym trudem udaje mi się dowieźć niebezpieczny ładunek z powrotem do ośrodka, gdzie zamiast zwyczajnego powrotu krokiem spacerowym z linii mety do naszej kwatery nadal żwawo przebieram nogami w obawie przed przedwczesnym otwarciem tej puszki Pandory. Tak, tak, wiem, że dupa z puszką niewiele ma wspólnego, ale tylko z pozoru. Mit o Pandorze był tłumaczony przez Erazma z Rotterdamu w XVI wieku. Niderlandzki duchowny miał jeszcze gorzej niż dzisiejszy praktykant na stażu w wielkiej czwórce. Był tak zaangażowany w przeróżne projekty, że zwyczajnie musiał zarywać nocki celem dowiezienia terminów. A że człowiek zmęczony dużo łatwiej popełnia błędy, nie można się dziwić, że Erazm pomylił greckie słowo pithos (dzban) z pyxis (pudełko, puszka) i tak już zostało w kulturze masowej. Przynajmniej tak głosi legenda. Czyli w posiadaniu Pandory nie było żadnej puszki, a jedynie dzban lub beczka. Co w sumie miałoby sens, w końcu w czasach starożytnej Grecji było to naczynie wszechstronnego użytku, w którym trzymano wino, oliwę czy też ziarna.

Ja jednak uważam, że mit został ocenzurowany ze względu na przyzwoitość. Tak naprawdę Erazm z Rotterdamu, przemęczony nocnym przepisywaniem tekstów, nie dość, że pomylił grecki dzban (pithos) z puszką (pyxis), to jeszcze w swoich notatkach nabazgrał to tak niewyraźnie, że z pyxis zrobiła się łacińska pyga, czyli dupa. A w liczbie mnogiej pygae, czyli pośladki. W ten sposób dochodzimy do prawdy. Pandora, zamiast otworzyć eleganckie naczynie, całe życie wstrzymywała się przed puszeniem bąka. I tylko ktoś zmuszony do wstrzymywania naturalnych odruchów fizjologicznych jest w stanie zrozumieć, z jakim niebezpieczeństwem się to wiąże. Zatem to całe zło i nieszczęście wypuszczone przez Pandorę pod postacią plag i chorób równie dobrze mogło oznaczać znacznie bardziej skoncentrowany smród i wysokie ryzyko kleksa.

Efekt fali również ma tu znaczenie, co bardzo odczuwam w swoim przypadku. Jelita po prawie dobie muszą opróżnić teraz cały nagromadzony zapas, więc jedno stęknięcie wysiłkowe to zdecydowanie zbyt mało, żeby wyzerować licznik. Spędzam na klopie absurdalnie dużo czasu i nie jestem w stanie nic na to poradzić. Ani fizyki, ani biologii nie da się oszukać, więc cierpliwie czekam, aż linia produkcyjna zakończy etap sortowania i utylizacji, a magazyn zostanie wyczyszczony poprzez wydanie towaru.

Długo to trwa, przez co ledwo wystarcza mi czasu na szybki posiłek przed kolejną pętlą. A przecież tej części nie mogę odpuścić, bo po opróżnieniu powierzchni magazynowej i zrobieniu miejsca na nowe dostawy, wiatr hulający w moim żołądku przeszkadza mi, obijając się o ściany żołądka. Muszę czym prędzej wypełnić tę lukę, żeby zapewnić sobie paliwo na kolejną pętlę.

Właśnie w taki sposób witam nowy dzień. Jak to mówią: kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Wprawdzie ja wstałem jedynie z kibla, ale możemy uznać, że też się liczy. Tym bardziej, że ja na Backyard Ultra chcę dostać naprawdę dużo. 147 kilometrów za mną. Maksymalny break zdobyty i mam apetyt na więcej. Spośród 68 zawodników zaledwie 14 osobom udaje się osiągnąć ten rezultat. Jednak gra nie kończy się tutaj. Kręcimy dalej. Do samego końca. Mojego albo ich wszystkich. Razem wybiegamy na dwudzieste trzecie okrążenie tego zwariowanego wyzwania.

Jest tylko jeden kierunek: Naprzód!

PORANEK: 47 km (195 km)

W typowych dla okresu letniego gorących dniach bardzo łatwo natknąć się na małe wiry powietrzne zwiastujące burze. Znikają równie szybko, jak się pojawiają, a są efektem gwałtownego wznoszenia się rozgrzanego powietrza. Czysta fizyka, która nie potrzebuje mitologii do wyjaśniania poszczególnych zjawisk. Za to mitologia chętnie zapożycza od fizyki, gdy trzeba znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego.

Od zarania dziejów wiadomo było, że takich zjawisk atmosferycznych należy unikać, bowiem bliskie spotkanie trzeciego stopnia z owym wirem skutkować może jedynie uszczerbkiem na zdrowiu. To dosyć niesamowite, jak z pozoru normalne zdarzenia ewoluują w lokalne wierzenia. Stare słowiańskie podania wspominają o Południcach. Te złośliwe i mordercze demony rzekomo polują latem na tych, którzy niebacznie w samo południe przebywają w polu. Historie o tych potworach przekazywane z ust do ust bardzo szybko osiągnęły status najstraszniejszych koszmarów dziecięcych, przed którymi nawet dorośli podkulali swoje ogonki.

W taki oto sposób wir powietrza przybrał postać młodej dziewczyny w białym płótnie, z rozpuszczonymi włosami, dzierżącej w ręku sierp lub nawet płonącą głownię – i albo jednym albo drugim maltretowała swoje ofiary. A trzeba wiedzieć, że Południce litości nie znały. Zresztą wir powietrza również nie wybrzydza, bierze w obroty pierwszą lepszą osobę, która mu się nawinie. Dlatego biada każdemu, kto w samo południe nieopatrznie znajdzie się na polu. Dzieci, kobiety, żniwiarze. Biegaczy w tamtych czasach akurat brakowało, jednak gdyby ta grupa społeczna zajmowała równie wysokie miejsce w piedestale kast, żadna Południca by im nie odpuściła.

Południca idealnie wpisuje się w klimat Backyard Ultra. Dwunasta w południe to mój kolejny cel. Po nieprzespanej nocy jest to kulminacja kryzysu psychicznego i fizycznego. Istna personifikacja udaru słonecznego, odwodnienia i halucynacji. Co więcej, Południca nigdy nie niszczy swojej ofiary od ręki. Pastwi się nad nią, zupełnie jak Backyard Ultra, zadając zagadkowe pytania, a los pytanego zależy od odpowiedzi na nie.

Tymczasem po 28 godzinach wchodzi się w najtrudniejszy etap walki z samym sobą. Tak wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. „Po co to robisz?”, „Która to pętla?”, „Ile jeszcze?”. Jedna zła odpowiedź i schodzi się z trasy.

Bóle pleców, karku i nóg, które towarzyszą mi od dłuższego czasu, są niczym starannie skompletowany arsenał tortur Południcy. Znęca się nade mną nie dając mi chwili wytchnienia, podkreślając jedynie, że za kilka godzin, w samo południe następuje kulminacja jej starań. A jedyny sposób, żeby się jej przeciwstawić, to brnąć przed siebie na kolejną pętlę, do momentu aż któreś z nas pęknie. Południce zwykły zmuszać swoje ofiary do szaleńczego tańca w pełnym słońcu, aż te padły z wycieńczenia. Tak właśnie widzę mój Backyard. Taniec z Południcą. Zapętlony i monotonny. Muzykę gra rytm mojego serca, a ja nie mogę przestać kręcić kółek.

Widoki na trasie.

„Po co dalej biegniesz?”. To pytanie kołacze mi się w głowie już od dłuższego czasu. Jeśli zająknę się przy odpowiedzi, przegrywam. Muszę znać swój cel. Muszę wiedzieć, gdzie chcę dobiec. To nie jest rywalizacja przeciwko innym zawodnikom. Ja zwyczajnie uciekam przed demonem południa. Jeśli uda mi się przetrwać, przejdę do kolejnego etapu.

Niestety prawie 200 km w nogach każdemu daje się we znaki. Jeszcze przed południem pada ostatni bastion mojej prywatnej twierdzy obronnej. Masażer babci Daniela nie wytrzymuje presji pod wpływem zwiększonej intensywności i umiera śmiercią naturalną. Oddaje swoje życie po prawie 30 godzinach nieustannej walki z napiętymi mięśniami i ludzką głupotą związaną z zapisaniem się na zawody, które teoretycznie nie mają końca. Po co to wszystko? W imię mojego lepszego rezultatu na Backyard Ultra? Z żalem patrzę na elektroniczne truchło wydające z siebie ostatnie podrygi. Walczył dzielnie do ostatniego obrotu głowicy, a teraz niech jego bateria spoczywa w pokoju.

Bez tej pomocy kolejne pętle przychodzą mi z trudem. Daniel z Tomkiem, widząc moje zmagania, proponują twardy reset. Poza standardową higieną stóp sugerują pełny prysznic. Boję się, że zabraknie mi czasu na odpoczynek, jednak jestem gotów spróbować. Słyszałem opowieści o tym mistycznym doznaniu, jakim jest odświeżenie całego ciała. Mówią, że to potrafi zdziałać cuda. A ja jestem na tyle zmęczony, że jestem gotów spróbować każdego rozwiązania pozwalającego mi kontynuować walkę na arenie Backyard Ultra.

Szybko ustalamy plan gry, który po dwudziestej dziewiątej pętli wdrażamy w życie. Mamy trzynaście minut na zrealizowanie planu i stawienie się na powrót w koralu startowym. Gdy wbiegam do naszego domku, woda w łazience już jest ustawiona na idealną temperaturę, niczym pod kąpiel noworodka. Daniel pomaga mi się rozebrać z przepoconych ubrań i wpycha do prysznica. Ablucje jestem w stanie wykonać samodzielnie, choć jestem też przekonany, że w razie potrzeby mój support jest gotów przyjąć rolę mobilnej myjki ciśnieniowej i wypucować mi wszystko, co wymaga odświeżenia.

Kilka chwil później, czysty i pachnący przywdziewam kolejny kostium ultrasa, a chłopaki podstawiają mi pod nos miski z jedzeniem i napojami. Cała operacja przebiega nadzwyczaj sprawnie. Podczas gdy ja się obawiam, czy starczy nam czasu na pełny serwis, okazuje się, że zdążam jeszcze zjeść w relatywnie komfortowych warunkach, a całość popić bezalkoholowym piwkiem. Niesamowite, jak dużo można zrobić w trzynaście minut. Presja czasu czyni cuda.

Na minutę przed pierwszą po południu stoję jak nowo narodzony człowiek, z pełnym brzuszkiem, gotowy do rozpoczęcia trzydziestej pętli razem z czterema innymi zawodnikami. Umykam przed demonem południa. Nie wykańcza mnie słowiańska godzina duchów. Nadal jestem w grze. Szkoda tylko, że najważniejsze pytanie „Po co dalej biegniesz?” nadal pozostaje otwarte. Nawet Południca nie zna na nie odpowiedzi, ale przynajmniej najwyraźniej dobrze się bawi, patrząc, jak jej nadal szukam.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
No i po co dalej biegniesz?

POPOŁUDNIE: 27 km (221 km)

Odświeżenie odświeżeniem, ale biologii nie oszukam. Chwilowy przypływ świeżości pozwala mi rozpocząć kolejne okrążenie z przytupem, jednak bardzo szybko znużenie i monotonia pętli dają o sobie znać. Brak snu od trzydziestu godzin i prawie 200 km w nogach ciągną mnie w dół zupełnie nie zważając na moje chęci dalszej walki. Rozładowane baterie utrudniają mi przebieranie nogami, a powieki ciążą mi do tego stopnia, że część trasy pokonuję z zamkniętymi oczami.

Ten orzeł daleko nie zaleci i mój support nie jest w stanie nic tutaj zdziałać. Jedynym lekarstwem na poprawę mojego samopoczucia jest drzemka. To takie proste, położyć się na łóżku i dać naturze czynić swoją powinność. Jednak ja nie jestem w stanie wykonać tak banalnej czynności. Po każdej pętli, wbiegając do domku, mam wrażenie, że mój organizm jest w trybie hiperpobudzenia. Endorfiny wylewają mi się uszami po kolejnym ukończonym okrążeniu, tętno dopiero zaczyna się uspokajać, a serce wali z częstotliwością młota pneumatycznego, zupełnie jakbym właśnie finiszował w biegu ulicznym na pięć czy dziesięć kilometrów. W takim stanie pierwszy z brzegu lekarz psychiatra zdiagnozowałby bezsenność psychofizjologiczną, wypisał receptę i odesłał do domu z zaleceniem ograniczenia ekranów przed snem. Tymczasem ja desperacko potrzebuję choćby na chwilę utracić świadomość, a mój mózg pracuje w tym momencie na najwyższych obrotach, wywołując jedną po drugiej gonitwę myśli na tematy, które spokojnie mogłyby poczekać na bardziej dogodny moment.

Nie dam rady ciągnąć tego w ten sposób. Po moim najdłuższym do tej pory okrążeniu, trwającym prawie 50 minut, zdyszany i kompletnie bez sił, zalegam na łóżku, starając się ratować w pełni rozładowane baterie. Niestety kolejna próba drzemki niczym się nie różni od tych podejmowanych w nocy. Sen zwyczajnie nie przychodzi. Wszystko mnie drażni. Nawet własny oddech i unosząca się klatka piersiowa irytują mnie do tego stopnia, że mam ochotę wykrzyczeć wniebogłosy swoje niezadowolenie. Dlaczego nie mogę po prostu zasnąć?! Staram się zablokować myśli. Wyobrażam sobie wielki czarny ekran przysłaniający wszystko, jednak to wszystko na nic. Mój umysł sam odlicza bezpowrotnie upływające sekundy, przybliżające mnie do kolejnego stawienia się na linii startu.

Nie mam pojęcia, ile mi ich jeszcze zostało, jednak w pewnym momencie moim ramieniem potrząsa Daniel, nakazując mobilizację. Zdziwiony przecieram oczy. Udało się! Raczej z marnym skutkiem, ale jednak. Nie wiem, ile spałem. Dwie minuty? Może trzy? Może nawet pięć. Ilekolwiek nie wyszło, było to zdecydowanie zbyt mało. Niemniej lepsze to niż nic.

Daniel pomaga mi wstać, ponieważ rozruch przypomina uruchomienie mojego komputera służbowego po aktualizacji. Niby działam, ale pożytku ze mnie nie ma żadnego. Pasek postępu w teorii idzie do przodu, ale czas nas goni i już za chwilę rozbrzmi gong rozpoczynający trzydzieste pierwsze okrążenie. Całe szczęście na tym etapie support jest dozwolony pod każdą postacią, dlatego Daniel wciska mi do ręki mus owocowy i popycha w kierunku startu zupełnie jakbym był europaletą rozstawioną gdzieś w biedrze, a on widłakiem, któremu w końcu uprzykrzył się ten cały bajzel i postanowił go w końcu posprzątać. Wiem, że w odniesieniu do absolutnie każdej Biedronki to zaledwie pobożne życzenie, ale co innego w przenośni, na Backyard Ultra.

Najlepsza forma motywacji, jaką Daniel mi serwuje.

Jeśli myślałem, że zmęczenie udziela się wszystkim, to chwila przed rozpoczęciem kolejnego okrążenia rozwiewa wszystkie moje wątpliwości. Mam wrażenie, że pozostała czwórka zawodników świetnie się bawi na tej imprezie, tymczasem ja wyglądam jak śmierć na chorągwi, ledwo trzymając się na nogach. Co oni jedzą? Albo raczej, jak oni śpią? Pojęcia zielonego nie mam.

O drugiej popołudniu próbuję ruszyć na następne okrążenie, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa. System jeszcze nie jest w pełni stabilny, więc nie pozostaje mi nic innego jak powolny rozruch w postaci marszu. Tak naprawdę nikt z nas nie rusza z kopyta. Pozostałe chłopaki wyglądają jakby zmierzali do pobliskiego osiedlowego po zimne piwko, bo akurat im się skończyło. Powolnemu marszowi towarzyszą heheszki i swobodne rozmowy o niczym. To jest bieg? Wygląda bardziej na kompletnie zdezorganizowaną grupę osób, które przetrwały całonocną libację alkoholową i pilnie potrzebują pomocy specjalisty.

Dopiero po kilkuset metrach jestem w stanie przejść do lekkiego truchtu, jednak czuję, jak szybko ten odbiera mi siły. Krótka drzemka, która powinna mi dać choć odrobinę dodatkowej energii, jedynie wytrąciła mnie z obrotów i ciągnie mnie dalej w dół. O ile pierwsza część okrążenia jeszcze jako tako mi wchodzi, to ta długa prosta prowadząca wzdłuż Wyspy Sobieszewskiej znęca się nade mną mentalnie. Znużenie wraca ze zdwojoną siłą. Co chwila przechodzę do marszu z zamkniętymi oczami, a z transu wytrącają mnie odgłosy szurania za moimi plecami. Bardzo szybko okazuje się, że konkurencja ma zdecydowanie więcej sił niż ja. Chłopaki mijają mnie jeden po drugim, jeszcze bardziej dobijając mnie swoim samopoczuciem. Słowo daję, wyglądają świeżo. No ok, może nie jak nówki sztuki, jednak zdecydowanie z lepszym samopoczuciem niż moje. Każdy z nich relatywnie lekko przebiera nogami i oddala się ode mnie w tempie, o którym ja mogę aktualnie jedynie pomarzyć.

Panowie, obawiam się, że to już moje ostatnie podrygi. – Zwracam się ze smutkiem do mojego supportu po zamknięciu trzydziestej pierwszej pętli, mając niewiele ponad osiem minut do rozpoczęcia kolejnej. – Słowo daję, nie mam już sił. Próbuję jeszcze coś powiedzieć, otwierając usta, ale Daniel ucisza mnie zwięzłym żołnierskim apelem o niewygłaszanie nonsensów, jednak wyrażonym w zdecydowanie bardziej dosadny sposób i wypowiedzianym w języku obcym, a konkretnie w łacinie osiedlowej. Momentalnie wjeżdżają motywacyjne gadki, żel z kofeiną na pobudzenie i żurek z jajkiem na podtrzymanie poziomu kalorycznego.

Uśmiecham się pod nosem. Szkoda, że nie można nieść zawodnika. Daniel bez wątpliwości zarzuciłby mnie sobie na plecy, żebym chwilę odsapnął i pokonał w ten sposób okrążenie albo nawet dwa. Jednak taktyczny błąd w postaci braku drzemki zbiera swoje żniwa i obawiam się, że tego procesu nie da się już powstrzymać. Widzę tę równie pochyłą skierowaną prosto w betonową ścianę, której nie sposób ominąć. Jednak nie mam sił się kłócić. Jeśli myślałem, że będę mógł poddać się bez walki, trzeba było wziąć małżonkę do supportu zamiast Daniela. W takiej sytuacji usłyszałbym: OK, nie ten bieg, to inny, przebieraj się i jedziemy do domu. Natomiast w przypadku mojego przyjaciela nie ma aż tak lekko. Osobiście zrywa plombę żelu energetycznego i gotów mi jest wlać go do gardła, zupełnie jakbym był gęsią tuczoną na przyszłoroczne foie gras. Posłusznie łykam swoją porcję, pozbawiony jakichkolwiek nadziei na poprawę samopoczucia. Niemniej wiem, że Daniel nie pozwoli mi zostać tutaj dłużej niż wspomniane osiem minut. Nie ma lekko, jednak nikt nie mówił, że tak właśnie będzie.

Zrezygnowany wzdycham głęboko i podaję Danielowi dłoń, żeby pomógł mi wstać z łóżka, a następnie wypchnął mnie na linię startu. Dobre humory pozostałych w starciu chłopaków jeszcze bardziej podcinają mi skrzydła. Ja lecę już na oparach, a oni wyglądają, jakby mogli tak bez końca. To jest zupełnie inna liga backyardowa. Poza moim zasięgiem. Biorę głęboki wdech i o trzeciej popołudniu ruszam na trzydzieste drugie okrążenie.

A ten tak wisi i bije co godzinę…

Zapętlony w godzinnym więzieniu Backyard Ultra mam wrażenie, że odtwarzam po raz kolejny całą swoją historię tego morderczego wyzwania do znudzenia. Zresztą nawet nie do znudzenia. Ja już jestem znudzony, a pętle dalej lecą. Do tego znużony, zmęczony, głodny i spragniony. Ależ sobie wymyśliłem wyzwanie. Na tle najmocniejszych wyników Backyard Ultra nie wyszliśmy nawet z etapu rozgrzewki, a ja nie dość, że już wymiękam, to jeszcze mam serdecznie dosyć.

The Barkley Marathons, pierwsze dziecko stworzone przez Gary’ego Cantrella, ojca Backyard Ultra, jest określane mianem „Race that eats its young”, co w swobodnym tłumaczeniu oznacza mniej więcej tyle co bieg, który pożera własne dzieci. A Backyard Ultra to co, przepraszam? Mi tu najbardziej odpowiada dopisek „But Backyard destroys them”. Barkley ma tę przyzwoitość, że pożera człowieka już od pierwszego kroku. Backyard pastwi się nad nim i trawi powoli, żeby żaden jego fragment nie poszedł na marne. Autentycznie, czuję się wyniszczony kompletnie. Wprawdzie mięśnie nie odmawiają mi posłuszeństwa, mogłyby jeszcze trochę powalczyć, ale ja zwyczajnie nie mam już sił. Mój układ nerwowy nie chce już współpracować. Nie ma ochoty aktywować mięśni do dalszej pracy. Wręcz przeciwnie, zżera je od środka.

Zamiast tak bardzo potrzebnych i chętnie przeze mnie wykorzystywanych endorfin, we krwi buzuje mi ponadprogramowa ilość kortyzolu. Brak snu uniemożliwia mi poprawną regenerację, a mózg już sam nie wie, co ma robić. Komenda „ciśniemy na 100%” nie przynosi żadnego efektu, ponieważ w baku nie mam już paliwa. Moce przerobowe w tej fabryce spadły do dramatycznie niskiego poziomu, czego potwierdzeniem jest mój czas na tej pętli. Jeszcze dłuższy niż poprzedni. Związki zawodowe dawno by tu ogłosiły strajk generalny, gdyby ktokolwiek miał jeszcze siłę napisać jakiś transparent.

Zostaje mi marne 8 minut odpoczynku. Zamykam oczy i daję sobie chwilę na uspokojenie oddechu, zanim przyjmę jakiekolwiek kalorie, jednak zmęczenie nie odchodzi. Już nawet oddycha mi się ciężko. Gdyby to ode mnie zależało, już bym nie wstał. Ale nie z Danielem w supporcie. Znowu wjeżdża żel energetyczny, zobacz, jaki pyszny ci załatwiłem, twój ulubiony. Próbuję odnaleźć w czeluściach swojej pamięci, czy rzeczywiście mam jakiś ulubiony żel, jednak w tym stanie z trudem przychodzi mi przypomnienie sobie własnego imienia, a tak naprawdę to chyba mało istotne. W sensie ulubiony żel, nie imię. Daję się nakarmić zastrzykiem węglowodanów i po chwili, nawet nie wiem w jaki sposób, znowu stoję na linii startu, czekając na gong rozpoczęcia jeszcze jednej pętli.

O ile poprzednie okrążenia byłem w stanie pokonać choćby częściowo truchtem, to teraz w zasadzie całe okrążenie idę. W kilku miejscach udaje mi się przyśpieszyć, a raz wycinam orła, ponieważ ktoś najwyraźniej postanowił zasadzić gruby korzeń na samym środku ścieżki, którą podążam. Mam wrażenie, że stało się to z okrążenia na okrążenie, aczkolwiek mam wątpliwości, czy korzenie rosną aż tak szybko. Przyznaję też, że całkiem wygodnie się leży na leśnej ściółce. Nie pogardziłbym jakąś poduszeczką, ale jak to mówią, jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Całe szczęście, jestem na tyle przytomny, że wiem, że muszę się podnieść. Jeśli zasnę teraz, Daniel z Tomkiem będą musieli mnie szukać, a potem nieść na rękach do bazy. Trochę nie wypada ich na taką minę wrzucać. Z trudem podnoszę się z kolan i, powłócząc nogami, docieram do bazy niecałe trzy minuty przed rozpoczęciem kolejnego okrążenia.

Oznaczenia trasy.

Samo dojście do naszego domku zajmuje około 20 sekund. W obie strony to prawie 1/3 czasu, jaki został w ramach przerwy. Dla mnie to już bez różnicy. To już koniec mojej przygody z Backyard Ultra. Nie jestem w stanie pokonać kolejnego okrążenia. Wydaje mi się, że nie jestem nawet w stanie dojść do naszego domku z mety. Oczywiście mój plan poddania się przekreśla Daniel i to z uśmiechem na ustach. Ponieważ zostało nas zaledwie pięciu w grze, a reszta zawodników już dawno opuściła ośrodek Wczasy z Alicją, tym samym zwolniła się cała masa domków, w tym jeden dosłownie obok linii startu. To do niego przenieśli się Daniel z Tomkiem i radośnie wzywają mnie do odpoczynku. Zobacz, jaką elegancką kwaterę ogarnęliśmy, tu się połóż, patrz, ile ci żeli załatwiłem, mam też tosta z mascarpone i dżemem, co wybierasz?

Nie mam siły otworzyć oczu, żeby spojrzeć na swoje wybory, a co dopiero dokonać świadomej decyzji. Mamroczę coś pod nosem, wskazując ręką na ślepo, dowiadując się po chwili, że wybrałem żel energetyczny. Wyjątkowo ohydny w smaku, ale nawet nie chce mi się tego werbalizować. Jestem tak przytłumiony, że powtarzam tylko w kółko o końcu. Nie biegnę już. Nie mam siły. Game over.

Tymczasem Daniel po raz kolejny dokonuje rzeczy nadprzyrodzonej. Nie mam pojęcia, jak to robi, ale po niecałych dwóch minutach wypycha mnie na linię startu. Pomimo moich protestów, pomimo zapewnień, że nie jestem w stanie dalej biec, zupełnie nie zważa na moje niezadowolenie i po prostu robi swoje. Ma proste zadanie – zrobić wszystko, żebym stanął na starcie kolejnego okrążenia. I jest w tym bezbłędny.

Właśnie dlatego na kilka sekund przed piątą popołudniu ponownie staję na starcie pętli Backyard Ultra. Daniel przechodzi samego siebie. Stoi obok i pilnuje, żeby przypadkiem nie przyszło mi do głowy nie ruszyć razem z pozostałymi czterema zawodnikami. Wbrew sobie i wbrew własnej woli robię pierwszy krok rozpoczynający trzydzieste czwarte okrążenie, nie oglądając się za siebie. Wiem, że mój przyjaciel patrzy i wiem, że to jest jedyny kierunek, jaki jest on skłonny zaakceptować.

Niestety parasol ochronny roztoczony nade mną przez Daniela nie sięga poza bramy ośrodka. Teraz jestem pozostawiony sam sobie, żeby pokonać 6,7 km w czasie poniżej jednej godziny. Bez słów wsparcia. Bez sprzeciwów na moje marudzenie. Bez motywacji pobudzającej mnie do dalszej walki. Nawet bez tych ohydnych żeli energetycznych.

Tym razem cała czwórka chłopaków bardzo szybko znika mi z oczu, a ja toczę nierówną walkę z pierwszymi kilkuset metrami okrążenia, które tak dobrze już znam. Staję obok sklepu z lodami i z trudem podnoszę wzrok na wzniesienie przede mną. Moi konkurenci już dawno zniknęli za wydmą i w zdecydowanie lepszej kondycji niż ja, zmierzają w kierunku mety. Tymczasem ja, w tym tempie, mogę jedynie próbować skrócić sobie trasę na skuśkę.

Ten obiek kusi mnie lodami już od pierwszego okrążenia.

Nie dam rady. Sprzedaję samemu sobie jeszcze raz te same historie o braku sił, energii, znużeniu i wszystkich innych bolączkach, które aktualnie mi dolegają. W tym wszystkim brakuje mi Daniela. Czynnika, który pchałby mnie do przodu choćby na przekór wszystkim przeciwnościom losu. Kryzysy przychodzą i odchodzą, taka jest naturalna kolej rzeczy na ultra. Czasami jednak ktoś albo coś musi je wypchnąć poza moją strefę oddziaływania. Tego mi teraz brakuje. Wsparcia. Bez tego nie jestem w stanie brnąć przed siebie. Gdyby Daniel stał obok, jestem przekonany, że wsypywałby mi do głowy motywację łopatami. Natomiast sam nie jestem w stanie tego przewalczyć. Brak snu tak głęboko wwierca mi we łbie hasło „wystarczy”, że nie jestem w stanie sam siebie przekonać do dalszej walki.

Spoglądam przez ramię. Dwieście metrów. Mniej więcej tyle dzieli mnie od wygodnego łóżeczka i świętego spokoju. Patrzę w drugą stronę. Przed siebie. Sześć i pół kilometra. Ponad 30 razy więcej. I to pod górę. Owszem, później z górki, ale tutaj zaczyna się podejście. Nie… To nie ma już sensu. Może uda mi się wywalczyć jeszcze jedno okrążenie albo dwa, jednak bez snu prędzej czy później padnę. I będzie to zdecydowanie prędzej niż później.

Odwracam się na pięcie i ze zwieszoną głową wracam do ośrodka. Chciałbym jeszcze powalczyć, jednak to jest silniejsze ode mnie. Odpoczynek jest na wyciągnięcie ręki. Nie widzę sensu dalszej walki, tym bardziej że patrząc na pozostałych chłopaków, ta batalia potrwa znacznie dłużej niż bym sobie tego życzył. Przegrałem. Game over.

META

Jako pierwszy przekraczam linię mety trzydziestego czwartego okrążenia. Szkoda tylko, że nie udało mi się go ukończyć. Kątem oka widzę Daniela wychylającego głowę zza otwartych na oścież drzwi. W jego oczach maluje się niezrozumienie. Jak to? Odpuściłem? Dlaczego? Jednak gdzieś w tym wzroku dezaprobaty widać odrobinę zrozumienia. Te zawody skończyły się dla mnie w momencie, gdy przegrałem walkę z bezsennością. Na dłuższą metę nie da się w ten sposób kontynuować biegu. Przynajmniej nie w moim wykonaniu. Prędzej czy później organizm upomni się o swoje. Dla mnie to jest właśnie ten czas.

Potrząsam dzwonem, oficjalnie kończąc swoje zmagania z Backyard Ultra TriCity i otrzymując zaszczytny status DNF, któremu ku mojemu zdziwieniu towarzyszą oklaski ze strony organizatorów. DNF – Did Not Finish. Nie ma piątego miejsca. Po prostu DNF. Zupełnie tak samo jak 63 osoby przede mną. Tak samo jak jeszcze trzy spośród pozostałych na trasie czterech zawodników za jakiś czas. Tak samo jak Li Jiajun, Soo oraz Mathieu Turcotte podczas Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City w 2002 roku. Tak samo jak Bode Miller w Beaver Creek w 2015. Tak samo jak Kazuki Nakajima podczas Le Mans 2016. Tak samo jak Bartek Fudali na mistrzostwach świata w Backyard Ultra. Zwycięzca będzie tylko jeden. Musi jedynie swoje wybiegać. Ja natomiast muszę swoje odespać.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
Moje, z wielkim trudem wywalczone, 33 pętle. Każda po 6,7 km.

DZIEŃ PO

Podczas gdy ja smacznie sobie spałem, odsypiając trudy Backyard Ultra TriCity, chłopaki walczyli dzielnie aż do czterdziestej pierwszej pętli, po której został tylko jeden zawodnik, Grzegorz Sułek. Ja w tym czasie byłem zajęty swoimi prywatnymi, znacznie mniej spektakularnymi zawodami z poduszką i kołdrą. Ostatnia, czterdziesta druga pętla, była dla niego tylko formalnością i jeszcze przed drugą nad ranem chłopak zgarnął zaszczytny tytuł zwycięzcy Backyard Ultra TriCity.

Gdy budzę się o poranku, wszystko jest już pozamiatane i nawet organizatorzy przygotowują się do wyjazdu. My również powinniśmy się zbierać, jednak piękna pogoda aż prosi nas o jeszcze jeden dzień spokojnej regeneracji na łonie natury. Praktycznie za każdym razem wracamy z takiego wyjazdu najwcześniej jak się da, a tutaj wyjątkowo nic nas nie goni. Z przedłużeniem doby hotelowej nie ma najmniejszego problemu, bo chętnych na dodatkowy nocleg jest jeszcze mniej niż pretendentów do tytułu mistrza Backyard Ultra TriCity po moim odpadnięciu z zawodów. Innymi słowy – recepcja płacze z radości, a ja z ulgi. Nawet się nie zastanawiam. Zróbmy sobie wakacje i choć raz odpocznijmy tak, jak powinno się to robić po zawodach ultra.

Dodatkowym atutem jest możliwość skorzystania z profesjonalnego zaplecza regeneracyjnego w postaci morza Bałtyckiego. Po przespaniu nocy mięśnie mam w relatywnie dobrym stanie i bez większego problemu mogę samodzielnie przetransportować się na plażę, używając do tego tylko i wyłącznie własnych nóg. Na miejscu, za namową Daniela, rozpoczynam proces naprawczy całego organizmu po weekendowej wyrypie.

Momentalnie po wejściu do zimnej wody, wszystkie naczynia w skórze kurczą się, blokując przepływ krwi do skóry, a tym samym kierując większą jej ilość do narządów wewnętrznych. Spodziewałem się gorszego odczucia, w końcu temperatura wody na poziomie 6 stopni Celsjusza dosyć dobitnie sugeruje zaliczenie fotki na fejsa i jak najszybszą ewakuację w zdecydowanie cieplejsze miejsce. Ja natomiast wybieram alternatywną formę leniwego pluskania się w morzu i czuję po nogach, że przynosi mi to nieprawdopodobną ulgę. Mam wrażenie, że obrzęk tkanek redukuje się w oczach. Zaledwie pięć minut tej wątpliwej przyjemności pozwala mi odświeżyć organizm i pobudzić się do stopnia „jestem gotów na kolejne okrążenie”. Mimo wszystko nie wypowiadam tego na głos. Trzeba się szanować. A przede wszystkim swój organizm. Myślę, że należy mi się odrobinę dłuższa przerwa niż jeden dzień.

Po wyjściu z wody wyrzut adrenaliny i noradrenaliny przekłada się na nieprawdopodobny przypływ energii. Naprawdę jestem bliski wykrzyczenia na głos tego hasła odnośnie kolejnego okrążenia. Mimo wszystko zadowalam się dobrym humorem. Wiem, że tak naprawdę moje mięśnie potrzebują trochę więcej czasu na pełny powrót do zdrowia. Cieszę się faktem, że udało mi się nie zniszczyć nóg kompletnie i już wkrótce będę mógł wrócić do treningów na pełnych obrotach.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
Mocy przybywaj!

TYDZIEŃ PO

Zadziwiająco szybko wracam do pełnej dyspozycji. Już mnie ciągnie na kolejny wybieg. Już chciałbym przywdziać buty i pobrykać choćby odrobinę. Mimo wszystko obiecałem sobie, że odpocznę pełne dwa tygodnie. Dam ciału odrobinę wolnego, bo już za chwileczkę czeka mnie przygotowanie do zdecydowanie bardziej ambitnego wyzwania niż Backyard Ultra. Już za dwa i pół miesiąca czeka mnie zadanie, do którego będę musiał znacznie zintensyfikować treningi przygotowawcze, dlatego traktuję te dwa tygodnie jako istne wakacje od biegania. Niech głód rośnie. Będzie mi już wkrótce potrzebny.

Garść statystyk

WYŻYWIENIE

  • Żele energetyczne – 2 sztuki;
  • Lasange – 2 porcje;
  • Jajecznica – 2 porcje;
  • Pizza – 6 kawałki;
  • Bitki z makaronem – 2 porcje obiadowe;
  • Tosty z pastą z tuńczyka – 2 sztuki;
  • Curry z kurczakiem i z ryżem – 2 miski;
  • Żurek z jajkiem – 1 miska;
  • Tosty z masłem orzechowym i bananem – 2 sztuki;
  • Rosół z makaronem – 2 litry;
  • Makaron z pesto – 1 porcja;
  • Zupa dyniowa z pieczonymi ziemniakami – 3 talerze;
  • Grochówka z tostem – 3 talerze;
  • Chałka z dżemem – 2 kromki;
  • Granola z mango i jogurtem – 2 duże porcje;
  • Paczka chipsów – 80 g;
  • Pół paczki żelek – 50 g;
  • Musy owocowe – 2 sztuki po 200 g;
  • Pomarańcze – 2 kg;
  • Arbuz – Jeden duży;
  • Cola – 2,5 litra;
  • Piwo – 3 butelki Corony bezalkoholowej;
  • Woda – Jakieś 12 litrów w formie czyściochy, białka, izotoniku i herbaty.

SPRZĘT

  • Buty – To był prawdziwy chrzest bojowy dla nowych Brooksów. Zarówno pontony pod długie wybiegania w postaci Ghost Max, jak i terenowe Cascadia spisały się znakomicie. 230 km na liczniku i nawet najmniejszego odcisku na stopach. Wszystkie paznokcie całe. Dobrze to wróży na przyszłość. Polubimy się z tymi Brooksami;
  • Ciuchy – W zależności od pogody: krótko, długo, z kurtką. Przerobiłem na tym biegu prawie cały wachlarz swoich ciuchów biegowych. Nawet rękawiczki się przydały. Zabrakło jedynie stuptutów, ale może to i dobrze;
  • Suunto Vertical – Przy takim, relatywnie niskim jak na Backyard Ultra przebiegu, nawet nie musiałem go ładować. I za to go uwielbiam;
  • Czołówka Ledlenser Neo 10r – Jak zwykle niezawodna na noc. Bez problemu wytrzymała od zmierzchu do świtu, zwłaszcza że nie musiała pracować w trybie ciągłym, dzięki przerwom pomiędzy pętlami.
Wyspa Sobieszewska.

KPI

  • 6:50 min/km to moje średnie tempo na trasie;
  • Daje to 8,8 km/h średnio na całej trasie;
  • Spaliłem niecałe 20 000 kcal;
  • Wypiłem jakieś 12 litrów płynów;
  • W ruchu spędziłem 25 godzin i 13 minut spośród 33 godzin przeznaczonych na moje pętle, co oznacza, że w trakcie całego biegu łączny czas moich przystanków wyniósł 7 godzin i 47 minut;
  • Pierwsze okrążenie pokonałem najszybciej: w 42 minuty i 12 sekund. Każde kolejne było wolniejsze;
  • Najwolniejsze okrążenie to to ostatnie: 57 minut i 7 sekund;
  • Generalnie dobre samopoczucie miałem do 26 okrążenia. Wszystkie zajmowały mi około 45 minut. Później brak snu dał o sobie znać i każda kolejna pętla była odrobinę wolniejsza;
  • Średnie tętno wyszło mi na poziomie 148 ud./min, co nawet na mnie jest dosyć wysokim wynikiem Na zmęczeniu, nawet na płaskich odcinkach tętno nienaturalnie skakało mi do góry, a jedynym sposobem na jego uspokojenie było przejście do marszu.

WYNIK

  • W biegu wystartowało 68 zawodników, w tym 13 kobiet;
  • 35 osób odpadło już po 12 godzinach;
  • Pełną dobę wytrzymało zaledwie 13 zawodników, w tym 2 kobiety;
  • Zwycięzca pokonał 42 okrążenia (282 km);
  • Ostatnie okrążenie mistrz przebiegł w czasie 38:36;
  • Straciłem do zwycięzcy zaledwie 4,6% jego czasu, co przełożyło się na ponad 3 godziny;

KOSZT

  • Wpisowe – 260 zł;
  • Kwatera – 920 zł (za trzy osoby);
  • Dojazd i paliwo na miejscu – 350 zł;
  • Zakupy przed – 400 zł (kupiłem naprawdę mnóstwo jedzenia);
  • Koszty na miejscu – 100 zł (drobna spożywka uzupełniająca);
  • Razem – 2 030 zł.

PLUSY

  • Trasa – Baaaardzo przyjemna pętla po lesie. Mogę jedynie żałować, że nie zahaczała o plażę z widokiem na morze, ale wówczas ugrzęźlibyśmy w sypkim piasku, więc na koniec dnia wolę tak jak było;
  • Miejscówka – Powód dla którego zdecydowałem się na Backyard Ultra TriCity. Dla mnie własna kuchnia, toaleta i prysznic to nieocenione dobra, które podnoszą komfort biegu do strefy marzeń;
  • Koszt – W porównaniu z biegami górskimi Backyard Ultra charakteryzuje się relatywnie niskim progiem wejścia. Jedna z tańszych imprez, w jakich brałem udział. Bardzo dobra jakość w stosunku do ceny. No chyba, że ktoś oduści na pierwszych kilku okrążeniach;
  • Punkty odżywcze – Był jeden, ale za to co 6,7 km. Mimo własnego zaplecza gastronomicznego z personelem, zdarzyło nam się skorzystać w punktu, a zupki z ich oferty naprawdę wchodziły znakomicie;
  • Eko – Jest dobrze. Papierowa torba z pakietem startowym, a w niej ani jednej bezsensownej ulotki czy reklamy.

MINUSY

  • Ciężko się wyspać na trasie. A tak na serio. Nie mam się do czego przyczepić. Naprawdę zacnie zorganizowana impreza biegowa.
Ależ korciło, żeby zboczyć z trasy i zająć się relaksem.

CZY MOGŁEM TO ZROBIĆ LEPIEJ?

Nie wiem. Na papierze – oczywiście! W praktyce – jeśli nauczyłbym się zasypiać momentalnie i próbował drzemać już od pierwszego okrążenia. Niestety niejednokrotnie przekonałem się, że teoria nie zawsze jest taka łatwa do odzwierciedlenia w praktyce. Pomimo szczerych chęci złapania drzemki, nie byłem w stanie utracić świadomości. Raczej nie będzie to nic odkrywczego, jeśli powiem, że ten czynnik jest kluczowy dla ambitnego wyniku w Backyard Ultra. Najwyraźniej ja jeszcze nie jestem na tym etapie, aczkolwiek butów na kołek jeszcze nie odwieszam. Być może za jakiś czas podejmę jeszcze jedną próbę na Backyard Ultra, jednak bez umiejętności zasypiania nie ma sensu porywać się z motyką na słońce.

Cała reszta zagrała mi idealnie. Buty, ciuchy oraz żywienie pozwoliły mi zapomnieć, że w tych aspektach również bywają problemy. Połączenie probiotyku z Nifuroksazydem umożliwiło mi przyjmowanie regularnych posiłków pod każdą postacią, bez żadnych problemów żołądkowych, które jeszcze kilka lat temu były dla mnie prawdziwą zmorą od drugiej doby biegu. Tutaj niewiele więcej jestem w stanie poprawić, ale też nie mam się do czego przyczepić. Jest stabilnie i tej wersji się będę trzymać.

JESZCZE RAZ?

Nieraz wspominam, że jest zbyt dużo biegów na świecie, żeby klepać ten sam wielokrotnie. Dla mnie każdy wyjazd na bieg to jednocześnie pretekst, by zobaczyć coś nowego. W końcu świat jest zbyt duży, żeby truchtać całe życie w jednym miejscu. Jednocześnie Backyard Ultra to w zasadzie nowa dyscyplina sportowa, a nie pojedyncze zawody. Decyzja o ponownym starcie w Backyard Ultra to mniej więcej to samo, co decyzja o ponownym wyjściu z domu.

Na obecną chwilę takich imprez jest 691 na całej naszej planecie. W samej Polsce jest ich 14, rozsianych od bałtyckich plaż, przez mazurskie jeziora i mazowieckie niziny, aż po dolnośląskie góry. Natomiast bardziej wymagający turyści mogą się dobrze sponiewierać również w innych krajach. Przy okazji wakacji na Mauritiusie, safari na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w przerwie pomiędzy poszukiwaniami zorzy polarnej na Alasce lub po zaliczeniu kąpieli we wszystkich gorących źródłach na Islandii. Do wyboru, do koloru.

Z pewnością każdy normalny człowiek jest w stanie spożytkować dzień lub kilka dni znacznie efektywniej pod kątem turystycznym, niż kręcąc się wokół pętli o długości 4,167 mili. Cała reszta, niełapiąca się w ramy szeroko rozumianej normalności wybierze albo maraton filmowy z „Modą na sukces” w roli głównej, albo bieganie Backyard Ultra. Ta druga opcja ma dodatkowy plus w postaci aspektu socjalnego, z nawiązką wynagradzającego godziny spędzone w tym samym miejscu. W końcu współcierpienie zbliża ludzi bardziej, niż jakikolwiek wyjazd integracyjny.

Zatem z pewnością zamierzam wziąć udział w takiej imprezie jeszcze raz. Raczej nie na wyspie Sobieszewskiej, niemniej nadal pozostaje mi trzynaście innych lokalizacji w Polsce i 677 kolejnych na całym świecie. Coś z pewnością uda się wybrać. Bez problemu znajdzie się jakieś nowe i piękne miejsce, w którym będę mógł po raz kolejny spektakularnie doprowadzić się do ruiny.

Będzie za czym tęsknić.

PODSUMOWANIE

Chciałbym móc powiedzieć, że już wystarczy. Przebiegłem Backyard Ultra, zająłem któreś tam miejsce i teraz mogę szukać sobie kolejnych wyzwań. Niestety jest to bezczelne kłamstwo. Nie da się „przebiec” Backyard Ultra. Ta dyscyplina to sportowe ucieleśnienie czerstwego dowcipu z moich lat dziecięcych, w którym prosiło się drugą osobę o podanie największej liczby jaką ona zna. Najczęściej padała odpowiedź „nieskończoność”. Wystarczyło trimfalnie powiedzieć „nieskończoność plus jeden”, by wygrać ten idiotyczny psuedopojedynek na placu zabaw. Dokładnie tak samo jest z Backyard Ultra. Zawsze może paść jedna pętla więcej. Zresztą masa ludzi już to udowodniła.

Mój wynik trzydziestu trzech pętli pozwala bez wstydu przeć naprzód w świecie ultra, jednak patrząc na to, co robią prawdziwi backyardowi wymiatacze, to ja mógłbym ewentualnie kubeczki z izo im podawać. O ile pozwolą. Aczkolwiek rekord świata należący do Phila Gore’a również nie jest nie do ruszenia i najprawdopodobniej już wkrótce przejdzie do historii, w związku z nadal rosnącą popularnością tego masochizmu.

A piąte miejsce, które zająłem? Również bzdura. Backyard Ultra przecież właśnie na tym polega. Nie ma piątego miejsca. Ani drugiego, ani trzeciego, ani wicemistrzostwa, ani jakiegokolwiek innego. Nie ma nawet pierwszego miejsca. Jest tylko zwycięzca, który pokonał największą liczbę okrążeń i masa ludzi, która nie nadążyła za własnymi ambicjami.

Mój pierwszy Backyard pozwolił mi poznać wszystkie dziwne aspekty rządzące tą pokręconą dyscypliną i dał do zrozumienia jedno: tu można tak bez końca. Z jednej strony jest jedna i ta sama pętla pokonywana po raz pierdyliardny, której ma się serdecznie dosyć. Z drugiej strony to tylko 6,7 kilometra, więc chęć ukończenia jeszcze jednego okrążenia jest z jakiegoś zadziwiającego i nikomu niezrozumiałego patologicznego powodu silniejsza niż urzyg spowodowany ich dotychczasową liczbą.

Tak właśnie jest w moim przypadku. Gdy ruszałem na 34 okrążenie, miałem tego wszystkiego serdecznie dosyć. Miałem też wrażenie, że moje nogi nie są w stanie pokonać choćby metra więcej. Tymczasem już po zaparkowaniu w wygodnym łóżeczku pojawiły się pierwsze wątpliwości. Może jednak dałbym radę jeszcze jedną pętlę? Nie mam wyjścia. Będę musiał to kiedyś sprawdzić.

OD AUTORA

Dla ciekawskich podrzucam swój autorski, z trudem wypracowany przez lata w ultra patent na problemy żołądkowe. Nie jest to żadna wiedza tajemna przekazywana z pokolenia na pokolenie ultrasów przy ognisku, tylko efekt wielu bolesnych eksperymentów na własnym przewodzie pokarmowym, prowadzonych metodą prób i błędów. Głównie błędów.

Zaczynam już na 3 dni przed biegiem, stosując probiotyk raz dziennie, żeby poprawić trawienie i regularność wypróżnień, ale też celem poprawienia układu odpornościowego, który już za chwilę i tak dostanie wystarczająco w kość. Ja stosuję Sanprobi IBS, ale ponieważ nie mam z tego tytułu żadnych benefitów i nie jest to współpraca reklamowa, bez większego problemu mogę go zastąpić każdym innym probiotykiem.

W dniu biegu, od godziny 0, łykam probiotyk co 8 godzin, tak żeby przyjąć 3 dawki na dobę.

Równolegle od czwartej godziny pochłaniam jedną dawkę Nifuroksazydu 200 i powtarzam ten proces co 8 godzin. Nie ma co się okłamywać, w trakcie biegu ciężko jest zadbać o poprawną higienę, nawet tak podstawowych części ciała jak ręce. Zawsze mam przy sobie żel antybakteryjny, jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu zazwyczaj o nim zapominam. To wszystko w połączeniu z nieprawdopodobnym miksem posiłków, które przyjmuję, skutkuje prawdziwą mieszanką wybuchową w moim brzuszku. Nie ma wątpliwości, że niepożądane bakterie również bez problemu znajdują drogę do tego mikrobowego eldorado i z radością tam urzędują, zakładają rodziny, płacą podatki i nie wybierają się nigdzie indziej.

Nifuroksazyd 200 działa bezpośrednio w jelitach i relatywnie skutecznie zwalcza dolegliwości o podłożu bakteryjnym. W przeciwieństwie do popularnego wśród biegaczy Stoperanu, nie blokuje ruchu jelit. Dla mnie korek w tyłku jest zwyczajnie mało komfortowy. Tymczasem połączenie probiotyku z Nifuroksazydem pozwala na regularne i „zdrowe” zrzutki oraz bezproblemowe tankowanie w miarę potrzeby.

Teraz już wiecie. Podziękujecie mi kiedyś, przy okazji. Z bezpiecznej odległości od toalety.

TeamPlutt Backyard Ultra Daniel Pluta BYU Tricity
TeamPlutt: Bo takich trzech jak nas dwóch…

Related Post

2 Replies to “Backyard Ultra TriCity – Magia liczb i DNF”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *