Zimowy Ultramaraton Karkonoski – Fūjin, Królowa i pan Marek

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Tomasz Krysiak.
W ciepłych miesiącach można brać udział w zawodach biegowych w zasadzie w każdy weekend, a i tak trzeba wybierać, bo zbyt dużo imprez ze sobą koliduje, tymczasem zimą kalendarze biegowe świecą pustkami. Są oczywiście odpowiedniki letnich wydarzeń, zazwyczaj na krótszych dystansach, żeby ludziom żyło się lżej. Są też biegi stworzone konkretnie pod zimowe wyzwania. Zimne. Ciężkie. Trudne. Rządzące się swoimi prawami. Na jeden z nich nie można się ot tak zapisać. Trzeba mieć spełnione kwalifikacje i jeszcze wystarczająco dużo szczęścia w losowaniu, bo mimo wstępnych ograniczeń chętnych nadal jest tylu co studentów na jedno miejsce japonistyki na Uniwersytecie Gdańskim. Zimowy Ultramaraton Karkonoski. Oto jego historia.

Przygotowania

Wrzesień 2020

Byłem kilka razy w Karkonoszach, ale nigdy nie udało mi się wejść na Śnieżkę. Znam to magiczne, nieprawdopodobnie fotogeniczne miejsce jedynie ze zdjęć. Najwyższy szczyt Sudetów zimą śni mi się czasami po nocach. Mógłbym próbować opisać tutaj przepiękną śnieżną scenerię wokół Wysokogórskiego Obserwatorium Meteorologicznego, którego stosunek pokrywy lodowej do rozmiarów budynku jest większy niż ten polewy czekoladowej na nowych Magnum Double Starchaser do szerokości najsłodszego produktu Unileveru, ale niestety mój kunszt pisarski nie osiągnął jeszcze na tyle wysokiego poziomu, żebym był w stanie oddać ten klimat, choć spróbować mogę.

Wyobraź sobie: Placówka Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, zlokalizowana na Śnieżce, cała w śnieżnej pokrywie, niczym gość z rumieńcem ze skeczu Fronczewskiego, prężąc i śmiejąc się szampańsko, ubrana w biały frak, mówiąca „dobry wieczór państwu”, niknąca w resztkach promieni słonecznych jeszcze przez chwilę wydobywających się zza horyzontu tylko i wyłącznie dzięki zjawisku refrakcji, mimo że centralna gwiazda Układu Słonecznego już kilka minut temu zniknęła z pola widzenia, stoi majestatycznie na szczycie najwyższej góry Karkonoszy.

Szczęśliwcy, którzy znajdują się akurat w okolicy zatrzymują się pod przymusem i zbierają swoje szczęki z ziemi po części pod wpływem wrażenia, jakie wywiera na nich piękno otaczającego ich krajobrazu, a po części z powodu daru jaki właśnie otrzymali od losu. Nie jest bowiem łatwo doświadczyć takich warunków na Śnieżce. Najwyższy szczyt Sudetów zdecydowanie częściej daje w kość turystom, niż pozwala oglądać się w cudownej słonecznej aurze.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Karol Nienartowicz.

Według mitologii japońskiej Izanami-no-Mikoto, czyli dyrektor generalny w boskim panteonie dalekiego wschodu, Matka Ziemia i Królowa Niebios, opisywana taką ilością tytułów, że sama Daenerys Targaryen poczułaby się przy niej jak praktykant na bezpłatnym stażu pierwszego dnia w siedzibie głównej KPMG, w przeraźliwych męczarniach urodziła boga ognia Kagu-tsuchi. Wydając dziecko na świat sama została śmiertelnie poparzona i odeszła do Yomi-no-kuni, czyli Krainy Ciemności. Ojciec jej potomka, Izanagi, bóg bogów i szef wszystkich szefów, inspiracja, na podstawie której w Poranku Kojota wystąpił pan Krzysztof Jarzyna ze Szczecina, po śmierci swojej ukochanej wpadł w szał, przy którym Ragnarök to zaledwie sprzeczka przedszkolaków. W amoku porąbał syna na kawałki, obwiniając go za śmierć Izanami, a następnie udał się do krainy umarłych odzyskać utraconą miłość.

Niestety zanim znalazł królową swojego serca w czeluściach Krainy Ciemności, ta zdążyła się już częściowo rozłożyć. Jej nieskazitelne piękno zostało na wieczność zbezczeszczone, a jej ciało zaczęły pochłaniać demony przeistaczające Wielką Bogini w istną Królową Demonów. Izanagi zobaczywszy okropnego paszczura ze ślinotokiem zamiast młodej, szczupłej i zaokrąglonej Japonki z krótkimi siwiejącymi włosami i jasną skórą uznał, że to jednak nie najlepsza partia na wieczność i postanowił się wycofać.

Zniewaga której się dopuścił rozzłościła Izanami nie na żarty, dlatego królowa trupów rzuciła się w pościg za chłopem mającym czelność odwrócić się do niej tyłem, biorąc do pomocy kilku swoich demonicznych przydupasów, którzy już wtedy byli gotowi bez zająknięcia wykonywać wolę swojej pani, najwyraźniej stając się inspiracją dla posłów z PiSu wiernych prezesowi do grobowej deski.

Niestety dla trupiej ekipy, nadal jurny Izanagi bez problemu czmychnął z Yomi, a na odchodne zatkał wejście ogromnym głazem pozostawiając za sobą jedynie ciemność. A przynajmniej tak mu się wydawało. Gdyby nie był tak pewny siebie jak Zlatan Ibrahimović, zapewne obejrzałby się i sprawdził czy jego fortel okazał się skuteczny. Zobaczyłby wtedy, że przez pęknięcie w skale do świata żywych wydostały się złe duchy Oni oraz kilka demonów, w tym Fūjin i jego brat Raijin zrodzeni z Izanami po jej śmierci.

Fūjin nie miał lekkiego życia w świecie śmiertelników. Bóg wiatru, przerażający stwór o zielonej skórze i czerwonych włosach, ubrany w skórę lamparta, z wielkim workiem pełnymi wiatrów na swoich ramionach, gdzie się nie pojawił, już samym wyglądem wzbudzał raczej mało pozytywne emocje, nie wspominając o momentach, gdy wziął się za rozładowywanie swoich emocji. Nie ma się co dziwić, wszak razem ze swoim bratem Raijinem, bogiem piorunów, przyczynił się do wielu śmierci wzniecając potężne tajfuny, przewalając drzewa i niszcząc domy. Przypisuje im się nawet zrównanie z ziemią dziesiątek tysięcy Mongołów, którzy w XIII wieku dwukrotnie próbowali najechać Japonię. Ciężko o dobrą reputację przy takiej profesji.

Fūjin, bóg wiatru.

Mitologia japońska nie ma jednoznacznej historii opisującej co stało się z Fūjinem, a tylko nieliczni znają prawdę, która z pozoru wydaje się nieprawdopodobna, jednak z siłami wyższymi się nie dyskutuje. Otóż Fūjin z wiekiem znudził się tułaczką po świecie i wybijaniem ludzi w pień. Postanowił znaleźć sobie miejsce na odludziu, gdzie mógłby oddać się bardziej przyziemnym przyjemnościom takim jak zbieranie grzybów w lesie, wędkowanie oraz piesze wędrówki i kontemplacja na temat złożoności świata.

Długo szukał idealnego miejsca, aż w końcu dotarł do odległej krainy wiele lat później nazwanej Polską. Znalazł tam górę, na której postanowił osiąść, ponieważ dawała mu wszystko czego potrzebował. Grzybów w bród w okolicznych lasach, mnóstwa ryb w pobliskim jeziorku nazwanym z czasem Małym Stawem, oraz niezliczonych kilometrów ścieżek do spacerowania. Idealne miejsce na emeryturę.

Niestety prawdziwa natura Boga Wiatru nigdy nie dała się oszukać. Demon zawsze będzie demonem. Do dzisiaj Fūjin stara się jak może, żeby nie psocić za bardzo w Karkonoszach, jednak za każdym razem, kiedy ciśnienie rośnie mu do granicznego poziomu, musi odrobinę spuścić z wentyla, więc otwiera swój wietrzny wór i dmie w każdą stronę.

To właśnie dlatego na Śnieżce huraganowe wiatry stanowią codzienność. Rzekomo mocno wieje tutaj przez statystyczne 206 dni w roku. Średnia prędkość wiatru na najwyższym szczycie Sudetów wynosi 43 km/h, a zdarzają się miesiące ze średnią dwukrotnie wyższą. Natomiast, gdy Fūjin ma zły dzień, lepiej zostać w domu i odpalić Netflixa, ponieważ tajfuny osiągają prędkości powyżej 200 km/h, a kieleckie może się schować z tym swoim gwizdaniem, albo zwyczajnie zjawić się u Fūjina z petycją o korepetycje z poprawnego rozdmuchiwania mas powietrza, jednak w tym przypadku uczeń nigdy nie przerośnie mistrza.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Sławek Nakoneczny.

Druga sprawa to mgła, która na szczycie Śnieżki utrzymuje się przez ponad 300 dni w roku, z czym wiąże się zupełnie inna legenda, ale w sumie to nie o tym ten blog, więc opiszę ją przy innej okazji. Najważniejsze, to zrozumieć, że trafienie dobrych warunków pogodowych na szczycie tej góry jest równie prawdopodobne jak trafienie piątki w totka. Z tym, że łatwiej, bo żeby wygrać wcale nie trzeba grać. Wystarczy pierwsza lepsza aplikacja pogodowa i od razu wiadomo czy dziś jest ten dzień. A z reguły zwyczajnie nie jest.

Co by nie było, challange accepted! Chciałbym przebiec Zimowy Ultramaraton Karkonoski i wdrapać się na Śnieżkę zimą. Zapewne będzie wiać, ale może chociaż w plecy. Zapewne będzie padać, ale może chociaż śnieg a nie deszcz. Zapewne będzie zimno, ale może nadal na plusie. Zapewne będzie mgła, ale może tylko na samym szczycie. Brzmi jak fantastyczne wyzwanie na początek sezonu. Muszę się tam tylko dostać, bo w przypadku tej imprezy samo „chcę” nie wystarcza, ale o tym za chwilę…

13 Października 2020

Prawie 500 lat temu niemiecki kartograf i pedagog Martin Helwig przechadzał się wielokrotnie po Śląsku zbierając od lokalnych mieszkańców dane geograficzne dotyczące południowej części dzisiejszej Polski. Bez Google nie była to łatwa sprawa, więc wszelkie tego typu badania wymagały znacznie więcej zaangażowania niż proste zapytanie online. Helwig jednak był mocnym zawodnikiem, nie odpuszczał i z czasem nagromadził tak dużą ilość informacji, że przerażony brakiem przenośnych nośników danych postanowił to wszystko uwiecznić dla potomnych bardziej tradycyjną jak na tamte czasy metodą. W ten sposób powstała pierwsza, przepiękna, kolorowa, wyryta w drewnie mapa Śląska.

Pierwsza mapa Śląska z 1561 roku.

Fenomenalna dbałość o szczegóły, przyozdobiona fantastycznymi grafikami to jedna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Jednak studiując mapę można dostrzec jeszcze kilka innych ciekawych aspektów. Jedną z nich jest orientacja, która na pierwszy rzut oka zupełnie nie gra, ponieważ góry znajdują się w północnej części obrysu. Mogłoby to dawać podstawy do posądzenia Helwiga o brak kompetencji do zadania, na które się porwał, wszak już starożytne mapy Babilonu z około 600 roku p.n.e. umieszczały północ na górze, co z resztą było standardem już od czasów starożytnych, więc gość powinien spełniać jakiekolwiek namiastki ISO w swojej dziedzinie, jednak w rzeczywistości nie była to jego ułomność. Koleś, który skończył jako rektor szkoły Świętej Marii Magdaleny w Breslau celowo odwrócił kierunki w swoim dziele, o czym z resztą poinformował opinię publiczną publikując swoją mapę, dlatego nie można mieć mu tego za złe. Zwyczajnie rysował po swojemu.

Jednak największą ciekawostką jest drobny szczegół umiejscowiony w górnej-prawej części drewnianego dzieła. Mała ikonka przedstawiająca stwora w kształcie gryfa stojącego dumnie na tylnych nogach z pionowo trzymanym długim kijem w łapach, przyozdobiona kopytami, prężnie sterczącym ogonem alla kogut gotowy do walki ulicznej oraz porożem, którego nie powstydziłby się słynny jeleń z Jaworzna, podpisana jest bazgrołem stanowiącym w średniowieczu standardową czcionkę używaną na dziełach kartograficznych, który po wnikliwej analizie daje się przeczytać jako „Rubenczal”.

Pierwszy wizerunek Liczyrzepy.

Duch Gór, zwany w naszym ojczystym języku Liczyrzepą, a po niemiecku Rübezahl’em, którym babcie straszyły dzieci w swoich mrocznych opowieściach, przybierał różne obrazy. Początkowo przedstawiany był jako efekt nieudanego eksperymentu medycznego mającego na celu skrzyżowanie jelenia, koguta, kozy i samego belzebuba, jednak najwyraźniej dzieciaki robiły w gacie już od samego opisu i ktoś postanowił zrobić z demona maskotkę ocieplając nieznacznie jego wizerunek. To właśnie dlatego potwór w kolejnych wersjach swoich legend przepoczwarzył się w przyjaznego dziadziusia i został nawet w pewnym momencie przemianowany na Pana Jana. Jednak w przyrodzie nic nie ginie i dziś co raz częściej wraca się do pierwotnej bardziej mrocznej wersji Liczyrzepy.

O tato, jakie fajne warkoczyki! Tak reaguje moja córka, widząc logo imprezy sportowej, któremu się przyglądam. Zimowy Ultramaraton Karkonoski oznaczony jest smoczą głową pierwszej wersji Rubenczala z wystającym długim językiem i imponującym porożem mylnie wziętym przez moje dziecko za splecione i rozrzucone na wietrze włosy. Przez krótki czas spieramy się co to za stwór, przechodząc przez rekina, aż po orła z rogami i w sumie to nie udaje nam się dojść do porozumienia, jednak to akurat mój najmniejszy problem. Patrzę na termin ZUK 2021. 6 Marca. Zupełnie mi nie pasuje. Dla mnie dzień po piątym dniu roboczym to jeden z najgorszych możliwych scenariuszy. Taką mam robotę, że czwarty i piąty dzień roboczy to jednym słowem rzeźnia. Z reguły kończę, gdy zaczyna się już nowy dzień. Nie widzę opcji, żeby harować w kopalni do północy, a następnego dnia atakować Zimowy Ultramaraton Karkonoski o 7 rano.

Ale zaraz. A gdyby tak…. Piąty dzień roboczy jest w piątek. Mogę zrobić przed weekendem ile dam radę, w sobotę pobiec ZUK-a, a w niedzielę dokończyć tematy zawodowe, żeby na poniedziałek było pozamiatane. Może nikt w robocie się nie zorientuje? Może oni w weekend jednak nie pracują? To będzie naprawdę ostre wyzwanie logistyczne, bo jeszcze w Karkonosze trzeba dojechać i wrócić. Jednak dla chcącego nic trudnego. Ostatecznie kiedy mam pobiec ten Zimowy Ultramaraton Karkonoski? Na emeryturze? Co ma być to będzie. Najpierw się zapiszę, a jak mnie przyjmą to się będę martwić.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Karolina Krawczyk.

4 Listopada 2020

Zarypany w robocie nie wiem w co wsadzić ręce. Tu klikam, tam klikam, telefon dzwoni co chwila, jednym słowem orka na ugorze. Z rytmu wyrywa mnie *ping* w telefonie, informujący o spotkaniu za 15 minut. Jakie znowu spotkanie? Dzisiaj miał być luz. Patrzę w szczegóły, a tam „Zapisy na ZUK”. A no jak tak to wszystko jasne. Kilka minut przerwy dobrze mi zrobi.

Po chwili otwieram stronę organizatora i na spokojnie przechodzę proces zapisów, a na koniec dostaję maila z potwierdzeniem pre-rejestracji. Tutaj właśnie jest haczyk. Na ten moment jestem zaledwie wnioskodawcą, przeciętnym petentem czekającym na decyzję Stowarzyszenia Poco Loco Adventure stojącego za jednym z najbardziej kultowych zimowych biegów górskich w Polsce. Czuję się jak przedsiębiorca w siedzibie skarbówki oczekujący na odpowiedź urzędnika. Samo zapisanie się, pomimo posiadanych kwalifikacji w postaci ukończonych przynajmniej dwóch biegów górskich na dystansie maratonu lub dłuższym to za mało.

Dla szaraczków takich jak ja przewidziane jest 380 miejsc, a sama rejestracja jest możliwa przez kilka dni. Po tym terminie, jeśli chętnych będzie więcej, prawo uczestnictwa zostanie przyznane w drodze losowania. Są tylko dwie opcje dostania się na Zimowy Ultramaraton Karkonoski z ulicy z pominięciem „ciągnięcia” losów. Pierwsza jest najprostsza, wystarczy być na tyle mocnym zawodnikiem, żeby organizator sam wyszedł z zaproszeniem, jednak taką ewentualność mogę zdecydowanie wykluczyć z miejsca. Daleko mi do czołówki, która w poprzednim wcieleniu była krzyżówką kozicy z susłem górskim, a dzisiaj zreinkarnowana w ludzkiej postaci kopytkuje po stromych graniach z taką prędkością, że większość biegaczy ulicznych aż ściska w kiszkach, ponieważ nie są w stanie nawet zbliżyć się do ich wyników i to na równym oraz suchym asfalcie pędząc z wiatrem w plecy w słoneczne popołudnie.

Druga to dzika karta, którą od Stowarzyszenia Poco Loco Adventure otrzymuje każdy pechowiec mający na tyle mało szczęścia w trzech kolejnych losowaniach na Zimowy Ultramaraton Karkonoski, że rok w rok jego lub jej kandydatura ląduje w koszu. Organizator ludzki pan, więc z najszczerszej litości obejmuje ofiarę losu ochronnym parasolem ratując ją przed kolejnymi upokorzeniami na drodze ultra, depresją i wiecznym pogrążeniem się w umartwianiu nad swoim ultralosem. Czwarte podejście zawiera w sobie gwarancję sukcesu murowanego jeśli chodzi o możliwość startu w ZUKu, jednak mam ogromną nadzieję, że nie będę musiał czekać aż tak długo na swoją szansę i uda mi się przejść pomyślnie etap losowania znacznie wcześniej.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Sławek Nakoneczny.

Z jednej strony podoba mi się to podejście z loterią. Nie trzeba się spinać, żeby zdążyć, jak w przypadku Szczawnicy, kiedy to wszystkie miejsca rozeszły się w 42 sekundy. Z drugiej strony muszę się liczyć z tym, że moje plany biegowe pokrzyżuje brak szczęścia w losowaniu. Tak źle, a tak niedobrze. W każdym razie, żeby wygrać trzeba grać. Tymczasem zostaje mi tylko trzymanie kciuków za łut szczęścia. Albo za brak dużej liczby chętnych, co pozwoli mi wystartować z pominięciem loterii, aczkolwiek w ten scenariusz bardzo mocno wątpię.

16 Listopada 2020

…Niestety Twoje zgłoszenie nie zostało wylosowane na VIII Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego 6 marca 2021 roku…

Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego 

Dla pewności sprawdzam jeszcze stronę internetową. Może im się coś pomyliło. Może jestem chociaż na liście rezerwowej. Niestety. Klops. Sezon nawet się jeszcze nie zaczął, a mój plan sypie się po całości. Mógłbym próbować jeszcze wbić się tam trochę na krzywy ryj. Pewnie w ostatnim momencie ktoś będzie chciał zrezygnować, jednak podejrzewam, że tak samo pomyśli pozostałe 740 osób, którym szczęście dopisało równie pomyślnie jak mi.

Przykro mi strasznie, ale przynajmniej się nie popłakałem. Teoretycznie za rok będę miał odrobinę większe szanse, ponieważ pechowcy dostają podwójny los w kolejnej loterii. Tymczasem muszę sobie znaleźć jakąś alternatywę na początek sezonu.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Sławek Nakoneczny

9 Lutego 2021

Bestia ze wschodu zaatakowała kilka dni temu. Nieświadomi nazwali ją orkanem Ivan, bardziej wtajemniczeni wiedzą, że to Fūjin ma dzisiaj zły dzień i używa najcięższego oręża w postaci zawieruchy, bardziej obfitych opadów śniegu niż przez ostatnie 3 lata razem wzięte i huraganowego jak na miejskie warunki wiatru, osiągającego nawet 30 km/h. W Warszawie, żeby nie było. Na jego podwórku gwiździ zdecydowanie mocniej.

Pracuję z domu i co chwila zerkam za okno zastanawiając się czy śnieg nadal pada tylko w bok, czy już zaczyna go wywiewać do góry. W takich warunkach nie mam wątpliwości i odpuszczam dzisiejsze wybieganie ciesząc się w duchu, że rok temu zdecydowaliśmy się na koty a nie psa. Przynajmniej nie trzeba ich wyprowadzać.

Oczyma wyobraźni widzę siebie przeprowadzającego w podobnej aurze atak szczytowy na Śnieżkę. To byłby czad. Pewnie bluzgałbym na czym świat stoi, ale przygoda byłaby przednia. Na takie warunki mógłbym liczyć, gdybym miał trochę więcej szczęścia w losowaniu na Zimowy Ultramaraton Karkonoski. Tymczasem wzdycham tylko głośno i liczę, że fart dopisze mi w losowaniu na edycję ZUK 2022. Mam nadzieję, że globalne ocieplenie będzie postępować odrobine wolniej niż decyzje naszego rządu w temacie obostrzeń anty-covidowych i będzie można jeszcze zobaczyć śnieg, przynajmniej w górach, jednak już po chwili okazuje się to być zaledwie pobożnym życzeniem.

Komunikat na stronie organizatora.

Tego samego dnia organizator biegu publikuje informację, że zawody i cała lista startowa zostają przełożone na 2022 rok ze względu na obostrzenia anty-covidowe co oznacza, że ja muszę czekać przynajmniej jeszcze jeden pełny rok, aż do 2023 na ewentualną możliwość startu w tej imprezie. Serio serio? Jest sens planować z takim wyprzedzeniem. Jest bezsens! Ale jak się nie ma co się lubi… Ja chcę pobiec Zimowy Ultramaraton Karkonoski i zrobię to choćby skały s…padły z nieba… Trzeba czekać, to poczekam. W każdym razie nie odpuszczam. Jestem przekonany, że następnym razem szczęście mi dopisze.

8 Listopada 2022

…Niestety Twoje zgłoszenie nie zostało wylosowane na IX Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego…

Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego

Naprawdę? Życie jest aż tak niesprawiedliwe? Przede mną kolejny rok oczekiwania na trzecią szansę. Wiem, że są większe tragedie na Ziemii i staram się nie robić z tego niepowodzenia końca świata, mając w głowie złotą radę mojej małżonki: co się przejmujesz, nie ten bieg to inny. Jednak nadal bardzo chciałbym wziąć udział w ZUKu. Pozostaje mi powzdychać do ośnieżonej Śnieżki i wziąć się do roboty w kwestii przygotowań na kolejny sezon, żeby dumnie stanąć na starcie w przyszłym roku. W końcu do trzech razy sztuka! Następnym razem musi się udać!

30 Października 2023

Pobiegnę Zimowy Ultramaraton Karkonoski! Wystarczy, że się zapisze! Organizator właśnie udostępnił regulamin przyszłorocznych zawodów, w którym jest istotna zmiana w porównaniu z poprzednimi latami. Dzika karta będzie teraz przyznawana każdemu, kto nie miał szczęścia w dwóch poprzednich losowaniach! Los na loterii na miarę szóstki w totka jest mój, przynajmniej tak postrzegam gwarantowany start w ZUKu, a ja nawet jeszcze nie odwiedziłem kolektury! Dzień nie mógł się rozpocząć lepiej. Paula! Paula! Chcesz ze mną jechać w Karkonosze?

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Daniel Koszela.

22 Listopada 2023

Twoje zgłoszenie zostało wylosowane i tym samym dostałeś się na Listę Startową na X Zimowy Ultramaraton Karkonoski

Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego

Rozpływam się. Ponad 3 lata od podjęcia decyzji o wzięciu udziału w ZUKu będę mógł zrealizować swoje marzenie. Długo kazali mi czekać, a kolejne niepowodzenia w losowaniach strasznie mnie frustrowały, na szczęście w końcu się udało. Nie należę do najbardziej cierpliwych osób na świecie, więc Stowarzyszenie Poco Loco Adventure wystawiło mnie na ciężką próbę, jednak nawet w tych kwestiach nie jestem pierwszym lepszym świeżakiem.

2,5 roku czekałem na połamanie trzech godzin w maratonie, co już wtedy było gigantycznym testem cierpliwości, w trakcie którego niejednokrotnie myślałem że zwyczajnie nie nadaję się na królewski dystans i zostaną mi do wyboru tylko krótsze biegi. W świecie pozasportowym podobnych wyzwań również mi nie brakuje. Moje dzieci regularnie od dobrych 8 lat sprawdzają granicę mojej cierpliwości i wytrenowali mnie do tego stopnia, że na wspomnienie Williama Fostera z filmu Upadek Joela Schumachera na myśl przychodzi mi tylko jedno słowo – mięczak.

Chociaż wcale nie uważam się za mistrza w tej dyscyplinie. Świat pokazał nam wszystkim prawdziwych czempionów cierpliwości, elitę niestrudzoności i liderów stoicyzmu w jednym. Weźmy takiego księcia Karola z rodu Windsor. Koleś formalnie znalazł się w pierwszej linii sukcesji do tronu gdy jego matka została koronowana na królową Elżbietę II w 1952 roku. Miał wtedy zaledwie 4 lata, ale poniekąd biernie zaaplikował, czy może bardziej został oddelegowany na nowe stanowisko. Dopiero 70 lat później stał się królem Zjednoczonego Królestwa i podległych jemu terytoriów.

Można powiedzieć że książę Karol dostał nową fuchę będąc już na emeryturze, podczas gdy przeciętny obywatel czekając aż tyle raczej zmieniłby profesję lub odpuścił uznając, że to trochę za późno. Choć w przypadku księcia Karola, to on akurat chyba za bardzo nie miał innej opcji. Nigdy się nie dowiemy czy narzekał na długi czas oczekiwania, jednak mając go w pamięci nie mógłbym spojrzeć sobie w lustro marudząc na trzyletnie oczekiwanie na swój Zimowy Ultramaraton Karkonoski.

Trzeba się cieszyć, że to były trzy lata a nie cztery. Albo, że w ogóle taka instytucja jak dzika karta istnieje na tej imprezie i nie trzeba się mierzyć z porażką w nieskończoność, bo patrząc na moje wyniki w kolejnych losowaniach to chyba właśnie taki scenariusz byłby mi pisany.

W międzyczasie nie próżnowałem i z pewnością jestem dzisiaj w lepszej dyspozycji niż gdybym wystartował w edycji w 2021 roku. Wprawdzie mimo to wygrana ani nawet podium również z pewnością mi nie grozi, za dużo harpaganów przyjeżdża na tą imprezę, żeby tacy amatorzy jak ja mogli zabłysnąć, ale mogę zrobić co do mnie należy w całkiem przyzwoitym stylu i cieszyć się, że zakwasy będą mnie trzymać znaczniej krócej, niż miałoby to miejsce na początku mojej ultrakariery.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Piotr Jarmoliński.

11 Stycznia 2024

Tą lepszą dyspozycją najwyraźniej wywołałem wilka z lasu. Od dłuższego czasu doskwiera mi pewien dyskomfort w achillesach. Ponieważ występuje on w obu kończynach na zbliżonym poziomie intensywności, zakładałem ogólne przemęczenie, które da się rozbiegać, a wykluczyłem kontuzję. Z resztą byłem jakiś czas temu na badaniu ultrasonograficznym stwierdzającym prawidłowość struktury włókienkowej ścięgna piętowego, więc to musi być zwykłe przeciążenie.

Niestety doktor Pluta nie jest największym specjalistą z obszaru układu mięśniowo szkieletowego, plasując się w hierarchii wiarygodnych źródeł daleko za Google oraz Poradnikiem Domowym, ponieważ ani przerwa w treningach, ani dalsze rozbieganie nie pomogły zupełnie na moje dolegliwości. Wręcz przeciwnie nieprzyjemne odczucie się nasiliło i jeszcze kilka dni temu byłem gotów zmienić jego klasyfikację z irytującego bliżej nieokreślonego dyskomfortu na ból.

Nie mam wyboru, muszę się skonsultować z bardziej doświadczonym specjalistą z zakresu leczenia urazów narządu ruchu, o co raczej nie będzie trudno, ale najpierw ponowne USG, żeby było na czym oprzeć profesjonalną diagnozę.

O! I mamy winowajcę. Widzi pan? – pyta doktor Wojciech, niesamowicie sympatyczny, ale również rzeczowy ortopeda, wskazując na monitor, na którym mieni mi się mnóstwo szarych plamek poprzekreślanych białymi liniami. No nie widzę. To znaczy widzę, ale dla mnie to jakaś abstrakcja. Mam wrażenie, że po zażyciu grzybków halucynogennych mój świat wyglądałby dokładnie tak jak obraz przede mną, więc proszę o doprecyzowanie.

O! Tutaj wszystko widać jak na dłoni…

Panie Danielu, same ścięgna są w doskonałym stanie, ale ma pan zapalenie ciała tłuszczowego pod nimi. Teraz następuje przyśpieszony kurs medyczny z kategorii ortopedyczno-urazowej celem wyjaśnienia co to za część ciała o której nigdy w życiu do tej pory nie słyszałem i nie mam pojęcia do czego służy.

Na szczęście nigdy nie jest za późno na dokształcenie się, pan Wojciech chętnie dzieli się wiedzą, nawet z takimi ułomkami medycznymi jak ja sam, dzięki czemu dowiaduję się, że w zasadzie jest to tkanka tłuszczowa, która stabilizuje i chroni mechaniczną funkcje stawu skokowego. Mój natomiast dostał ostatnimi czasy takie bęcki, że obrona nie dała rady przeciwstawić się napierającym że wszystkich stron siłom nieprzyjaciela. Na szczęście twór ten, wbrew swojej nazwie, do miękkich nie należy, więc nie odpuszcza i nie składa broni, jednak musi włożyć znacznie więcej pracy w swoje podstawowe funkcje, co przekłada się na dyskomfort. Diagnoza: Im więcej będę biegać, tym bardziej będzie boleć. Zalecenia: dłuższa przerwa…

Nie dyskutuję. Nie ma sensu tłumaczyć, że za miesiąc mam Zimowy Ultramaraton Karkonoski. Ten pociąg już się rozpędził i nie da się go zatrzymać. Jest tylko jedna osoba, która mnie zrozumie, a przynajmniej na to liczę i być może będzie w stanie mi coś doradzić, więc czas przejść do planu naprawczego i skorzystać z drugiej linii wsparcia. Halo, Mariusz? Cześć, słuchaj sprawa jest.

Prawo Murphy’ego zawsze na propsie, więc niestety mój fizjoterapeuta nie jest w stanie przyjąć mnie kolejnego dnia, a od następnego ja jestem już na feriach zimowych w górach. Na szczęście covid udowodnił, że większość rzeczy da się jednak przeprowadzić zdalnie, więc przechodzimy do mojej pierwszej w życiu teleporady fizjoterapeutycznej.

Sesja zdalna z Mariuszem ciągnie mi się na tyle długo, że zasługuje na oddzielny wpis na moim blogu, jednak w bardzo dużym skrócie nie jest źle, jednak dobrze byłoby zluzować choć trochę z treningami, ale już ustaliliśmy, że ze względu na Zimowy Ultramaraton Karkonoski i urlop w górach jest to niewykonalne. Z równym powodzeniem można poprosić kota, żeby nie wchodził na kanapę. Poza tym zmieniamy obuwie, porzucam Altry, w których biegam od dwóch lat i wracam do japońskiego Mizuno, w którym zaczynałem swoją karierę ultrasa. A po primo ultimo, skoro nie mam teraz czasu na żadne zabiegi fizjoterapeutyczne, powinienem chociaż zrobić sobie okłady ze Stadiopasty, naturalnej maści ziołowej rzekomo stosowanej w rehabilitacji sportowej. Nigdy nie słyszałem, ale może właśnie dlatego radzę się Mariusza.

Przed 21 kończę teleporadę z Mariem i rzucam się w wycieczkę objazdową po aptekach okołopiastowskich z nadzieją zakupienia wspomnianej maści sportowej. Przed 22, odwiedziwszy 10 punktów medycznych w których za każdym razem musiałem literować czego potrzebuje, bo nikt nie słyszał nawet o Stadiopaście, wpadam na pomysł, żeby do kolejnych aptek dzwonić. Mogłem pomyśleć o tym odrobinę wcześniej, ale i tak lepiej późno niż wcale.

Stadiopasta? Nigdy nie słyszałem.

Niestety frontalny atak jest dużo bardziej skuteczny, natomiast telefon o tak nieprzyzwoitej godzinie mało kto odbiera, a nawet jeśli już usłyszę w słuchawce magiczne „halo”, to i tak nikt nie ma pojęcia co to za specyfik, którego poszukuję. Aż mnie korci, żeby następnym razem zapytać o Święty Graal, może to przynajmniej będą kojarzyć, jednak po 10 wieczorem składam broń i jadę do domu się przegrupować, ponieważ dziś mogę ewentualnie wybrać się do Francji, wydobyć trochę krzemionkowo-aluminiowych skał których złoża są tam wyjątkowo obfite, dodać ekstrakty roślinne i olejki aromatyczne i samemu ukręcić sobie Stadiopastę. Mimo to wolę odpocząć i wznowić poszukiwania kolejnego dnia.

12 Stycznia 2024

Po odwiedzeniu kolejnych kilku punktów aptecznych i sklepów zielarskich z samego rana oraz po obdzwonieniu jeszcze większej ich ilości, zaczynam się zastanawiać czy Stadiopasta rzeczywiście istnieje. Niby w necie można ją zamówić, ale jak to możliwe, że nikt o niej nie słyszał?

Znam legendę o pewnym potworze, który w jakiś tajemniczy sposób przetrwał w odosobnieniu od czasów prehistorycznych do dziś na dnie konkretnego szkockiego jeziora. Rzekomo mnóstwo ludzi widziało jego długą szyję z osadzoną na niej głową i wielkimi oczami, choć tutaj świadkowie już się nie dogadali, bo relacjonują ich kolor jako przekrój przez prawie całą paletę barw od czerwonych przez zielone aż po żółte. Wzmianek odnośnie strzelania z nich laserami na ten moment brak, jednak patrząc na to w którą stronę zmierza świat to być może jeszcze wszystko przed nami. Jedni uważają, że Ziemia jest płaska, inni że gołębie to tak naprawdę drony operowane przez rząd USA, więc z pewnością znajdą się również zwolennicy teorii, według której w Szkocji mieszka potomek Godzilli siejący spustoszenie śmiercionośnymi wiązkami światła z gadzich ślepiów. Tymczasem aktualnie mamy jeszcze potwierdzone informacje o ostrym pysku i długich zębach, a czasami na odwrót.

To Potwór! A nie, czekaj, to Stadiopasta! A nie, czekaj…

Ze Stadiopastą jest trochę bardziej wiarygodnie, przynajmniej wszystkie źródła internetowe pokazują te same zdjęcia, które w dodatku są dobrej ostrości i podają ten sam skład, ale co z tego skoro potwora z Loch Ness przynajmniej wiem gdzie szukać? Z pomocą przychodzi mi polski filantrop i przedsiębiorca Rafał Brzoska, który już zdążył zainstalować paczkomat, a nawet dwa w Tyliczu, gdzie będę spędzać najbliższe kilka dni w ramach urlopu. Zrezygnowany i pogodzony z niemożliwością zaopatrzenia się w stadiopastę w okolicach mojego miejsca zamieszkania zamawiam leczniczą maść online z nadzieją że dojedzie do nas na wakacje najpóźniej w poniedziałek, a moje ciało tłuszczowe nie będzie miało nic przeciwko, żebym zaczął jego rehabilitację dopiero za kilka dni.

22 Lutego 2024

Jedziemy w Karkonosze! Cała rodzina na pokładzie, więc support będzie tym razem pierwsza klasa. Poza tym kontuzja zaleczona, logistyka na bieg opanowana, jest gdzie spać więc wszystko byłoby w jak najlepszym porządku gdyby nie jeden mały szkopuł. Szklarska Poręba wita nas bardzo nieżyczliwie. Wszystkie znaki na niebie, głównie pod postacią hektolitrów lejącej się z niego wody, oraz na ziemi w formie wszechobecnych kałuż nie dających się w żaden sposób ominąć, zdają się mówić, że to nie jest najlepszy pomysł być tu, o bieganiu po Karkonoszach nie wspominając. Powiedzieć, że pada to nic nie powiedzieć, bo do spółki Fūjina z Raijinem dołączyło Kuraokami, bóstwo deszczu i śniegu zrodzone pod postacią legendarnego japońskiego smoka z krwi lub ciała porąbanego na kawałki Kagu-tsuchi. W sumie to do końca nie wiadomo, bo są różne wersje tej legendy, ale jeśli chodzi o Zimowy Ultramaraton Karkonoski to w zasadzie jest to bez różnicy. Po prostu pada i to na tyle mocno, że nawet taki biegowy zbok jak ja nie ma zupełnie ochoty na truchtanie, choćby do pobliskiej Żabki po piwo.

Wściekła istota duchowa władająca opadami od białego rana zalewa południowo-zachodnią część Polski nieprawdopodobną ilością wody. Wycieraczki w aucie pracują na pełnych obrotach z trudem zbierając ulewę z przedniej szyby. Krople deszczu walą o karoserię generując irytujący permanentny łomot, który ustępuje jedynie piskliwemu głosikowi mojej średniej córki układającemu się w co kilkuminutowe „Tato, daleko jeszcze?”, na przemian z „Nudzi mi się”.

W tym całym chaosie ja zastanawiam się jak ma wyglądać bieganie w takich warunkach. Optymizmem zdecydowanie nie wieje, aczkolwiek prognozy na kolejne dni dają nadzieję na znacznie mniej opadów. Co by nie było i tak jesteśmy już w trasie, wejściówkę na Zimowy Ultramaraton Karkonoski mam w ręku, a skoro zapłacone to musi być zjedzone i ani Kuraokami, ani Fūjin, ani Raijin nie zdołają mnie powstrzymać. Nie po to ładuję 500 km w góry, żeby się zniechęcić złą pogodą!

23 Lutego 2024

Późnym popołudniem docieramy do biura zawodów przy deptaku w Karpaczu. Wchodzimy do przestronnej hali widowiskowo-sportowej i już na wejściu moje dziewczyny zatrzymują się przy stoisku Centrum Ratownictwa ze sprzętem ratowniczym. Pomiędzy apteczkami, plecakami modułowymi, resuscytatorami, defibrylatorami, walizkami typu rescue kit i masą innego sprzętu o niezrozumiałym dla mnie przeznaczeniu stoją dwa fantomy. Jeden zwykły jaki pamiętam jeszcze z zajęć z przysposobienia obronnego w szkole, a drugi mniejszy, rozmiarów mojej najmłodszej córki, fantom dzidziuś, wzbudzający największe zainteresowanie Heleny, która skupia na nim całą swoją uwagę wykrzykując wielokrotnie „Lala! Lala!”.

Lala! Lala!

Biura zawodów przypominają mi Lidla. Chcesz bułkę? Musisz gonić na sam koniec sklepu, mijając po drodze alejkę ze słodyczami, a za nią tą z chipsami, to może przy okazji wrzucisz do koszyka paprykowe Lay’s albo ciasteczka z kawałkami mlecznej czekolady z mleka alpejskiego Milki, swoją drogą bardzo smaczne. Tak samo jest tutaj. Odbiór pakietów jest na drugim końcu hali, a my utknęliśmy przy pierwszym stoisku i każda próba odciągnięcia córki od stoiska Centrum Ratownictwa kończy się jeszcze głośniejszym „Lala! Lala!”. Mała nie chce odpuścić, a my nie do końca chcemy nabyć fantoma dzidziusia w ramach pamiątki z Karkonoszy. Pat. Choć Helena zdaje się być pewna swojego i patrzy na nas wzrokiem mówiącym „Szach mat!”.

Nie ma wyjścia, rozdzielamy się. Małżonka zostaje z najmniejszym potomkiem rodu Plutów, a ja rzucam się biegiem po swój pakiet. Formalności trwają zaledwie chwilę i to łącznie z krótkim wykładem dotyczącym organizacji biegu oraz bezpieczeństwa, który co chwila jest zagłuszany przez dochodzące zza moich pleców „Lala! Lala!”.

Już po chwili dzierżę w rękach mój upragniony numer startowy, staram się nim nacieszyć, ale przez gwar sali gimnastycznej przebija się nagle głośny i zarazem piskliwy ryk, w którym rozpoznaję moje najmłodsze dziecko. Jeszcze nie wiem czy to wypadek czy standardowa dziecięca drama trwająca zaledwie kilka minut, ale już po chwili dopadają mnie starszaki i szybko relacjonują, że Helena nie chce odpuścić lalki. Obraziła się na mamę, dlatego jej ucieka krzycząc w niebogłosy i szukając ratunku, ale w zasadzie to nie wiadomo przed czym.

Tłumaczę pozostałej dwójce, że muszę sobie jeszcze tylko kupić żele energetyczne, bo przecież potrzebuję paliwa na bieg i już zaraz ruszam z odsieczą, zupełnie nie zdając sobie sprawy jak bardzo się podłożyłem dzieciakom tym jednym prostym zdaniem. One już zwietrzyły okazję i radośnie krzyczą równocześnie, że one również chcą sobie coś kupić. Staram się na prędko przekalkulować ile zajmie mi spór słowny z nimi i próba wyperswadowania im zakupu pamiątek w biurze zawodów biegu górskiego, ale najmłodsza jest nadal w amoku i nikt, nawet mamusia nie jest w stanie jej spacyfikować. Nie warto tracić czasu. Dobra, wybierajcie co chcecie, byle szybko.

Fot: Daniel Koszela.

Ja chce misia! Starsza córka nie ma żadnych wątpliwości. Bielutka niczym świeży opad śniegu na Śnieżce i mięciutka jak kaczuszka przytulanka niedźwiadka polarnego z chustką Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego pod szyją radośnie uśmiecha się do nas ze sklepiku organizatora, wręcz prosząc swoją uroczą minką o zabranie jej ze sobą. Postanowione. Sprzedany.

Z synem muszę chwilę popertraktować i wyjaśnić mu, że żele energetyczne to nie jest dobry pomysł na pamiątkę z gór. Ciężko go przekonać, z resztą patrząc na dostępne smaki sam mam wrażenie jakbym był w lodziarni rzemieślniczej, a nie w sklepiku z dopalaczami dla ultrasów. Słony karmel, owoce leśne, czarna jeżyna, wzniosła cytryna czy waniliowe, każdy z nich zapakowany w świecącą i cieszącą oko saszetkę przekonującą mnie, że suplementacja podczas biegu będzie niczym najlepszy deser w Café Bristol na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Junior najwyraźniej podziela moje zdanie, bo nie chce odpuścić, jednak ostatecznie wybiera sobie komin, obiecując uroczyście, że teraz jak już będzie miał taki profesjonalny sprzęt to sam zacznie biegać. Postanowione. Sprzedany.

Zadowolony z zakupów i uboższy o 200 zł, bo do misia i komina wzięliśmy jeszcze piękny ręcznie zdobiony kubek emaliowany, zauważam małżonkę, która z kolei odniosła spektakularny sukces odciągając nasze najmłodsze dziecko od fantoma. Helena na rękach radośnie wskazuje w stronę Centrum Ratownictwa nadal do upadłego powtarzając swoje „Lala! Lala!”, ale przynajmniej już nie dramatyzuje i nie ucieka.

Dobra, wystarczy, trzeba się ewakuować, bo jeszcze mnie dzieciaki z torbami puszczą jak się przykleją do stoiska AdRunaLine z ciuchami sportowymi. Zaliczamy jeszcze tylko kilka grupowych fotek, w końcu nie codziennie całą rodziną przyjeżdżam na bieg, a na końcu odwiedzamy stoisko browaru Fortuna, na którym można poczęstować się różnymi rodzajami piwka, w tym podgrzewanym cydrem miłosławskim. Ten jest fenomenalny, z wyraźnie wyczuwalną nutą korzenną i cytrusową. Dorzuciłbym tu jeszcze kawałek pomarańczki albo kory cynamonu, żeby wyglądało jakby barista naprawdę się postarał i włożył w przygotowanie tego napoju całe swoje serce, dzięki czemu powstanie bombowy grzaniec na chłodny wieczór. Koniecznie muszę poszukać czy ten konkretny smak jest w dystrybucji, bo jakoś nigdy wcześniej nie wpadł mi w oko.

Formalności odhaczone, więc po powrocie do naszego pensjonatu zostaje mi jeszcze zorganizować transport na start. Targanie ze sobą depozytu nie pozostawia mi wyboru, szukam namiaru na lokalne taxi i próbuję się umówić na 6:50 kolejnego dnia.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Daniel Koszela.

– A czemu tak wcześnie? – Pyta podirytowany pan Marian.
– A wie pan, ja tu na taki bieg przyjechałem. – Staram się po krótce wyjaśnić co to jest ten cały Zimowy Ultramaraton Karkonoski. – No I organizator robi zbiórkę o 7 rano, więc nie mam za bardzo wyboru.
– No doooooobra… – Pan Marian kręci nosem tak głośno, że słyszę w słuchawce jak strzela mu chrząstka przegrody. – Już pana zawiozę…
– Tylko wie pan… – Wolę się upewnić, skoro to dla mnie takie ważne. – Ja muszę mieć pewność, że mnie pan nie wystawi, więc jeśli to problem to poszukam gdzie indziej, a jak się umawiamy to na 100%.
– No już przyjadę po pana…

Mnie nie przekonał. Ale może dramatyzuje. Na wszelki wypadek sprawdzę go jeszcze z rana czy nie zmienił zdania, dzięki czemu w razie czego będzie jeszcze czas, żeby zmontować na szybko plan B. Żony nie chce mi się w to wszystko angażować, bo przecież dzieci samych nie możemy zostawić, a zanim obudzimy i ubierzemy tą naszą ferajnę w zimowe ciuchy, to prędzej dokuśtykam na start na piechotę i to dzierżąc w ręku worek z łachami do depozytu. W końcu to zaledwie 4 km, ale właśnie przez świeże ubranie na zmianę, które swoje też waży, zwyczajnie nie chce mi się rwać z buta.

Ostatnia rzecz to sprzęt. Mam swoją magiczną listę, wiem co muszę mieć ze sobą, ale Zimowy Ultramaraton Karkonoski wymusza na mnie zmierzenie się z nowym wyzwaniem, mianowicie jak upchać całe wyposażenie obowiązkowe w moim plecaczku o pojemności 5 litrów. Sama kurtka i dodatkowa warstwa ocieplająca zajmują większość miejsca, a ja tu muszę jeszcze zmieścić raczki, zapasowe skarpy, dodatkowe rękawiczki, czołówkę, ogrzewacze chemiczne do rąk i chciałbym upchać również gogle. Nie wspominam o takich drobnostkach jak chusteczki, folia NRC, żele i suple, które same w sobie są drobnostkami, ale złożone razem do kupy zajmują już całkiem sporo objętości.

Układam poszczególne elementy w plecaku po kilka razy mając wrażenie, że gram sam ze sobą w tetrisa w wydaniu ultra i w dodatku za każdym razem przegrywam, ponieważ nie jestem w stanie znaleźć kombinacji umożliwiającej mi spakowanie wszystkiego. Przy kolejnym z rzędu podejściu poddaję się. Nie dam rady zabrać całości. Sprawdzam jeszcze raz pogodę i rezygnuje z gogli mając ogromną nadzieję, że to będzie jeden z tych niewielu razów, kiedy choć część prognozy się sprawdzi i rzeczywiście nie będzie padać. A nawet jeśli będzie to jakoś dam sobie radę. Gogle mogę odpuścić, resztą ekwipunku jest obowiązkowa, a na starcie rzekomo mają trzepać bardziej skrupulatnie niż Carabinieri robią to z turystami wracającym z Livigno przez tunel Munt la Schera, a ja nie chciałbym zostać cofnięty przez braki w przygotowaniu.

Dopiero teraz, kilka minut przed północą, z w miarę czystym sumieniem mogę położyć się spać. Niestety rozterki dotyczące pakowania sprzętu tak bardzo wytrącają mnie z równowagi, że długo jeszcze myślę co innego mogę zrobić, żeby zmieścić cały swój sprzęt, przez co sen zwyczajnie nie przychodzi. Ostatni raz sprawdzam zegarek kilka minut po pierwszej, kiedy niezdecydowanie sprzętowe zaczyna przechodzić w irytację na samego siebie, bo zamiast odpoczywać i relaksować się przed startem, ja zaprzątam sobie głowę pierdołami i marnuję cenny czas nocnej regeneracji.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Piotr Jarmoliński.

24 Lutego 2024

Pobudka o 5:50 przychodzi mi zadziwiająco łatwo, mimo że noc minęła mi strasznie niespokojnie. Zaledwie 5 godzin snu powinno odbić się cokolwiek negatywnie na poziomie trudności przebudzenia się, jednak perspektywa udziału w biegu górskim robi swoje i bez problemu przeważa szalę z motywacją zdecydowanie w kierunku ułatwiającym mi wstanie. Przechodzę swój poranny rytuał przedbiegowy, składający się ze śniadania, wizyty w świątyni dumania i przywdziania kostiumu ultrabohatera, a już niecałą godzinę później jestem w boksach startowych gotowy do rozpoczęcia biegu. Ostatnia rzecz z porannych przygotowań to telefon do pana Mariana, który uspokaja mnie zwięzłym „Ta, ta, już jadę, będę za minutę”.

Punkt 7 rano, uboższy o 50 zł, wysiadam na parkingu do wodospadu Kamieńczyka ze swojej wynajętej limuzyny pod postacią srebrnego dobrze już wysłużonego Volkswagena Transita i mam wrażenie, że jestem jedną z ostatnich osób dołączających do radosnej ekipy amatorów zimowego biegania po górach. Jakieś 400 uśmiechniętych główek ściśniętych na małym parkingu podnosi gwar, któremu bez trudu ustępuje nawet Marszałkowska w Warszawie. Każdy sprawia wrażenie zadowolonego i szczęśliwego, mimo że już za kilka chwil spuści sobie całkiem solidny łomot. Gdyby nie fakt, że wszyscy są ubrani w sportowe ciuchy, a większość z nich w rękach dzierży kije, mógłbym pomyśleć że wbiłem na krzywy ryj na góralska imprezę pod chmurką. Jest ognisko, są świetne humory, a ja zaczynam się trochę obawiać że zaraz ktoś wyciągnie flaszkę i zaczniemy śpiewać „A kto się w styczniu urodził”.

TeamPlutt Zimowy Ultramaraton Karkonoski ZUK Daniel Pluta Karpacz Śnieżka
Fot: Piotr Przybył.

Pseudo-Biesiada trwa w najlepsze, a na pozytywną atmosferę dodatkowo wpływa pogoda. Fūjin już jakiś czas temu zauważył, że kroi się tutaj niezła impreza, więc zaczął opróżniać zawartość swojego wietrznego wora, przez co chmury nad nami rozstępują się i daje się zauważyć błękitne sklepienie niebieskie oraz spadające na nas pierwsze promienie słoneczne. Wprawdzie nikt braw nie bije, jednak po minach pozostałych zawodników widzę wyraźnie, że mało kto się tego spodziewał. Szerokie od ucha do ucha uśmiechy wywołane nakręconą do granic możliwości pozytywną atmosferą przedstartową ku mojemu i innych zdziwieniu poszerzają się jeszcze bardziej, gdy tylko słońce trafia na twarzyczki poszczególnych ultrasów.

Zapowiada się piękny dzień i przyjemne bieganie. Aż nie mogę się doczekać. Uśmiecham się sam do siebie i widzę, że pozostali są również dobrej myśli. Nic nie nastraja tak dobrze jak promienie słoneczne. Endorfiny aż wylewają się uszami, a wątroby nie nadążają z asymilacją przed chwilą zsyntetyzowanej w skórze witaminy D3, podczas gdy wodzirej jeszcze bardziej podkręca atmosferę zagrzewając wszystkich do startu. Ludzie wokół mnie, którzy z pozoru są dla siebie rywalami, jednoczą się w jedną wielką masę ultra, która cieszy się na samą myśl o tym, że już za momencik będzie z wywieszonym jęzorem wspinać się kilkaset metrów w górę, a następnie przedzierać się kilometrami przez ośnieżone połacie Karkonoszy. Łączy nas Ultra!

Zimowy Ultramaraton Karkonoski

SZKLARSKA PORĘBA -> HALA SZRENICKA: 3,5 km

Równo o 7:30 prawie 400 osób rozpoczyna podbój Karkonoszy. Gdyby ktoś stał obok i popatrzył na tą masę ultrasów ruszających na złamanie karku w kierunku wodospadu Kamieńczyka, mógłby pomyśleć, że biedra wysłała ludziom nowe SMS-y i najwyraźniej albo jest tam papier toaletowy z najniższą ceną na rynku, podczas gdy ten z Lidla jest droższy o 32%, albo w ogóle dają tam coś darmo, bo wszyscy lecą odrobinę zbyt szybko, biorąc pod uwagę że przed nimi jakieś 50 kilometrów i spory kawałek pod górę. Mimo to każdy nadal szeroko się uśmiecha. Radość jednak nie trwa długo, bo zaledwie 600 metrów do rozdroża po Kamieńczykiem, gdzie wchodzimy na czerwony szlak pnący się mocno pod górę aż do Hali Szrenickiej.

Zmierzamy w kierunku Karkonoskiego Parku Narodowego, ja już dawno przeszedłem do marszu, choć widzę, że dziki kopytkują nawet podbiegiem. Trochę mi to wchodzi na ambicje i zastanawiam się, czy ja również nie powinienem przyspieszyć, ale przed nami jeszcze całkiem spory kawałek, na którym będzie można się niejednokrotnie wykazać. Robię swoje i staram się nie dać sprowokować do pościgu powtarzając sobie w myślach „Spokojnie, tylko spokojnie.”.

Męczę swoją formułkę jak zdarta płyta do momentu aż doznaję odszczepienia własnej jaźni od mojej głowy, bo za swoimi plecami słyszę dokładnie to samo: „Spokojnie, spokojnie…”, czemu towarzyszy głośne sapanie, ale nie to doskonale mi znane, kiedy szybkim tempem forsuję podbieg z językiem zwisającym u pasa i oddechem tak płytkim, że pierwszy z brzegu kardiolog patrząc na niego zdiagnozowałby ostre zapalenie oskrzeli albo przynajmniej astmę. Chodzi o jeszcze szybsze wdechy i wydechy, dosłownie nieludzkie, bardziej przypominające zwierzę goniące swoją ofiarę. Z przerażeniem odwracam głowę, w której przebiegają tysiące myśli, w tym ta jedna najbardziej racjonalna, która mówi mi, że nie ma tu teraz miejsca na drapieżnika chcącego mnie pożreć, bo przecież zaraz za mną leci taka hołota, że każdy dziki zwierz schowałby się po krzakach uznając przewagę liczebną ultrasów.

Karkonoski Park Narodowy.

Moja nienaturalnie wykręcona głowa patrzy wprost na owczarka australijskiego, który zdaje się ciągnąć za sobą z całych sił jakiegoś kolesia powtarzającego moją formułkę. Przez chwilę mam obawy, czy po słowie „Spokojnie” właściciel pieska nie doda „Zostaw, nie gryź”, jednak patrząc na minę czworonoga od razu dociera do mnie, że nie o agresję tutaj chodzi.

Po wpisaniu w Google słowa „radość” w pierwszej kolejności pojawia się położenie osiedla