UltraKotlina – Bieg z historią w tle

Tym razem to coś więcej niż sama relacja z biegu. Moja przeżycia to zaledwie druga część historii, która rozpoczęła się ponad 20 lat temu. Zwariowany pomysł rzucony w luźnej rozmowie przekształcony w nieprawdopodobną przygodę, niestety bez szczęśliwego zakończenia. To opowieść o pasji, determinacji, przyjaźni i szacunku. Miałem przyjemność poznać tę historię dzięki relacji dwóch byłych ratowników górskich, którzy dwie dekady temu postanowili zrobić coś wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi. Namówieni przez swojego starszego kolegę, ubrali się, wzięli plecaki i ruszyli na trasę. To dzięki nim UltraKotlina istnieje i mogłem wziąć w niej udział. Przeczytajcie!

Przygotowania

Kwiecień 2004

Weekend wielkanocny. Karkonosze. Na niewielkim szczycie na Równi pod Śnieżką o wdzięcznej nazwie Kopa stoi oddana w 1959 roku górna stacja kolejki linowej. Czterdziestopięcioletni budynek stoi dumnie na wschodnim krańcu Śląskiego Grzbietu, umożliwiając turystom podbój najwyższego pasma górskiego Sudetów, w tym jego korony, Śnieżki, za sprawą wyciągu z jednoosobowymi krzesełkami prowadzącego z Karpacza. Po reorganizacji GOPRu w 1976 i wydzieleniu Grupy Karkonoskiej, została tutaj utworzona dyżurka dla ratowników, umożliwiająca im szybką reakcję na wypadki w okolicznych rejonach.

Wypadki w górach to jednak nie pizza z Dominosa, nie da się ich zamówić w dogodnym terminie. Zdarzają się zarówno w środku dnia, jak i nad ranem lub wcześnie w nocy. Właśnie dlatego pewna grupa ludzi stoi na posterunku non stop na każde wezwanie naczelnika, 24 godziny dobę, 7 dni w tygodniu, zupełnie jak obsługa w McDrive, a nawet jeszcze bardziej, ponieważ nie mogą się tłumaczyć przerwą techniczną o 4 rano.

Daniel Ważyński i Maciek Koziński, ratownicy Grupy Karkonoskiej GOPR, pełnią właśnie taką służbę w dyżurce na Kopie. Dzień jest zadziwiająco spokojny, przyjemny i ciepły. Chłopaki relaksują się na tarasie przy górnej stacji kolejki linowej korzystając z beztroskiej chwili i podziwiając panoramę Kotliny Jeleniogórskiej, tak dobrze dzisiaj widoczną dzięki czystemu, przejrzystemu niebu, niezakłóconemu chmurami. Jelenia Góra otoczona przez Góry Izerskie, Rudawy Janowickie i Góry Kaczawskie, wszystko jest na wyciągnięcie dłoni. Te kilka pasm górskich otaczających doliny i obniżenia to dla większości ludzi materiał na dobre kilka tygodni aktywnej turystyki.

Daniel spogląda na horyzont przed nimi i uśmiechając się zawadiacko rzuca jakby od niechcenia: „Ciekawe ile zajęłoby przejście tego wszystkiego?”. Większość jego kolegów uśmiechnęłaby się po takim pytaniu, poklepała go serdecznie po plecach i szybko zmieniła temat. Ale nie wszyscy. Pech chciał, że trafia właśnie na podobnie zadziorny charakter. Maciek jest otwarty na tego typu propozycje. Syty głodnego nie zrozumie, ale że obok siebie siedzi dwóch „głodnych” gości, z pozoru puste hasło rzucone na wiatr wiruje im przed oczami, igrając z nimi, jakby zapraszając do tańca. Nie rozpuszcza się w przestrzeni i nie znika w nicości. Zamienia się w namacalną myśl i kotwiczy mocno w dwóch żądnych przygód głowach.

TeamPlutt UltraKotlina Daniel Pluta Karpacz Magia Kotliny
Kotlina Jeleniogórska.

24 Października 2004

Niedzielny poranek zaczyna się paskudnie. Nieprzyjemna dżdżysta pogoda i wysoka wilgotność powietrza sprzyja tworzeniu się mgły spowijającej większość Sudetów. W ten wyjątkowo zniechęcający do jakiejkolwiek aktywności początek dnia Gniewomir Oblicki, młody ratownik Karkonoskiej Grupy GOPR, schodzi na śniadanie wieńczące ich zgrupowanie w Rudawach Janowickich. Pierwsze wolne miejsce to stolik, przy którym już siedzi Maciek z Danielem.

Chłopaki podsumowują ostatnie pół roku przygotowań do przedsięwzięcia, na które zdecydowali się podczas Wielkanocy. Nie było w tym skomplikowanej logistyki, jednak już samo zaplanowanie trasy stanowiło nie lada wyzwanie. Google świętuje aktualnie wzrost wartości swoich akcji o 100%, będąc notowanym na amerykańskiej giełdzie NASDAQ zaledwie od dwóch miesięcy i dopiero w powijakach ma pomysł stworzenia aplikacji z mapami, która z resztą do turystyki górskiej nawet za 20 lat będzie się nadawać mniej więcej tak jak Jacek Sasin do funkcji ministra aktywów państwowych w czasie Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej IX kadencji. O niebo lepsza będzie mapa-turystyczna.pl, ale zostanie powołana do życia dopiero w 2016 roku, o czym chłopaki nie mają pojęcia, z resztą też nie mogą tak długo czekać na realizację swojego pomysłu.

Trzeba kuć żelazo póki gorące, dlatego właśnie tego niedzielnego poranka Daniel z Maćkiem ustalają, że kolejny weekend będzie idealnym terminem na realizację ich z pozoru zwariowanego planu, głównie ze względu na brytyjski wynalazek wprowadzony po raz pierwszy do użycia przez Niemców w postaci zmiany czasu na zimowy, zapewniający im dodatkową godzinę na ukończenie ich wyprawy. Na oddzielnych mapach dla każdego z pasm górskich mają wytyczoną w miarę trzymającą się kupy trasę, a na specjalistyczny sprzęt i tak nie mogą za bardzo liczyć, ponieważ profesjonalna turystyka górska w Polsce dopiero raczkuje. Mają ustaloną listę najpotrzebniejszych rzeczy, które wypadałoby zabrać na pieszą wycieczkę o długości około 120 km i którymi akurat dysponują, a suplementacja sprowadza się do sprawdzonych patentów górskich w postaci bułki z szynką lub serem, skondensowanego mleczka w tubkach oraz chińskich zupek instant do podgrzania na prostych maszynkach do gotowania.

Gniewko z zaciekawieniem przysłuchuje się tym karkołomnym planom. Ci kolesie naprawdę chcą przejść w dwie doby wokół całej Kotliny Jeleniogórskiej. Sami. Bez żadnego wsparcia. Będą się posiłkować tylko tym, co będą mieli ze sobą lub zakupią w mijanych po drodze schroniskach. Nikt normalny czegoś takiego przecież nie robi. Owszem, jest organizowany już od 15 lat Ekstremalny Rajd na Orientację Harpagan na Pomorzu i młodsze imprezy takie jak Ełcka Zmarzlina na Mazurach, ale żeby z własnej nieprzymuszonej woli organizować sobie dwudniową wyrypę w górach? Ależ to brzmi jak fantastyczne wyzwanie!

Schronisko Hala Szrenicka.

30 Października 2004

Szklarska Poręba powoli budzi się do życia, leniwie otwierając swoje zaspane oczy niczym student po mocno rozpoczętym weekendzie. Mrok spowijający to urocze górskiej miasteczko wkrótce będzie musiał ustąpić pierwszym promieniom światła rozpoczynającym kolejny chłodny jesienny dzień. Zanim to jednak nastąpi, trójka kumpli stoi zwarta i gotowa pod stacją ratunkową GOPR Marysieńka i czeka na umowny sygnał do ruszenia w trasę. Tutaj nie będzie wystrzału startera. Nikt nie komentuje przygotowań przez mikrofon. Chłopaki nie chwalili się swoim pomysłem, a o ich wyzwaniu wie zaledwie garstka najbliższych znajomych. Równo o 6 rano, bez fajerwerków, bez wodotrysków, bez imprezowej fety, bez kamer, telewizji i wywiadów, rozpoczynają pierwsze przejście dokoła Kotliny Jeleniogórskiej.

Przejście Karkonoszy nie stanowi dla nich większego wyzwania. Każdy z nich jest na własnym terytorium. Każdy jest obyty z tym terenem. Większość szlaków odwiedzili w przeszłości wzdłuż i wszerz, więc w zasadzie nie potrzebują nawigacji. Niestety bardzo szybko okazuje się, że wysokie buty górskie, które każdy z nich założył na tą wyprawę, nie do końca sprawdzają się przy długodystansowych rajdach pieszych. Dopóki jest sucho, nie odczuwają większych problemów, ale po zejściu do Rudaw Janowickich ich wędrówka przestaje być beztroską wycieczką.

Późnym popołudniem pogoda wyciąga w kierunku chłopaków obie ręce, ale nie po to, żeby ich otulić w matczynym uścisku. Wręcz przeciwnie, przekręca nadgarstki do wewnątrz, po czym wystawia z jednego i drugiego środkowe palce, złowieszczo potrząsając nimi przed oczami Daniela, Maćka i Gniewka. Powiedzieć, że zaczyna padać to nic nie powiedzieć. Niemiłosiernie pompuje z nieba, co w połączeniu z panującym chłodem i wiatrem nie daje GOPRowcom ani chwili wytchnienia. Nie mają gdzie uciec. Strugi deszczu zalewają ich doszczętnie, nie zostawiając na nich suchej nitki. Górskie trepy bardzo szybko nabierają wody i wszyscy wiedzą, że od tego momentu jest już bardzo bliska droga do licznych otarć i pęcherzy na stopach.

Daniel jako jedyny z tej trójki ma jakiekolwiek doświadczenie w rajdach przygodowych, dlatego wydaje się być najmniej dotknięty trudnymi warunkami. Najbardziej cierpi Gniewko. Już teraz czuje, że jego stopy desperacko żądają ulgi. Niestety w zaistniałych warunkach on nie jest w stanie im zaoferować choćby odrobiny otuchy. Pocieszają się faktem, że przynajmniej kondycyjnie są w stanie przeć przed siebie. Bóle stawów, mięśni czy zakwasy im nie doskwierają, przynajmniej jeszcze nie na tym etapie, jednak zmęczone i obtarte stopy potęgują napięcie całego ciała i zmęczenie po wielu godzinach marszu. Pierwszy kryzys zbiera swoje żniwo, w głowie Gniewka zaczynają pojawiać się myśli o odpuszczeniu.

Kilka godzin później, już po zmroku docierają do podnóża Skalnika. Nie planowali tego, ale muszą się przegrupować i odpocząć. W takim stanie jak teraz nie dadzą rady ukończyć wyprawy. Postanawiają wykorzystać wiatę u stóp najwyższego szczytu Rudaw Janowickich. Zrzucają z siebie przemoczone ubrania i próbują umościć się w śpiworach. O ile Maciek jest w stanie zmrużyć oko, to Daniel z Gniewkiem za bardzo nie odpoczywają. Puchowy śpiwór tego pierwszego kompletnie przesiąkł wodą, co przy wszechobecnym chłodzie przypomina próbę drzemki w przeręblu, natomiast ten drugi zabrał ze sobą śpiwór na wczesnojesienne lub późnowiosenne wypady, nie zapewniający wystarczającej warstwy cieplnej spoconemu, przemoczonemu i zmęczonemu ciału. Gniewko widząc smacznie śpiącego Maćka, próbuje pójść w jego ślady zwijając się do pozycji embrionalnej i starając się tracić jak najmniej ciepła, jednak jedyne co z tego wychodzi to szczękanie zębami.

Najmłodszy z ratowników walczy z chłodem i delirką mając nadzieję, że uda mu się choć odrobinę zregenerować, ale po kilkudziesięciu minutach bezsensownego wiercenia się w śpiworze z boku na bok staje się jasne, że najbliższy odpoczynek, na jaki może liczyć, będzie dopiero w Szklarskiej Porębie następnego dnia bardzo późno w nocy i to tylko przy pomyślnych wiatrach albo ewentualnie trochę wcześniej, pod warunkiem, że zejdzie z trasy.

W takich warunkach chłopaki musieli spędzić noc.

31 Października 2004

Bardzo wczesnym niedzielnym porankiem, nadal spowitym ciemną jak smoła nocą, telepiący się Gniewko zarządza koniec przerwy. Każe chłopakom zwijać manatki i ruszać w dalszą trasę. Bez dyskusji. Wydaje się to jedyną szansą na rozgrzanie organizmu. Chłopaki nie oponują, ciężkie warunki każdemu dają się we znaki, więc posłusznie zwijają obozowisko i ruszają w dalszą drogę.

Po ciężkiej i męczącej nocy ich ciała zdecydowanie bardziej sprzeciwiają się kontynuowaniu wyprawy. Obolałe plecy, które nie odpoczęły po całym dniu niesienia wyładowanych po brzegi plecaków dołączają się do manifestacji przeciwko dalszemu forsowaniu przejścia. Całkowicie mokre i zimne w środku buty okrutnie dociskają liczne przecherze i obtarcia, obiecując swoim właścicielom jeszcze większe tortury na stopach przez kolejne godziny marszu. Dalsza wędrówka już teraz nie ma za bardzo sensu, głosy rozsądku coraz bardziej przebijają się przez desperackie próby Daniela do podtrzymania morale na przyzwoitym poziomie.

W okolicach ruin Zamku Bolczów cała trójka już wie, że Gniewko odpuszcza drugą połowę trasy. Nie ma najmniejszego sensu brnąć dalej w tą morderczą misję. W takich warunkach drugie tyle to czyste samobójstwo. Szkoda nóg. Szkoda zdrowia. Żadne argumenty już nie działają i tutaj trzyosobowa kompania zostaje uszczuplona. Rozdzielają się w Janowicach. Gniewko wraca do domu, a Daniel z Maćkiem we dwójkę podążają pierwotnie założoną trasą, choć tym dwóm również co raz bardziej brakuje determinacji do ukończenia wyzwania.

30 km dalej, na Górze Szybowcowej scenariusz się powtarza. Tym razem to chłopaki są pewni, że na dziś już wystarczy. Odnawiające się kontuzje od ciężkich plecaków, urazy w stopach i wychłodzenie nie pozostawiają im innego wyboru. Schodzą z góry do Jeżowa Sudeckiego i  wsiadają do podmiejskiego autobusu. Wąsko uchylone drzwi uniemożliwiają im równoczesne i sprawne przedostanie się do przytulnego i ciepłego wnętrza pojazdu mechanicznego. Muszą wchodzić po kolei, więc na pokładzie znajdują się w zaledwie kilkusekundowych odstępach. Ta subtelna różnica wystarcza, żeby pierwszemu z nich pojawił się na ustach odrobinę większy uśmiech. Ulga. W końcu może skryć się przed bezlitosnymi warunkami. Ten drugi zmókł odrobinę bardziej, ale nie ma to żadnej różnicy. Obaj są kompletnie przemoczeni, a ich zmęczenie potęguje przebycie ponad 90 km na własnych nogach w tych kompletnie niesprzyjających wędrówce górskiej warunkach.

Pokonani przez naturę ciężko siadają na surowych autobusowych miejscach siedzących. Żaden luksus, ale po tym co oni przeszli przez ostatnią dobę z kawałkiem, jest to najwygodniejsze siedzisko jakie człowiek może sobie wyobrazić. Mimo potwornego wycieńczenia dobre nastroje ich nie opuszczają. Wyzwanie, które sobie postawili było tytanicznym przedsięwzięciem, którego nikt przed nimi wcześniej się nie podjął. Chcieli okrążyć całą Kotlinę Jelieniogórską. Karkonosze, Rudawy Janowickie, Góry Kaczawskie i kawałek Gór Izerskich. Nie udało się. Jednak przecież nic co łatwe nie cieszy tak bardzo. Dzięki tej wyprawie zrozumieli czego można się spodziewać na takiej wyrypie. Dlatego nie wylewają zbędnych łez nad iluzoryczną porażką. To była świetna lekcja, której wyciągną wnioski. Dzięki nim w przyszłym roku podejmą wyzwanie ponownie, ale tym razem dadzą radę.

Fot: Anita Suchocka.

7 Lutego 2005

Zima trwa w Karkonoszach trwa w najlepsze. Intensywne południowo zachodnie wiatry gromadzą mnóstwo bardzo luźnego śniegu, który osadza się nad Żlebem Slalomowym w Kotle Małego Stawu. Nie jest to nic nadzwyczajnego. Ukształtowanie topograficzne tego rejonu sprzyja tworzeniu się istnych poduszek powietrznych, na których nawiany, lekki i niezwiązany z podłożem śnieg odkłada się w stromych miejscach na poprzednio zmrożonym, twardym podłożu.

8 Lutego 2005

Daniel razem ze swoim kolegą ze służby, Mateuszem Hryncewiczem zmierza w rejon Małego Stawu. Z samego rana wysyła smsa do Maćka. „Idziemy dzisiaj na nartki, jak chcesz to o 9 spod Bacówki”, jednak ten drugi pracuje. Nie jest w stanie się wyrwać, więc odmawia. W odpowiedzi dostaje jeszcze jedną wiadomość. „Widzisz pogodę? Żałuj”.

Około 11 Daniel i Mateusz wjeżdżają do Żlebu Slalomowego i pędzą w dół. Są dobrze za połową, kiedy lawina rusza za nimi…

Według późniejszych ustaleń wywołali mały obsuw, który zainicjował docelową lawinę. Masy śniegu były przeogromne. Dodatkowo, ukształtowanie terenu spowodowało, że zgromadzony na dużym polu śnieżnym materiał przejechał przez zwężenie w połowie źlebu, gdzie stał Daniel z Mateuszem. Linia obrywu miała ponad 150 metrów, a grubość warstwy oderwanej dochodziła do 70 cm. Długość lawiniska przekraczała 500 metrów. To ogromne masy śniegu. Setki ton.

Pomoc wezwali turyści ze schroniska Pod Samotnią, którzy byli świadkami zdarzenia. Pogoda była stabilna, a widoczność bardzo dobra. Jako pierwsi na miejsce dotarli Ratownicy Grupy Karkonoskiej GOPR stacjonujący na górnej stacji wyciągu na Kopę. W ciągu kilku minut uruchomione zostały wszelkie środki. Ruszyły kolejne ekipy z dołu, dowożone ratrakami należącymi do kolei linowych w Karpaczu. Od południa, śmigłowcami transportowani byli ratownicy z Horskiej Služby. Z Jeleniej Góry dojechali także strażacy. Dzięki wysokim kompetencjom służb ratowniczych, zaledwie 30 minut po zejściu lawiny, na lawinisku pracowało 50 osób.

Daniel został wydobyty spod śniegu około 30 minut od zdarzenia. Od razu podjęto akcję reanimacyjną, a śmigłowcem przetransportowano go do Szpitala Wojewódzkiego w Jeleniej Górze. Mateusz był głębiej pod śniegiem. Minęło ponad 40 minut zanim udało się go oswobodzić. Zabrało go Czeskie pogotowie do Vrchlabi.

Fot: Górskie Mapy. Topografia Kotła Małego Stawu.

Zgon Daniela stwierdzono około godziny 15.00. Mateusza o 18.00.

30 Października 2005

Nie mogło ich tu nie być. Po wypadku sprzed 8 miesięcy uznali, że muszą wyjść na trasę. Przejście musi trwać. Daniel chciałby, żeby się udało. Z resztą nie tylko on. Maciek i Gniewko chcieli w ten sposób uczcić pamięć zmarłych kolegów. Zejście lawiny stało się pretekstem do stworzenia memoriału Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza. Właśnie dlatego poprzedniego dnia chłopaki wyszli drugi raz na szlak otaczający Kotlinę Jeleniogórską, tym razem w towarzystwie 3 innych GOPRowców, Bartka Podkańskiego, Przemka Ćwieka i Mateusza Dejnarowicza. Koncepcja i trasa pozostały bez zmian. Jedyna różnica to plecak i buty. Przynajmniej w przypadku Maćka, który zdecydowaną większość wędrówki pokonał w sandałach, chociaż był w tej kwestii odosobniony, a pozostali GOPRowcy nadal korzystali z wysokich i ciężkich butów górskich.

Przed upływem drugiej dobry Maciek z Mateuszem jako jedyni uczestnicy drugiego przejścia, meldują się ponownie pod Marysieńką, dumnie prezentując narzędzia zbrodni, którymi pokonali Kotlinę Jeleniogórską. Dzieło Daniela zostaje ukończone. Gdyby tu był, w końcu chłopaki mogliby odpowiedzieć mu na pytanie ile czasu zajęłoby przejście tego wszystkiego.

Mateusz i Maciek ze swoimi „trepami”.

Emocje opadają, kurz osiada, chłopaki wracają do swoich domów, a Przejście się kończy. Jednak ta niesamowita inicjatywa nie może zostać zapomniana, tak jak nie mogą zostać zapomnieni Daniel i Mateusz. Dlatego ich koledzy postanawiają kontynuować tą tradycję i co roku o tej samej porze wyruszać na trasę zainicjowaną przez pierwszego z nich.

13 Czerwca 2013

Na przestrzeni ostatnich lat liczba chętnych na przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej rosła lawinowo. W samym poprzednim roku Memoriał Daniela i Mateusza ukończyło 195 osób spośród 412 startujących. W tej grupie znalazło się sporo osób decydujących się na jak najszybsze przebiegnięcie trasy, co kłóciło się z ideą propagowaną od pierwszych edycji Przejścia. Tu nie chodzi o rywalizację. Nie liczy się miejsce na mecie. Celem jest upamiętnienie pierwszej takiej próby przez tragicznie zmarłego Daniela.

Jednak chęć rywalizacji i bycia najlepszym w przypadku gatunku ludzkiego nie zna granic, co z resztą wielokrotnie zostało udowodnione w Księdze Rekordów Guinessa między innymi miażdżeniem arbuzów udami na czas, największą liczbą desek klozetowych rozbitych na głowie na czas, czy też najszybszym maratonem z deską do prasowania i żelazkiem. Zupełnie nie powinno więc dziwić, że znaleźli się chętni chcący w najszybszym czasie ukończyć rajd pieszy dookoła Kotliny Jeleniogórskiej.

Nie wszystkich da się przekonać, że zamiast biec, należy iść, a potrzeba sama w sobie jest przecież matką wynalazku. Właśnie z tego powodu ktoś kiedyś wymyślił krawat z wbudowaną piersiówką, gąbkę do kąpieli w kształcie mikrofonu i podgrzewane kapcie na USB. Skoro więc ludzie chcą biegać dookoła Kotliny Jeleniogórskiej, dlaczego nie wyjść im naprzeciw? Z takiego samego założenia wychodzi Fundacja Przejście Kotliny organizując dziesiąty Memoriał Daniela i Mateusza i powołuje do życia oddzielną imprezę, realizując marzenia wielu ultrasów. Bieg Dookoła Kotliny przez swoje pierwsze 3 edycje będzie imprezą towarzyszącą, rozgrywaną równolegle z Przejściem, a od 2016 roku zupełnie oddzielnym wydarzeniem rozgrywanym w innym terminie, za to z nową nazwą – UltraKotlina.

Szkic trasy dookoła Kotliny Jeleniogórskiej z profilem wysokościowym.

21 Kwietnia 2024

Wszystkie biegi ultra kończą się tak samo. Ktoś przebiegł. Ktoś nie dał rady. Ktoś nie zdążył. Ktoś kibicował. Ktoś supportował. Ktoś się spełnił jako wolontariusz. Ktoś uznał, że to całe ultra jest jednak nie dla niego. Niezależnie od roli, każda z tych osób umęczyła się niemiłosiernie i zasługuje na należyty odpoczynek. Niestety nie wszystkim będzie dane zregenerować się od razu. Rodzina z dziećmi, robota i inne przyziemne obowiązki tylko czekają, żeby czas wolny ukrócić do minimum uniemożliwiającego odbudowę tak bardzo cierpiących tkanek i mięśni, których struktura przypomina aktualnie poligon wojskowy po intensywnych próbach batalistycznych. W konsekwencji o odespaniu ultramaratonu można zapomnieć. Przecież trzeba jeszcze relację na fejsa, na insta i chyba nawet na LinkedIn’a wrzucić. Odnowa biologiczna może poczekać, ale życia wirtualnego nie wypada zaniedbywać. Wszak do kolejnego weekendu już całkiem blisko. Może wtedy się uda.

Ja już się przyzwyczaiłem. Należę do tej grupy ultrasów, której nie będzie dane się zregenerować. Mam tego pełną świadomość i to jest powód przez który siedzę teraz z Ewą oraz Danielem przy stole w wynajętym apartamencie w Sobótce. Jest 8 rano, a my przeżywamy minione 3 doby. 3 dni i 3 noce spędzone na Biegu Kreta, podczas których każdy z nas ledwo zmrużył oczy, nie pozwalają utrzymać powiek w pełni podniesionym zakresie, a zachrypnięte głosy i nasze blade twarze sprawiają wrażenie jakbyśmy dopiero co wrócili z wojny z zapasami alkoholi wysokoprocentowych pobliskiego monopolowego i jeszcze wyszli z tej potyczki zwycięsko. W dodatku bez zapitki. I bez zagryzki.

Tak to już jest z tym ultra, że nawet gdy organizator posprząta cały bałagan, który zostawiają po sobie ultrasi, kiedy kurz już zupełnie opadnie, a meta zmieni się nie do poznania w miejsce codziennych obowiązków lub przyjemności, w głowach wszystkich związanych z ultra nadal wszystko wiruje bardziej niż poseł Czarnecki wokół Ziemii nabijając kolejne kilometrówki do rozliczenia. Adrenalina nie odpuszcza, a emocje do tej pory mocno skrywane głęboko pod grubą warstwą ultra główek szukają ujścia na zewnątrz. Teraz jest ten moment, kiedy można przeżyć wszystko jeszcze raz. Przeanalizować sukcesy i błędy. Zastanowić się co można było zrobić lepiej, a co zrobiło się źle. Podzielić się swoimi przemyśleniami i zwyczajnie cieszyć się jeszcze choć przez chwilę całą otoczką towarzyszącą biegom ultra.

Dzięki temu zapominamy o zmęczeniu. Znowu jesteśmy w tym magicznym świecie, który tworzony przez ludzi z równie wypaczonym spojrzeniem na rzeczywistość, pozwala na obcowanie w górach w towarzystwie innych totalnie pokręconych zboków i czerpanie z niego garściami. Możemy się razem pośmiać, powspominać przeżyte przygody, których normalni ludzie mają już dawno powyżej uszu, pocieszać się z porażek, pogratulować sukcesów, podziękować za pomoc, docenić wsparcie i zaplanować kolejne imprezy biegowe.

Powinieneś przyjechać kiedyś na UltraKotlinę dodaje Ewa pomiędzy kęsami idealnie wysmażonej jajecznicy przygotowanej przez Daniela. Podnoszę pytająco brew, żeby nie musieć otwierać buzi i ryzykować oplucie przeżuwanym przeze mnie śniadaniem swojej rozmówczyni, przy okazji uświadamiając samemu siebie, że muszę się opanować. Aromat spieczonych warzyw i delikatnie ściętych jaj z dodatkiem podgrillowanego pieczywa, w połączeniu z moim wygłodzonym przez ostanie 380 kilometrów żołądkiem pozwolił mi zapomnieć o dobrych obyczajach, przez co rzuciłem się na posiłek zupełnie jakby była to ostatnia jajecznica na tej planecie. Tymczasem w rzeczywistości Daniel zadbał o to, żeby jedzenia wystarczyło dla każdego, nawet po trzech dobach biegania po górach, więc nie ma potrzeby zachowywać jak troglodyta i połykać całej zawartości talerza naraz razem z zastawą i sztućcami. Wprawdzie ciężko mi się powstrzymać, ale wymowna mina Ewy pomaga mi opanować swoje niezdrowe zapędy konsumpcyjne.

Przez kolejne kilka minut skupiam się na tym, żeby bardziej jeść niż żreć, a pomiędzy uszami przelatują mi słowa Ewy. UltraKotlina to, UltraKotlina tamto, UltraKotlina siamto. Dziewczyna sprzedaje lepiej niż świadkowie Jehowy swoją dobrą nowinę. Zupełnie jakby siedziała w pokręconych strukturach kolejnej piramidy finansowej opartej na multi level marketingu, z tą tylko różnicą, że raczej organizatorzy nie odpalają jej prowizji od zwerbowanego uczestnika biegu, a najwyraźniej powinni. Niemniej ziarenko zostało zasiane i chyba szybko zakiełkuje. Muszę trochę poczytać o tej całej UltraKotlinie.

Profil trasy 180km. Niecałe 7 000 m różnicy poziomów.

10 Października 2024

Jaka jest najważniejsza zasada przed każdym biegiem? No dobra, ta druga w hierarchii ważności. Pierwsza od zarania dziejów rzeczywiście jest niezmienna i powinna być dopisana do 10 przykazań ofiarowanych Mojżeszowi na górze Synaj, jednak tym razem nie chodzi o opróżnienie jelit przed biegiem. Równie istotną rzeczą w świecie ultra jest odpowiednie wypoczęcie przed startem. Właśnie dlatego już dziś powinienem być w trasie do Szklarskiej, żeby całą noc z czwartku na piątek przespać w spokoju w mięciutkim i cieplutkim łóżeczku i mieć jeszcze cały następny dzień na zbieranie sił, które będą mogły być odpowiednio spożytkowane w trakcie biegu.

Powinienem, jednak to nie pierwszy na świecie plan, który poległ przy pierwszej próbie implementacji. Obowiązki domowe, robota i wyjątkowo mały wymiar urlopu wypoczynkowego, jaki został mi do dyspozycji zmuszają mnie do zaplanowania podróży dopiero na jutro i to na koniec dnia. Pomysł tak genialny, że nawet osoba niezwiązana ze światem ultra puknęłaby się mocno w czoło i zastanowiła czy naprawdę ma to sens, mimo że już na pierwszy rzut oka widać, że wcale go nie ma.

Niestety moja pewność siebie po pokonaniu Biegu Kreta uniemożliwia mi trzeźwe spojrzenie na fakty. 180 km to nie przelewki, a sama UltraKotlina do najlżejszych biegów nie należy, o czym świadczą wyniki z lat ubiegłych. Rok w rok co trzeci zawodnik nie jest w stanie ukończyć tych zawodów. To powinno zapalić jakąkolwiek lamkę ostrzegawczą w każdej innej w miarę ogarniętej głowie, ale nie w mojej. Ja uparcie wmawiam sobie, że UltraKotlina, czyli niecałe pół Biegu Kreta nie sprawi mi większych problemów. Mało tego, w moich chorych ultra-fantazjach rysuje się plan ukończenia tych zawodów w 24 godziny, co jest wynikiem bliskim rekordu trasy.

Wprawdzie ta prognoza stoi stabilnie na moim magicznym szablonie w MS Excel, do którego mam kompletnie zaufanie, a całość jest poparta sensownymi założeniami i rzeczywistymi liczbami, jednak historia wielokrotnie pokazała, że dane wejściowe również mogą być początkiem katastrofy. Moim ulubionym przykładem jest lot Air Canada z 1983 roku z Montrealu do Edmonton, któremu w połowie drogi skończyło się paliwo.

Chłopaki z obsługi naziemnej doskonale wiedzieli, że przed lotem potrzebują zatankować 22 500 kilogramów paliwa, jednak wachę zawsze wlewało się do zbiornika w litrach, co z resztą do dziś bardzo się nie zmieniło, a koledzy z działu technicznego podali im gramaturę, więc pojawił się problem. Jeden z nich się wychylił i uznał, że przeliczy kilogramy na objętość używając współczynnika gęstości, a reszta mu przyklasnęła chwaląc inicjatywę i dodając mu otuchy.

Wszystko byłoby spoko, gdyby nie problemy z systemem metrycznym. Niby Kanada przyjęła oficjalnie układ SI 12 lat wcześniej, ale wiadomo jak to jest z tymi zmianami. Człowiek ich zwyczajnie nie lubi i wypiera do upadłego. Ja też z resztą do dziś używam klasycznego widoku tabeli przestawnej we wspomnianym MS Excel, zamiast tej nowej, niby lepszej i praktyczniejszej. I to właśnie z tego samego powodu chłopaki z Air Canada później przyznali, że przeliczyli kilogramy używając współczynnika gęstości w funtach na litr, zamiast w kilogramach na litr, w konsekwencji tankując samolot poniżej połowy potrzebnego poziomu paliwa, zmuszając pilota do awaryjnego lądowania gdzieś na kanadyjskim pustkowiu i robiąc z niego narodowego bohatera ratującego życia wszystkich pasażerów na pokładzie przed potencjalną katastrofą.

Na szczęście ja w swoim szablonie mam wystarczającą ilość walidacji, żeby wyłapać tego typu kalafiory, niemniej określenie poziomu mojej predyspozycji przychodzi mi niekiedy z trudnością. Uważam też, że poprzeczkę trzeba sobie stawiać wysoko, dlatego zawsze chętniej zawyżam swoje parametry, niż przyznaję przed sobą spadek formy. Tymczasem ani UltraKotlina, ani żaden inny bieg ultra jeńców nie bierze i nie zna litości.

Tą lekcję pokory, z której nie zdaję sobie w tym momencie sprawy, odbiorę za kilkadziesiąt godzin i to w bardzo okrutny sposób. Na szczęście póki co mogę sobie żyć w błogiej nieświadomości i z radością wieczorem spakować zdecydowaną większość tobołów na bieg, dzięki czemu następnego dnia zostanie mi tylko wsiąść do samochodu i dojechać na miejsce.

TeamPlutt UltraKotlina Daniel Pluta Karpacz Magia Kotliny
Takie coś na mnie czeka.

11 Października 2024

Ruszamy do Szklarskiej Poręby w okolicach 14:00. Daniel, który za żadne skarby nie odpuści dobrej wycieczki w góry, prowadzi, a ja staram się dokończyć robotę z laptopem na kolanach, ale czuję się mniej więcej tak jak ratownik na basenie podczas igrzysk olimpijskich. Niby jestem, niby na Teams’ach świecę się na zielono, ale pożytku ze mnie niewiele. Łeb mi lata na boki na zmianę z ekranem monitora, ciężko trafić w te małe guziczki na klawiaturze, a brak myszki i konieczność obsługi wyjątkowo topornego touchpada doprowadza mnie do szaleństwa, dlatego po ponad półtoragodzinnej nierównej walce ze swoimi obowiązkami służbowymi składam broń i ze zwieszoną głową przyznaję się przed samym sobą do porażki. W poniedziałek się ogarnie, a świat się raczej nie zawali. Nadal powinien być mniej więcej w tym samym miejscu z tymi samymi problemami, czekającymi na ich rozwiązanie. I’ll be back!

Zamykam komputer, podnoszę wzrok na dziesiątki czerwonych świateł przed nami, otwieram usta, żeby dopytać o co chodzi, ale Daniel już śpieszy z wyjaśnieniami odnośnie jakiegoś wypadku, który wydłuży nam podróż mniej więcej o 45 minut. Nie jest dobrze. Biuro zawodów działa tylko do 20:00, a zakładając brak dodatkowych nieprzewidzianych problemów będziemy na miejscu dosłownie na ostatnią chwilę.

Na szczęście jestem jak rząd Stanów Zjednoczonych za czasów zimnej wojny i mam swoich ludzi w samym sercu imprezy, czyli w biurze zawodów. Co więcej, UltraKotlina to nie ruscy, cokolwiek łatwiej dojść z nimi do porozumienia, więc szybki telefon do Ewy powoduje obniżenie u mnie ciśnienia do poziomu powszechnie określanego jako norma. Okazuje się, że nawet jeśli nie zdążymy na czas, to pakiet będzie można nadal odebrać przed samym startem biegu w mobilnym biurze zawodów. Taki pop-up store, tylko że z numerami startowymi zamiast kosmetyków czy elementów wyposażenia wnętrz. Ciekawa koncepcja, podoba mi się, chociaż mimo wszystko wolałbym móc załatwić formalności wcześniej i mieć komfort spokojnego spakowania swoich łachów na przepaki. W każdym razie plan B już jest, płakać nie trzeba.

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu wszystko co jeszcze w trasie mogłoby pójść źle, wcale nie idzie źle. Wręcz przeciwnie, od Strykowa ruch zdecydowanie maleje, jedzie się płynnie i udaje nam się odrobinę nadrobić stracony czas na staniu w korku, dzięki czemu 20 minut przed zamknięciem biura zawodów meldujemy się w Szkole Podstawowej numer 1 i lecimy po pakiet z nadzieją, że kolejki będą mniejsze niż za komuny po mięso.

Biuro zawodów różni się od tych stawianych na bardziej szumnych imprezach i zaskakuje mnie swoją organizacja. Oddzielne stoisko po pakiety, oddzielne po trackery, oddzielne na zdanie depozytów, oddzielne na zdanie przepaków. Wąska specjalizacja przypomina fabrykę z taśmą produkcyjną gdzie interesant przechodzi przez poszczególne stanowiska i wszędzie jest obsługiwany ekspresowo oraz kompleksowo. Za bardzo nie ma się na czym pomylić, nie przychodzą mi też do głowy żadne dodatkowe pytania, bo w każdym umownym okienku dostaje taki bezduszny słowotok do złudzenia sugerujący mi jakobym w rzeczywistości był na liturgii Wigilii Paschalnej, a ci ludzie z obsługi wcale nie wydają pakietów startowych tylko klepią bezmyślnie Litanię do Wszystkich Świętych.

Nawet bym uwierzył, że to spotkanie dziękczynne jednej z sekt pseudokatolickich, gdyby nie Ewa, mój cichy bohater z Biegu Kreta, czule opiekujący się wówczas moimi zmasakrowanymi kończynami i wspierający mnie z całych sił, żebym mógł ukończyć tamto mordercze wyzwanie, teraz przełamuje schemat i wita się ze mną serdecznie. Dzięki temu mam pewność że nie pomyliliśmy drogi i przez pomyłkę nie zakotwiczyliśmy w Licheniu w ostatniej chwili dołączając do nabożeństwa różańcowego. Udaje nam się zamienić kilka miłych słów, ale taśma w fabryce jest bezlitosna. Trzeba poruszać się dalej, bo kolejni chętni do tego konkretnego stanowiska już zaczynają wywierać na mnie presję. W końcu nie tylko ja dotarłem na miejsce w ostatnim momencie.

Pakiet jest, można biec!

Przed 21 układam się wygodnie w mięciutkim łóżeczku w naszej kwaterze i próbuję odzyskać odrobinę świeżości przed spuszczeniem sobie totalnego łomotu. Niestety utrata świadomości nie następuje poprzez pstryknięcie wyłącznika. Drucik ewidentnie nie styka, bo Czesio jest zajęty dogłębnymi rozmyślaniami nad biegiem i jego całą otoczką. Zaczynam liczyć owce, ale zamiast nich drewnianą bramkę przeskakują poszczególne elementy mojej garderoby biegowej, żebym mógł sprawdzić czy wszystko spakowałem.

To jest silniejsze ode mnie. Nie przewalczę tego, zostaje mi ulec. Dobra skaczcie tylko szybko! 3 pary butów, 4 pary skarpetek, 3 pary gaci, 4 pary spodni, 4 koszulki, 4 bluzy, 3 pary rękawiczek, rękawki, kurtka, bufki, plecak, kołczan, kije, czołówka, powebank, ogrzewacze do rąk, kable, Garmin, folia NRC, bandaż, gotówka, chusteczki nawilżane, chusteczki do nosa, worki na brudy, lód w sprayu, Jägermeister, żele, cukierki, termos… termos… termos na ciepłe jedzenie! Gdzie jesteś? Haaaalo!?

Drewniana bramka stoi jak stała, po jednej jej stronie znajduje się cały mój bajtel i z niecierpliwością spogląda w drugą stronę wyczekując, aż termos łaskawie znajdzie się również na tej kupie sprzętu, ale w okolicy słychać jedynie puste trzaski, szmery i stukanie pomieszczane z szuraniem. Piękny odgłos gęstego lasu, ale nie na tym mi w tym momencie zależy. Nie wziąłem termosu? Przecież miałem sobie do niego spakować ciepły posiłek na przepak. Ciepły… posiłek…? Zaraz, zaraz… Ciepły posiłek stał obok termosu. Skoro jego nie wziąłem to…

No nie dam rady zasnąć w takiej sytuacji. Teraz to już oczy otwierają mi się same. Jajo prędzej zniosę, jeśli nie sprawdzę tego teraz. Przekopuję wszystkie swoje toboły dwa razy i nie znajduję ani termosu, ani ciepłego żarcia. Lubię jeść, ale głowę dam po topór, że tego jeszcze nie wessałem. Musiało zostać w domu. Pozostaje mi obejść się smakiem i dać wyraz mojego zrezygnowania poprzez głośne westchnięcie i zwieszenie ramion wzdłuż ciała, a następnie wzruszenie nimi.

Straszna lipa. Tutaj są tylko 3 punkty odżywcze, na których ma być ciepły posiłek. Przez 180 km i jakieś 24 godziny będzie mi dane zjeść zaledwie 3 razy coś treściwego. Słabo. Doskonale wiem, że żele i inne słodkie przekąski będą mi wchodzić przez pierwsze 60-70 km. Potem żołądek zacznie się buntować. Co więcej, do wygodnego człowiek się szybko przyzwyczaja, a na moim poprzednim biegu z suportem miałem lepiej niż na wakacjach w Bułgarii w opcji All Inclusive. Co 15 km dostawałem gorącą michę, świeże ciuszki, suche buty i manicure stóp w gratisie. A teraz będę leciał jak moja kocica, Zelda – całe życie na chrupkach.

Może to po prostu Karma? Może na własnej skórze muszę zrozumieć jaki los zgotowałem własnemu futrzakowi i jak bardzo biedaczka się męczy dzień w dzień, ale to przecież nie ze skąpstwa czy czystej złośliwości. Lekarz kazał. Czy tam weterynarz. Niemniej na koniec dnia dla niej to lepiej, mimo że niekoniecznie bydlę jest w stanie to zrozumieć. Co więcej ona dostaje specjalną karmę, przygotowaną pod jej dolegliwości. Jakoś nie sądzę, żeby UltraKotlina miała w menu jakieś opcje dedykowane dla ultrasów pod biegi bardzo długie. Raczej napotkam na punktach standardowe przegryzki, czyli banany, żelki, kabanosy, ciasteczka. Jeśli ktoś ma żołądek jak San Francisco, być może przejedzie na tym cały dystans. Mój niestety przypomina bardziej salon Ludwika XVI, wykończony atłasem, z miękkimi puchowymi podusiami, żeby nic nie uwierało w pupkę, czy jakąkolwiek inną część ciała.

Wracam do łóżka i ubolewam nad swoim losem. Będzie to trudna przeprawa, ale w końcu jak to powiedział pewien koleś mocno związany z Beskidami, nic co łatwe nie cieszy tak bardzo. Z drugiej strony nie jestem zwolennikiem utrudniania sobie życia na siłę. Lubię swoją strefę komfortu, zwłaszcza jeśli chodzi o wyżywienie. Nie mam potrzeby udowadniać nic nikomu w tej kwestii, więc chciałbym jednak mieć możliwość skorzystania z ciepłego posiłku w razie potrzeby.

Kolejne kilka minut spędzam z łóżku rozmyślając jak sobie z tym fantem poradzić, ale perspektywa niewystarczającej ilości gorących misek na trasie jest dla mnie jak strzał prosto w ryj. Najpierw otumaniony leżę w bezruchu, a już po chwili oddaję się objęcia Morfeusza.

Taki rarytas zostawiłem w domu.

12 Października 2024

Nie mam pojęcia ile śpię. Z pewnością zbyt krótko, bo ciężko jest mi podnieść choćby jedno oko. A może by tak odpuścić i poleżeć pod kołderką? Coooo?!?! W lustro bym sobie nie mógł spojrzeć! Wstajemy! Teraz już zostaje tylko rutyna, więc można to pociągnąć na automacie. Szesnasty raz podchodzę do ultramaratonu, więc mogę się ogarniać nawet z zamkniętymi oczami. Trzeba je będzie tylko na chwilę otworzyć, żeby założyć soczewki. Zatem jedziemy!

Najpierw jedzenie. Do startu jest jeszcze 2 godziny, więc wszystko się zdąży jeszcze przetrawić. Następnie pakowanie. Rozdzielam ciuchy na 4 kupki. Oddzielnie to co niedługo założę na siebie, oddzielnie 2 przepaki i oddzielnie depozyt na metę. Dodatkowych przykrych niespodzianek brak, udało mi się nie zapomnieć pozostałych składowych mojego sprzętu. Zostaje tylko spełnić najważniejszą zasadę każdego biegu, dlatego kolejne kilka minut spędzam w świątyni dumania. Niestety nie potrafię wypocić odważnika na zawołanie w środku nocy. Gdybym był na studiach, po mocnym przepiciu najtańszą Tequilą z Lidla, zagryzioną kebsem z ostrym sosem na Dworcu Centralnym, to może by się udało. Jednak obecnie za bardzo szanuję zdecydowaną większość elementów mojego ciała ultrasa i staram się nie fundować im dodatkowych traumatycznych wrażeń. W końcu wystarczy, że co jakiś czas zmuszam je do przebiegnięcia kilkuset kilometrów i zarwania nocki albo dwóch. A czasami nawet trzech. Innymi słowy o narzędzie pracy staram się dbać.

Nic na siłę. Na ten moment Kraken zostaje na dnie swojej cieśniny. Zapewne nie dojedzie ze mną do końca tego wyścigu, trzeba będzie go uwolnić gdzieś w trasie, ale na koniec to żadne ekstremum. Już przez to niejednokrotnie przechodziliśmy. Wolałbym w bardziej cywilizowanych warunkach, miło czasami posadzić tyłek na sedesie, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

O 1:20 opuszczamy przyjemną i nagrzaną kwaterę, stając twarzą w twarz z okrutnym i bezlitosnym chłodem momentalnie orzeźwiającym moją nadal zaspaną twarz. O panie! Jest rześko! Najbardziej zakłamana aplikacja na świecie, czyli pogodynka ajfonowska twierdzi, że jest zaledwie 2 stopnie. Mam wrażenie, że wyjątkowo tym razem nie rżnie głupa, więc ze szczękającymi zębami wsiadam do auta i czekam aż ogrzewanie zacznie działać, co na szczęście nie trwa długo.

15 minut przed startem meldujemy się w Piechowicach na parkingu Huty Szkła Julia, zdaję depozyt z oboma przepakiami i zostaje mi wyczekiwanie na start przeplatane karkołomną rozgrzewką, skupiającą się głównie wokół mięśni żuchwy kurczowo zaciskanych wskutek delikatnego przymrozku. Przy takiej aurze widok kilku kolesi ubranych na krótko powoduje u mnie ciarki biegające po plecach. Poprawiam sobie zgryz zaciskając paszczę do granic możliwości i ścierając dolny rząd zębów górnymi, żeby nie musieć się skupiać na drgawkach przechodzących przez moje ciało z powodu wszechobecnej zimnicy, tymczasem twardziele ubrani w koszulki z krótkimi rękawkami i krótkie spodenki wyglądają jakby wyszli na peta na balkon w środku lata. Przechadzają się od lewej do prawej, z nudów kopiąc leżące na parkingu kamyczki i cierpliwie czekają na rozwój wydarzeń.

TeamPlutt UltraKotlina Daniel Pluta Karpacz Magia Kotliny
Fot: Daniel Koszela

Jeszcze żeby byli postury Israela Kamakawiwoʻolego, to bym zrozumiał. Zwiększona warstwa izolująca mająca na celu zapewnienie odpowiedniego komfortu termicznego, redukcję strat energii i zwiększenie efektywności energetycznej nie wymaga nadmiernego nagrzewania od środka. Zupełnie jak w budynkach, tylko zamiast klejów, uszczelniaczy, wełny mineralnej i styropianu występuje tak bardzo niepożądany przez Krzysia Ibisza w kryzysie wieku średniego tłuszczyk. Tyle że oni posturą przypominają takich suchoklatesów jakim jestem ja sam. Jak oni to robią? Wszczepili sobie jakiś przenośny reaktor jądrowy, nażarli się rudy uranu i teraz przeprowadzają mikro-reakcję rozszczepienia atomów? Na swojej ultra-drodze spotkałem już ludzi, którzy potrafią załadować kilometry setkami, jadąc tylko na żelach energetycznych, wyniki udanych eksperymentów krzyżowania ludzi z dromaderami, którzy prawie w ogóle nie piją na trasie, więc ci mający w sobie geny yeti odpowiadające za ponadprogramową odporność na zimno być może również nie powinni mnie dziwić.

Co więcej nie ma ich wcale dużo, zatem być może to zwyczajnie jakieś supermoce, a nie efekt zwariowanych doświadczeń naukowych. Z pośród 85 osób zgromadzonych na stracie na palcach jednej ręki mogę policzyć tych ubranych na krótko, więc ja w swoich dresikach, bluzie i dwóch bufkach nie muszę się czuć jak idiota. Zdecydowana większość zawodników podziela moje odczucia termiczne. Szukając takich samych zmarzluchów jak ja sam i błądząc wzrokiem po innych zawodnikach zauważam masę znajomych twarzy. Niesamowite jak dużo ludzi ma ochotę sponiewierać się przez najbliższe dwadzieścia-kilka godzin. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem tylu znajomych w jednym miejscu, no może z wyjątkiem własnego wesela, więc nawet nie z każdym udaje mi się zamienić słowo.

Z samego Biegu Kreta zjechała się połowa stawki i to tak naprawdę cieszy mnie najbardziej. Jest Stanisław, który gonił mnie wtedy przez ostatnie 45 km, nakręcając mnie do ucieczki i z sukcesem podnosząc mój poziom adrenaliny, kiedy tak bardzo potrzebowałem jakiegokolwiek zastrzyku energii. Jest też Jiří, z którym przebiegłem ponad 180 km wymieniając się pozycjami częściej niż posłowie PiSu stanowiskami dla swoich ziomków i motywując do dalszej walki wtedy, kiedy żaden z nas nie miał już sił na dalsze przebieranie nogami. To dobrze wróży. Nic tak nie pcha do przodu jak czysta rywalizacja. Mam nadzieję, że będę czuć presję chłopaków również tutaj, być może w jakikolwiek sposób zastąpi mi to brak ciepłych posiłków na trasie.

Wymiana uprzejmości pozwala odwrócić uwagę od przeszywającego zimna i skrócić oczekiwanie na sygnał startera. Nawet nie zwracam uwagi na fakt, że nie ma tu żadnego wodzireja zagrzewającego nas do walki. Dopiero na pół minuty przed drugą nad ranem ktoś rzuca przez mikrofon, że ruszamy za 30 sekund, co wywołuje ogólne poruszenie i przesunięcie całej masy ultrasów bliżej samej linii startu.

Fot: Daniel Koszela

To jest ten moment, kiedy UltraKotlina postanawia zabawić się mną na rozgrzewkę. Przypominam sobie, że nie włączyłem swojego Garmina, któremu zlokalizowanie satlitek zajmuje czasami nawet ponad minutę. Gdybym był statystycznym zbokiem, z pewnością bym się przejął utratą kilku pierwszych metrów tracka do późniejszej analizy, ale nie rusza mnie to kompletnie i spokojnie przechodzę do odpalenia trasy w zegarku. Samo jej uruchomienie zajęłoby dosłownie 15 sekund, gdyby była ona wgrana do kursów w Garminie. Gdzie jest moja trasa? Przecież wczoraj w drodze porównywałem swój track z tym wgranym na zegarek Daniela, żeby się upewnić, że nie potrzebuję aktualizacji. Czy naprawdę jestem aż tak zdolny, że „niechcący” usunąłem sobie ślad GPX?

7… 6… – Dociera do mnie odliczanie do startu. Przez kolejną sekundę mój mózg generuje nieprawdopodobną ilość bluzgów, tak naprawdę marnując czas zamiast próbować naprawić sytuację…

5… – Ściągam rękawiczkę, równocześnie wyciągając drugą ręką telefon z kieszeni…

4… – Trzęsącą się ręką wchodzę w aplikację Garmina, jednocześnie błagając zrządzenie losu, żeby nie upokarzało mnie już na samym początku i zostawiło mi chociaż ślad GPX w telefonie…

3… – Odpalam kursy w aplikacji Garmina. Szybko, szybko, dlaczego to tak długo trwa?

2… – Jest! Świat to jednak wspaniałe miejsce. Nie wszystko jest przeciwko mnie, teraz trzeba się tylko zsynchronizować z zegarkiem…

1… Start!

UltraKotlina 180

PIECHOWICE -> ROZDROŻE IZERSKIE: 14 km (14 km)

85 ultrasów rusza na wycieczkę wokół Kotliny Jeleniogórskiej. Każdy jest podekscytowany, co drugi coś wykrzykuje dodając całej reszcie odrobinę motywacji, koleś odliczający sekundy do startu jeszcze nadal coś komentuje, ale do mnie nie dociera ani jedno słowo. Ruszam za całą masą na autopilocie niczym gimbus wracający ze szkoły. Łeb wlepiony w telefon i pewnie gdyby ktoś stał obok pomyślałby sobie, że jakiś gamoń kończy właśnie oglądać kolejnego Shorts’a na YouTube’ie i nie może się oderwać od kolejnych robiących z jego mózgu jeszcze większą papkę, tymczasem ja walczę o przetrwanie próbując załadować tą cholerną mapę do zegarka.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że będzie to głównie samotny bieg, a drugiej nocy czeka mnie przynajmniej 7 godzin po ciemku, na kompletnym zmęczeniu. Nie będzie trudno o pomyłkę trasy, dlatego zależy mi na tym, żebym mógł liczyć na bardziej ogarniętego pilota niż moja własna intuicja. Wiadomo, Maciej Wisławski to nie będzie, w końcu to zwykły Garmin, ale z pewnością pomoże mi odnaleźć się z karkonoskiej dziczy.
Jednak kółeczko określające postęp synchronizacji aplikacji z zegarkiem kręci się w nieskończoność wystawiając moją cierpliwość na bardzo trudną próbę. Całe szczęście trójka moich dzieci zadbała o odpowiednie przygotowanie pod tym kątem. Jeszcze kilka lat temu wpadałbym właśnie w furię, rzucając czym popadnie na lewo i prawo, w tym bluzgami i identyfikowałbym się z Michaelem Douglasem w filmie Upadek, tymczasem nadal jestem wyciszonym kwiatem lotosu na spokojnej tafli Małego Stawu w Karkonoszach, pod nosem mamroczącym sobie kilka delikatnych wulgaryzmów i to na tyle niewyraźnie, żeby nie uprzykrzać życia pozostałbym ultrasom. Trening czyni mistrza.

Wszyscy skupieni, a Pluta scrolluje.

Niestety ja nadal trenuję. Do poziomu wspomnianego mistrza jeszcze trochę mi zostało, przez co procesujące kółeczko do złudzenia przypominające upośledzony pasek postępu z MS Windows skutecznie wyczerpuje wszystkie moje pokłady cierpliwości. Nie wytrzymuję i rzucam w eter najpopularniejsze dwa słowa w Polsce, dzięki czemu dowiaduję się, że nie tylko jest to hasło do uruchomienia windy w Seksmisji Juliusza Machulskiego, ale równocześnie komenda do zakończenia synchronizacji w aplikacji Garmin Connect. A mówią, że smartfony nas nie podsłuchują, tymczasem mój słucha bardzo dokładnie i najwyraźniej jest reaktywny przede wszystkim na proste żołnierskie komendy.

Zostaje mi tylko z uśmiechem na ustach odpalić kurs w zegarku i poczekać na zlokalizowanie satelitek, co wyjątkowo tym razem nie trwa długo, zupełnie jakbym wyczerpał limit niefortunnych wydarzeń na tym biegu. Nic bardziej mylnego! UltraKotlina ma jeszcze kilka asów w rękawie, żeby uprzykrzyć mi życie. Zadowolony z przebiegu wydarzeń włączam nawigację do mety, podnoszę głowę i widząc, że stawka się już całkiem przyzwoicie rozciągnęła, wciskam włącznik na mojej czołówce.

Brak jakiekolwiek reakcji każe mi się zastanowić, czy rzeczywiście go wcisnąłem, być może w rękawiczce mam gorsze czucie i nie jestem w stanie dobrze oszacować dociśnięcia przycisku, choć jestem przekonany, że słyszałem to subtelne kliknięcie, ale mogę się mylić. Naciskam guzik jeszcze raz. No nie działa. Sfrustrowany już na pierwszym kilometrze biegu zaczynam nerwowo dociskać ten cholerny przycisk, tak jakby to była jego wina, że czołówka nie chce świecić, a gdyby mógł on cokolwiek powiedzieć, z pewnością byłoby to coś w stylu: Ej stary nie tak mocno, to boli.

Sam nie wiem dlaczego przez chwilę wydaje mi się, że próba wciśnięcia guziczka bardziej niż pozwala na to konstrukcja czołówki, w jakiś nadprzyrodzony sposób rozwiąże mój problem. Gdy jednak to nie przynosi pożądanego rezultatu, w akcie desperacji próbuję osiągnąć to samo wcześniejszym hasłem do windy, jednak wygląda na to że było ono jednorazowe. Niestety ze strony mojej lampki nadal brak jest jakiekolwiek reakcji.

Rekonstruuję w myślach zdarzenia, próbując przypomnieć sobie czy włączałem czołówkę przed startem, żeby sprawdzić czy działa. Chyba nie. Jednak z pewnością ją ładowałem i widziałem zieloną diodę oznaczającą pełny poziom baterii. To co jest nie tak? Dla otuchy rzucam jeszcze kilka bluzgów pod nosem i zaczepiam Karola, znajomego obok którego wystartowałem na trasę, żeby poświecił na mnie swoją latarką, dzięki czemu mogę dokładnie obejrzeć swoje urządzenie szukając zerwanego kabla lub innej widocznej awarii. Po wnikliwej analizie moje inżynierskie oko stwierdza pełną gotowość czołówki do boju, więc sprawdzam ostatnią rzecz, jaka może uratować mnie przed podążaniem tą trasą po ciemku, choć sam nie chcę wierzyć że mogłem popełnić aż tak głupi błąd. Wyciągam akumulatorek, obracam go do góry nogami i wkładam z powrotem na swoje miejsce.

Czując przyśpieszone bicie serca delikatnie wciskam guziczek, równocześnie z trudem przełykając ślinę i zaciskając bardziej zęby. W chwili gdy do moich uszu dociera po raz kolejny delikatne kliknięcie ciemność przede mną rozpierzcha się i ustępuje 250 lumenom padającym radośnie z prosto z mojego Ledlensera. Cudownie! Jeszcze przed chwilą UltraKotlina była bezładem i pustkowiem, ciemność była nad powierzchnią bezmiaru kilometrów, a bluzg plutowy unosił się nad nimi. Wtedy Pluta rzekł: niech stanie się światłość! I stała się światłość. A Pluta wiedząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. Działa! Matko i córko jak cudownie! Jestem w grze. Możemy cisnąć!

I stała się światłość!

Dopiero teraz mam chwilę na skupienie się na tym gdzie w ogóle jestem i co dzieje się wokół. Truchtamy gęsiego jeden za drugim bardzo wąską ścieżką pod górę. Gęsta trawa po bokach skutecznie zniechęca do wyprzedzania, ponieważ wszechobecna wilgoć szybko przeniesie się z długich liści na cholewkę buta i zapewni nie do końca komfortowe odczucia przez kolejne 180 km biegu. Choć tak naprawdę to nieduża ulga, bo i tak część trasy prowadzi polami, przez co ja już mam delikatnie mokre obuwie.

Na szczęście zaledwie kilkaset metrów dalej szlak przechodzi w znacznie szersze i ubite klepisko, a stawka rozciąga się na tyle wystarczająco, że można swobodnie przebierać nogami bez obawy wpadnięcia na osobę z przodu. Ci, którzy przywdziali na starcie kurtki teraz zatrzymują się na poboczu i zrzucają dodatkową warstwę ogrzewającą. Pierwsze 2 km pod górę zadziałały zdecydowanie lepiej niż ogrzewanie postojowe i pozwalają nam zapomnieć o dokuczającym zimnie, z którym trzeba było się zmierzyć przed rozpoczęciem zawodów.

Spoglądam w górę. Przepiękne czarne niebo upstrzone gwiazdami nadaje nieprawdopodobnego nastroju. Głęboki i nieprzenikniony granatowy firmament rozciąga się nad horyzontem. Brak chmur nad nami pozwala mieć nadzieję na przyjemną bezwietrzną noc. Być może UltraKotlina będzie się obchodzić ze mną odrobinę bardziej po przyjacielsku od tego momentu. Uśmiecham się sam do siebie. Może nie będzie tak źle.

Kilka kilometrów dalej dociera do mnie, że dobrze również nie będzie. Nie leży mi ta UltraKotlina. Zaledwie dychę przebiegłem, głównie po relatywnie płaskim terenie, a już odczuwam niemałe zmęczenie w mięśniach dwugłowych ud. Być może za bardzo poszalałem na pierwszych kilometrach biegu, bo Garmin pokazuje mi prognozowany czas przybycia na metę za 18 godzin, co jest absurdem, niemniej doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dalszej części trasy czeka mnie znacznie więcej przewyższeń i siłą rzeczy spowolnienia tempa.

Jednak dwójki w nogach to nie jedyne moje zmartwienie. Głowę ciągle zaprzątają mi drobne pomyłki, które skumulowane nie pozwoliły mi odpocząć psychicznie przed biegiem. Ledwo zdążyliśmy do biura zawodów, nie wziąłem ciepłego jedzenia, a na starcie miałem problemy z mapą i czołówką. Dodatkowo przed zawodami dosyć długo męczyło mnie przeziębienie. Teraz, gdy już przyszło mi zmierzyć się z UltraKotliną, w głowie mam tylko niedawne niepowodzenia, a wodę w bidonach lodowatą.

Nie jest dobrze. To zaledwie preludium do sensownego biegania, a głowa mi już siada. Słabo to wygląda. Ale spokojnie. Nie ma co panikować. Będę mieć na to jeszcze ponad 170 km, a przecież do lamentowania też potrzeba sporo sił. Przecież chciałem tu być. Przecież wiedziałem, że będzie ciężko. Przecież nie pierwszy raz muszę się zmierzyć z chwilami słabości. Tylko spokój może nas uratować. Zdecydowanie zwalniam. Trzeba dać mięśniom chwilę odetchnąć. Głęboki wdech. Jeszcze jeden. Będzie dobrze. Już za chwilę zatankuję gorącą herbatkę, a potem do mety to już z górki. No powiedzmy.

Doganiają mnie jacyś zawodnicy, widzę kątem oka ich czołówki w oddali, a przed sobą pierwszy punkt odżywczy na Rozdrożu Izerskim. Nareszcie! Herbata, herbata, herbata… Tak bardzo potrzebuję się zagrzać od środka. Ta persp