Backyard Ultra TriCity – Magia liczb i DNF
Backyard Ultra, pełna wersja. Od startu do załamania. Mojego bądź wszystkich pozostałych zawodników. Kto zgadnie która strona pękła szybciej?
Backyard Ultra, pełna wersja. Od startu do załamania. Mojego bądź wszystkich pozostałych zawodników. Kto zgadnie która strona pękła szybciej?
Ultramaraton przez duże „U”. Koniec pewnego rozdziału mojej kariery ultra. Tu jest wszystko, dosłownie. Bez cenzury, ale za to z pikantnymi szczegółami. Zapraszam.
Chudy Wawrzyniec w Beskidzie Żywieckim dał mi popalić jak mało który bieg. O tym jak z dnia konia szybko może zrobić się kryzys pod ryzykiem zejścia z trasy i o tym jak szybko zrzucić zbędne kilogramy.
O biegu, który nie chciał się odbyć. Niepokorny Mnich był przekładany 3x, ale ostatecznie się udało. Przebiegłem 95 km przez Pieniny w ponad 30 stopniowy upale.
Moje największe biegowe wyzwanie. Przynajmniej do tej pory. Jak się do niego przygotowywałem, jak pobiegłem i jak się czułem po biegu.
Czy jest sens jechać 400km w góry, co zajmuje cały dzień, tylko po to żeby na miejscu przebiec maraton, a kolejny dzień spędzić w drodze powrotnej? Jest bezsens! I właśnie dlatego to zrobiłem!
„Nie ogarniam ludzi którzy biegają ultra przez noc… gdy normalni ludzie idą spać, ci zarywają noc żeby sobie pobiegać… bez sensu… mało to biegów w ciągu dnia jest do wyboru?” – Ja. Jeszcze niedawno.
Kolejna cegiełka w drodze na Barkley. 73,3km oraz 3000m w górę, a potem w dół. Był pot, była krew, były skurcze, nawet łezka się zakręciła. Nie zdradzę, czy dobiegłem w jednym kawałku, musisz przeczytać, żeby się dowiedzieć. Dostałem mocno w kość: zimno, wiało, padało, ale co nas nie zabije… itd.
Moje pierwsze ultra! Jak to się stało, że tłukę teraz setki w górach i bynajmniej nie chodzi tu o pojemność kieliszków.