Winter Trail Małopolska – Zima w Beskidzie Wyspowym

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Daniel Pluta
Taką zimę to ja lubię!
Z perspektywy czasu uważam, że to jest najlepiej zorganizowany bieg, w jakim miałem przyjemność uczestniczyć. Kameralna impreza, co oznaczało samotny bieg w zimowej aurze przez większość czasu. Ostatnia godzina to bieg po ciemku, w lesie, przy padającym śniegu. Fenomenalne doświadczenie. Dopisało wszystko, nawet pogoda. Chętnie tu kiedyś wrócę, chociaż muszę przyznać, że Winter Trail Małopolska mocno wypruwa z energii.

Przygotowania

6 Lipca 2018

Idę na pierwszy rozruch po Supermaratonie Gór Sotołowych. Nadal nie do końca chce mi się wierzyć, że tydzień temu przebiegłem swój pierwszy ultramaraton. Jestem ultrasem! Niezły kosmos. Pan od w-fu raczej by się nie spodziewał. Zresztą, chyba mało kto by się spodziewał. A tu taka niespodzianka. Mało tego, SGS pobiegłem bardzo przyzwoicie jak na debiut. Obyło się bez skurczów, przynajmniej tych większych. Bardziej dolegały mi kolana. Niemniej mam wrażenie, że już się zregenerowałem i mogę dalej kopytkować. Kolejny przystanek to Małopolska Winter Trail, ale o tym dowiem się dopiero za jakieś 3 miesiące.

Niestety, startując w Górach Stołowych, nie wziąłem pod uwagę jednej rzeczy. To wciąga. W tym momencie jeszcze nie zdaję sobie sprawy z tego jak bardzo. Przekonam się już niedługo. Niemniej po udanym krótkim rozbiegu, zaczynam zastanawiać się na dalszym planem gry. Do tej pory zakładałem, że po starcie na Supermaratonie odpocznę, a do kolejnego ultra podejdę w nowym sezonie.

A gdyby tak zakończyć bieżący rok jakimś ultra? Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc musi być coś większego. Hmmm… ziarenko zasiane. Poszukam. Zobaczę co jest na półkach w sklepie, może się coś wybierze.

8 Października 2018

Szukam i szukam, ale nic mi nie odpowiada. Fakt, wybredny jestem, więc mam wrażenie, że spośród tego co zostało na koniec roku, nie idzie wybrać nic sensownego. Wszyscy jarają się Ultramaratonem Bieszczadzkim, ale po pierwsze to jest już za 5 dni, a po drugie nie odpowiada mi żaden dystans. 52km nie chcę biec, bo to mniej niż SGS, natomiast, powiedzmy sobie szczerze, na 90km jestem zbyt miękką frytą. Może kiedyś? Na pewno jeszcze nie teraz. W innych imprezach też bez problemu znajduję coś, do czego mogę się przyczepić. Szukam dalej.

I nagle, gdzieś w gąszczu kolejnych biegowych newsów, znajduję informację o jakiejś imprezie w Małopolsce.

Winter Trail Małopolska zapisy
W końcu coś dla mnie!

Winter Trail Małopolska? Co to takiego? Nie znam. Ale dystans 64km to mniej więcej to czego szukam. Trzeba się będzie pośpieszyć, skoro zostały tylko 3 pakiety. Czytam dalej na ich stronie coś więcej o samej imprezie. Przy interesującym mnie dystansie widnieje informacja o przewyższeniach. 4000m w górę i w dół. Na szczęście jestem jeszcze przysłowiowym ultra-Januszem i nie bardzo jestem w stanie określić czy to dużo czy nie. Ileśtam. Ważne, że więcej niż na SGS.

Dla porównania dodam, że w Górach Stołowych łączna suma przewyższeń wyniosła 2500m, a dystans był zaledwie 7km krótszy. Ilość metrów do pokonania w górę i w dół na Winter Trail Małopolska jest taka sama jak na Ultramaratonie Bieszczadzkim, ale na dystansie 90km. Innymi słowy, zapisałem się na bardzo przyzwoitą wrypę. I to jeszcze w zimie. Na szczęście nie zdaję sobie jeszcze z tego sprawy, więc zupełnie mnie to nie zniechęca. Nastawiam przypomnienie w telefonie, zamierzam się zapisać i pobiec Winter Trail Małopolska na zamknięcie sezonu.

9 Października 2018

Wybija 8 rano. Wchodzę na stronę główną organizatora. Nagłówek krzyczy do mnie: “Winter Trail Małopolska: Czy się odważysz?!”. Chwila zawahania. Brzmi jak jakieś ultra wyzwanie. Może to jednak jeszcze nie dla mnie? Może lepiej poszukać czegoś innego? Czegoś łatwiejszego? Czym prędzej otwieram formularz zapisów, podaję swoje dane i klikam “zapisz się”. Przyklepane. Na dobrą sprawę nie trzeba było się aż tak spinać. Zapełnienie listy dodatkowych 3 miejsc trwa ponad godzinę. W tym czasie informuję małżonkę o wspólnym wyjeździe w Beskid Wyspowy pod koniec roku. Taki przedłużony weekend sobie zrobimy. Poza tym czytam coś więcej o samym biegu. Dobrze wiedzieć, z czym przyjdzie mi się zmierzyć.

Winter Trail Małopolska profil trasy
Profil trasy Winter Trail Małopolska 64

Sam bieg startuje o 7 rano, co jest dobrą wiadomością, bo zdecydowaną większość trasy pokonam za dnia. Tak naprawdę to chciałbym go ukończyć przed zmrokiem, ale nie wiem czy dam radę. Fani prześcigają się komentarzach zagrzewających do samej imprezy. Pojawia się też wielokrotnie hasło “Szczebel”. Jedni nim straszą, inni wspominają jako niezapomniane przeżycie. Z pomocą Google’a szybko rozszyfrowuję tę mini zagadkę. Ten cały Szczebel to jeden ze szczytów na trasie. Niecałe 1000m wysokości. Phi. Widziałem już wyższe. Czego tu się bać? O tym przekonam się już za 2 miesiące. I to dwa razy, bo Szczebel na mojej trasie będzie trzeba pokonać dwukrotnie.

13 Grudnia 2018

Na stronie imprezy pojawia się odprawa online. Półgodzinny filmik, na którym organizator Winter Trail Małopolska mówi, co wolno, a czego nie wolno. Na co zwrócić uwagę, jaki jest harmonogram zawodów, przypomina wyposażenie obowiązkowe itd. W skrócie, są tam wszystkie potrzebne informacje i odpowiedzi na większość potencjalnych pytań. Dla mnie to jedno wielkie WOW. Być może na innych biegach jest podobnie, niemniej w moim przypadku to pierwsza taka akcja. Można sobie na spokojnie obejrzeć ten filmik w domu, zweryfikować czy wszystko wzięło się pod uwagę. Informacje są konkretne, więc od razu wiem czy jest jakiś aspekt, o którym zapomniałem przygotowując się do biegu.

Winter Trail Małopolska odprawa
Tak właśnie wygląda profeska organizacyjna

Zachwycony przebiegiem spraw przygotowuję batoniki energetyczne własnej produkcji. Uznałem, że lepiej postawić na swoje, niż na kupne. Przynajmniej będę miał pewność co jest w środku. Gdy kończę, zauważam powiadomienie o otrzymanym mailu od Fundacji 4 Alternatywy, czyli organizatora biegu, a w nim zapis tekstowy odprawy online. Wszystko mogę zweryfikować jeszcze raz, na spokojnie, odhaczyć punkt po punkcie. Do tego dostaję dokładną lokalizację startu, mety oraz wszystkich punktów odżywczych, które mogę przekazać małżonce, żeby mogła mnie znaleźć w czeluściach Gorców i Beskidów. Do tego mapki, wskazówki jak dojechać, no wszystko. Nie przychodzi mi do głowy żadne dodatkowe pytanie jakie można jeszcze zadać. Naprawdę chylę czoła przed organizatorami Winter Trail Małopolska.

Rodzina spakowana. Po weryfikacji z odprawą online, jestem przekonany, że na bieg mam wszystko przygotowane i zapakowane. Z czystym sumieniem możemy ruszać w drogę.

14 Grudnia 2018

Wyjeżdżamy do Mszany Dolnej. Nocleg mamy zarezerwowany w pensjonacie Szczebel. Niestety aż 3,5km od startu, co oznacza całkiem sporą rozgrzewkę przed startem. Nie jestem przekonany czy po ciemku, na mrozie to będzie dobry pomysł, ale za bardzo nie mamy wyboru. Ktoś przecież musi zostać z dzieckiem.

Na miejscu dostajemy całkiem przyzwoity pokój, oczywiście na piętrze. Na tym etapie mojej kariery ultrasa jeszcze nie wiem, że przy rezerwacji należy prosić o pokój na parterze. To dopiero moje drugie ultra, więc cały czas się uczę. Tę lekcję odrobię dopiero dzień po, kiedy trzeba będzie zejść na śniadanie. Jeszcze nie wiem, że będzie bolało.

Okolica jest spowita śniegiem, więc Leon też będzie miał swoje mini wakacje. Ja z kolei cieszę się zimową aurą, która czeka na mnie gdzieś na szlakach w górze. Jeszcze bardziej pozytywnie nastraja przedstartowy komunikat ze strony organizatora Winter Trail Małopolska.

Winter Trail Małopolska komunikat przedstartowy
A na trasie będzie tak!

Śledzę komentarze pod tym postem i dowiaduję się, że w takich warunkach wejście na Szczebel to będzie wycisk. Co oni tak z tym Szczeblem? Ktoś tam kłody pod nogi rzuca na podejściu czy co? Sprawdzam jeszcze raz profil trasy. Wychodzi jakieś 650m pod górę, żeby wdrapać się na ten szczyt, na około 3km odcinku. Za dobrze tego nie widać z profilu trasy, ale umówmy się, są ostrzejsze podejścia na świecie. Chyba trochę przesadzają. Nie może być aż tak źle. Zresztą przekonam się już jutro.

Zostaje jeszcze tylko pakowanie sprzętu. Potem trzeba już iść spać. Próbuję upchać wszystko w mój nowy nabytek, czyli plecak biegowy Grivela. Pojemność tylko 5l, ale niezliczona ilość kieszonek zewnętrznych pozwala na zabranie naprawdę wielu rzeczy. Choć jako początkowy ultras, samego sprzętu nie mam jeszcze zbyt dużo. Głównie to jedzenie, bo co jak co, ale zjeść to Pluta lubi.

Jedyne co mi się nie mieści to kurtka biegowa. Zresztą to tak na prawdę nie jest kurtka biegowa, tylko jakiś softshell, który służy mi już dobre kilka lat. Swoją funkcję nadal spełnia doskonale, ale złoty wiek ma już dawno za sobą. Technologia jest mocno przestarzała, więc przypomina on trochę skarpetę narciarską sprzed 20 lat. Jest po prostu strasznie gruby. W plecak nie wejdzie, tu nie mam złudzeń, a zabrać go muszę, bo jest w wyposażeniu obowiązkowym. Ostatecznie przyczepiam softshell do pasów na zewnętrznej stronie plecaka. Cały oczywiście się pod nimi nie mieści. Trochę dynda, ale trzyma się.

Wszystko zapakowane. Ustalamy, że Paula podrzuci mnie na start. 3,5km z samego rana na mrozie to z mojej perspektywy nadal sporo, jeśli potem mam jeszcze gonić 64km po górach. Mam też nadzieję, że dzięki temu nie zmarznę tak bardzo. Nastawiam budzik na 4:45 i idę spać.

15 Grudnia 2018

Dzwoni alarm. Gdybym wstawał do roboty, pewnie byłoby ciężko, ale że idę pobiegać, to wyskakuję z wyra zwarty i gotowy. Ogarniam się do biegu, przygotowuję kilka kanapek z dżemem jako dobry podkład na początek wysiłku. Żona wstaje kilkadziesiąt minut po mnie. Razem ubieramy śpiącego młodego w kombinezon. Dobrze, że sen ma po ojcu. Bomba atomowa by go nie ruszyła, więc zwykłe ubieranie też nie przeszkadza mu w kontynuowaniu snu. Gdy wszystko mamy gotowe, przerzucam juniora przez ramię po strażacku, Paula bierze mi większość sprzętu i punktualnie o 6 rano schodzimy do samochodu.

Ciemno wszędzie. Głucho wszędzie. Mrozek szczypie w nos. Trzeba oskrobać szyby. Kurde, tego nie wziąłem pod uwagę przy wyliczaniu czasu przed startem. Leon, nadal niewzruszony całym ambarasem, na luzie daje się zapiąć w foteliku i drzemie dalej. Ja na szybko przygotowuję szyby i już po chwili jesteśmy w drodze.

Podróż nie trwa długo, bo to zaledwie 2 km. Dojeżdżamy do zjazdu na bazę Lubogoszcz. Dalej jechać się nie da. Żegnamy się czule, ja zostaję sam w ciemnej nocy, a Paula wraca z synem do ciepłego i przyjemnego pensjonatu pospać przynajmniej do świtu, jak cywilizowany człowiek.

Przede mną półtorakilometrowe podejście o nie mam pojęcia jakiej różnicy wysokości. W oddali widzę dwie czołówki, więc przynajmniej mam pewność, że tędy prowadzi droga na start. To muszą być inni zawodnicy. Nikt normalny nie szedłby tędy o tej porze. Ruszam i ja. Wdrapanie się na górę zajmuje mi dobre 15 minut. Czuję, że rozgrzewkę mam już zaliczoną. Nawet nie jest mi zimno, mimo że na sobie mam tylko koszulkę i bluzę. Kieruję się do biura zawodów odebrać swój pakiet startowy i zdać depozyt.

Pozycje obowiązkowe ogarnięte. Mam swój numer startowy i mam się w co przebrać jak dobiegnę na metę. Teraz czas na zwiedzanie. Tłumów nie ma. Impreza raczej kameralna. Uczestników jest około setki. Niemniej muzyka gra i huczy. Jest nawet foodtruck, z którego chętnie korzystam, bo te małe kanapeczki, które pochłonąłem po przebudzeniu się, bardziej mnie rozdrażniły, niż cokolwiek głodu zaspokoiły. Przy okazji w duchu błogosławię organizatorów jeszcze raz, za to, że przypomnieli mi o zabraniu drobnych na ewentualne wydatki.

Winter Trail Małopolska start
Foodtruck na szczycie góry o 6:30 rano? Takie rzeczy tylko na Winter Trail Małopolska

Powoli zmierzam na linię startu. Miejsce, z którego będziemy ruszać jest ogrodzone z każdej strony. Jedyne przejście jest przez wąską bramkę przy której stoi obsługa i weryfikuje wyposażenie obowiązkowe. Większość mam na wierzchu, ale muszę jeszcze pokazać dowód i folię NRC. Tłumaczę, że mam na dnie plecaka, ale jeśli ruszę tą znakomitą konstrukcję, którą sam zaprojektowałem, to potem już kurtki tak łatwo nie zapakuję. Nie możecie mi uwierzyć na słowo? Nie. Pliz? Nie. No to kopię w tym plecaku jak szop w śmietniku. Po chwili wyciągam poszukiwane fanty i macham nimi zwycięsko, jakby to były bilety na lożę VIP na finał Ligii Mistrzów, a obsługa kiwa głową, podnosi kciuk do góry i wzywa kolejnego petenta. Ja natomiast dostaję lokalizator GPS i pozwolenie na wejście do strefy startu.

Szybki rzut okiem na moich konkurentów pozwala mi stwierdzić, że jestem wśród grupki niewielu osób, które nie mają kijków. Zastanawiające. Dopiero teraz zapala mi się lampka, że te 4000m w górę i w dół chyba oznacza mocne wyzwanie. Może trzeba było również zainwestować we wspomagacze na podejściach? Z drugiej strony są też ludzie w krótkich spodenkach. Może jednak nie zawsze trzeba brać przykład z innych. Teraz to już i tak za późno, więc muszę sobie radzić z tym co mam. W trakcie wyjdzie, co trzeba będzie poprawić na kolejny raz.

WTM start
Już za chwileczkę, już za momencik…

Zostało 15 minut do godziny zero, a ja muszę jeszcze upakować z powrotem swoje manatki. Rozkładam się na środku placu i walczę z softshellem. Jak ja go poskładałem wczoraj? Może tak? Nie, rękawy zwisają za bardzo. To może tak? Też nie, bo się ześlizguje. Zostało mi 5 minut. Zaczynam odczuwać presję. Kurde, jak to było? Za gruba jest ta kurtka, nie mieści się w ten plecak! Ale przecież od wczoraj nie urosła. Walczę, walczę, ale dłonie już mam zmarznięte w kość, a Paweł Derlataka, ojciec dyrektor tej imprezy, zapowiada, że już za chwilę odpalamy wrotki. Trudno, już za mało czasu. Robię ostatnie podejście do sensownego zawieszenia kurtki. Chyba nawet się trzyma. W tym samym momencie rozradowany tłum rozpoczyna skandowanie odliczania.

10… 9… Sprawdzam lewą ręką czy kurtka się nadal trzyma, co wcale nie jest łatwe z założonym plecakiem i zmarzniętymi palcami. Niemniej czuję, że softshell wisi. 7… 6… 5… Sprawdzam to samo z prawej strony. Psia dupa, rękaw jeden zwisa za bardzo. Oby tylko cała nie wypadła, bo przecież nie poczuję tego. 4… 3… 2… Zaciskam kciuki. Pliz, pliz, pliz…. niech nie spadnie przez pierwsze 64 km… 1… OGNIA!!!!

Winter Trail Małopolska

BAZA LUBOGOSZCZ -> LUBOMIR

Ruszamy! Wszyscy zgrzani, z uśmiechami na twarzach łączą się w okrzykach bojowych, a ja z pomiędzy nich wychwytuję “Ej! hej! Kurtka! KURTKA!!!” Odwracam się i widzę mój softshell kilka kroków za mną. Znakomity start… Cofam się i wiążę na szybko kurtkę rękawami. Po chwili wracam na trasę na zaszczytnym przedostatnim miejscu. Pocieszam się, że zawsze może być gorzej.

Przyjmuję pozycję bojową i ruszam do ataku, żeby odzyskać kilka pozycji. Zaraz po wyjściu z Bazy Lubogoszcz trasa odbija w prawo na czarny szlak. Wąską ścieżką pniemy się dobre 300m pod górę. Dobra rozgrzewka, od razu robi się cieplej. W takich warunkach wszyscy idą gęsiego wykopanym przez pierwszych “spychaczy” kanałem w śniegu. Wszędzie obok biały puch sięga kolan. Ponieważ jestem gamoniem i musiałem ruszyć na samym końcu, przed sobą mam ultrasów turystów, którym nigdzie się nie spieszy. Ta kategoria systematyczna znajduje się gdzieś obok wycieczki krajoznawczej. Idą sobie spokojnym krokiem podziwiając piękno przyrody i kontemplując nad wspaniałymi okolicznościami w jakich przyszło nam się mierzyć z trasą.

Ja natomiast wpisuję się w zupełnie inny takson. Podziwiać przyrodę to mogę na spacerze z rodziną, a tutaj chcę cisnąć ile fabryka dała. Chcę się sprawdzić w boju. Zobaczyć na ile mnie stać w takim wyzwaniu. Zatem korzystam z okazji, że nikogo za mną nie ma, robię pamiątkowe selfie i biorę się za odrabianie strat.

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Daniel Pluta
Biało wszędzie

“Przepraszam” nie działa. Ci których chcę minąć zwyczajnie nie mają gdzie się przesunąć. To ja muszę się wysilić i minąć ich po zewnętrznej. Sadzę więc zajęcze susy, kopiąc nowy kanał w białym puchu, równoległy do tego, którym idą wszyscy zawodnicy i czuję jak śnieg wsypuje mi się do butów już po kilku skokach. Na drugim kilometrze mam już zupełnie przemoczone buty. Przynajmniej udało się wyminąć wycieczkę krajoznawczą, a stawka znacznie się rozciągnęła, więc wyprzedzanie kolejnych zawodników jest znacznie łatwiejsze.

Robię dalej swoje. Dobiegamy do 6. kilometra, gdzie GOPR-owcy zachęcają nas do walki. Słyszę od nich, że meta jest już niedaleko i można już grzać. No to uruchamiam swoje naturalne dopalacze w postaci własnoręcznie przygotowanych batoników energetycznych i dorzucam trochę mocy do pieca. Teraz mogę grzać.

Przepis na batoniki dostałem od znajomego. W zasadzie są banalnie proste. Pieczone bataty, pasta tahini, masło orzechowe, mielone migdały, wiórki kokosowe i nasiona chia. Wszystko zmieszane razem w jakiś cudowny sposób trzyma się formy batonika, zawiniętego w papier do pieczenia. Dobrze wchodzą i mają dużo kalorii.

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Daniel Pluta
fot: Kuba Bednarz

W ten sposób, systematycznie łykając kolejnych zawodników powoli dochodzę do Gościńca Pod Lubomirem. Tutaj wstępnie umówiłem się z małżonką. Ma przyjechać z Leośkiem, żeby wesprzeć mnie w moich zmaganiach. Problem tylko w tym, że ostatni kilometr przed punktem odżywczym prowadzi drogą, którą Paula musiałaby wjechać autem. Cała ulica pokryta jest cienką warstwą lodu, na który spadło trochę świeżego śniegu. Do tego jest pod górę. Ja biegnę poboczem, żeby nie ślizgać się, ale wjazd tutaj samochodem bez łańcuchów mógłby być problemem.

Dzwonię do żony i pytam jaki mają status. Zbierają się właśnie. Tłumaczę jakie są warunki. Według mnie nie ma sensu, żeby się tu fatygowali. Tym bardziej, że ja na punkcie odżywczym będę za kilka minut, a jeśli oni się dopiero zbierają, musiałbym na nich trochę poczekać. Ok, w takim razie oni idą na sanki. To oznacza, że do Lubienia również nie przyjadą, bo to zaledwie 10 km dalej, więc nie zdążą wybawić się na śniegu. Dobra, zatem widzimy się w Rabce jakoś po 14. Buźka!

LUBOMIR -> LUBIEŃ

Wbijam na punkt odżywczy. Od razu doskakują do mnie wolontariusze. Co podać? Co polać? Zupkę zjesz? Zupkę! O tak poproszę! Przyglądam się organizacji. Chłopaki i dziewczyny uwijają się jak pszczoły w ulu. Bardzo chętnie pomagają. Wyciągają mi dodatkowe batoniki z plecaka, dzięki czemu nie muszę go zdejmować. Sprawdzają czy kurtka dobrze się trzyma. O dziwo dobrze wisi. Każą jeść dużo, żeby mieć siły na Szczebel. Tam to dopiero ma być ogień. Nawet pamiątkową fotkę do rodzinnego albumu mi robią.

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Lubomir Daniel Pluta
Pierwszy punkt odżywczy na Winter Trail Małopolska w Gościńcu Pod Lubomirem

Z radością uzupełniam bidony gorącą herbatką. Na dnie jeszcze miałem jakieś resztki, ale na mrozie szybko stały się strasznie zimne. Łyk takiego lodowatego napoju nie należy do najprzyjemniejszych, zwłaszcza na chłodzie. Ale jak się nie ma co się lubi…. Przy wlewaniu herbaty przez przypadek nie trafiam w bidon i wylewam sobie wrzątek na rękę. O dziwo nawet nie parzy. Jednak rękawiczkę mam zupełnie mokrą. Trochę słabo, ale cóż mogę zrobić. Wyżymam resztki herbaty, ubieram się z powrotem i ruszam w trasę.

Zanim udaje mi się wrócić na obroty mijają dobre 4 kilometry. Najbardziej doskwierają mi dłonie. Ogrzane ciepłą zupką i herbatą, teraz muszą zmierzyć się z ujemną temperaturą. Skostniały mi zupełnie. Zresztą jedna rękawiczka nadal jest mokra, co tym bardziej uprzykrza mi bieg. Zaczynam ściskać i rozwierać palce u rąk, żeby poprawić krążenie i ogrzać się mechanicznie. Idzie dosyć opornie, ale po kilkudziesięciu minutach zaczynam odzyskiwać czucie.

Na tym etapie herbata wlana na punkcie odżywczym jest zaledwie letnia. Dodatkowo gębę mam przemarzniętą i rozgryzienie miękkich batoników to już nawet wyzwanie. Bardzo ciekawe doświadczenie. Siły jeszcze są, ale pogoda robi swoje. W takich warunkach jeszcze nie walczyłem. Już powoli pojawiają się pierwsze myśli czy to był dobry pomysł, żeby wziąć udział w tej imprezie. A ja nie jestem nawet w połowie trasy. No ładnie. Dobry wycisk. Na szczęście do punktu odżywczego zostało mi niecałe 5 km, a trasa prowadzi głównie z górki. Gdzieś na podejściu na Kiczorę atakuje mnie jeden z fotografów imprezy.

Winter Trail Małopolska TeamPlutt  Daniel Pluta
fot: Robert Zabel

Ze szczytu górki zbiegam w dół. Mój Garmin twierdzi, że jestem prawie w połowie trasy, na 31. kilometrze. Orientacyjna mapka podaje, że na tym samym kilometrze jest punkt odżywczy. Coś tu się nie spina i najprawdopodobniej jest to mój zegarek. Muszę pokonać jeszcze dwukilometrowy zbieg, zanim odpocznę na kolejnym pit stopie.

Ruszam w dół. Zejście jest dosyć agresywne. Około 200m różnicy poziomów na każdym kilometrze. Leci się dobrze, ale do zmarzniętej gęby, dłoni i nóg dochodzą pierwsze bóle nóg. Zmęczenie szybko zamienia się w pierwsze skurcze, które nakazują mi mały przystanek na końcówce zbiegu. Staję tyłem do stoku i rozciągam łydki z nadzieją, że nie jest to jeszcze moje fatality rodem z Mortal Kombat. Ciśnienie ze mnie schodzi wprost proporcjonalnie do tempa w jakim odpuszczają bóle mięśni. Rzeczywiście, okazało się, że to jeszcze nie jest duże obciążenie i po kilku chwilach mogę kontynuować bieg.

Docieram do końca zbiegu i widzę tabliczkę z informacją, że pieczone ziemniaki będą już za 300m. Nareszcie. Niby tylko 10 km od poprzedniego punktu odżywczego, ale jakoś mocno mnie to sfatygowało. Poza tym jest mi zwyczajnie zimno. Wyobrażam sobie jakiś ciepły namiocik, do którego będzie można wejść i chwilkę się ogrzać. Ciepła herbatka, może nawet jakaś zupka. Pewnie będzie można usiąść na chwilę na czymś suchym. Jes pliz! Już do was lecę!

Po 300m, przynajmniej według mojego Garmina, docieram do kolejnej tabliczki z informacją, że jeszcze tylko 200m. Serio? Coś tu się chyba nie zgadza. Wiem, że górskie metry to inaczej się liczy, ale bez przesady. Wolałbym manko w drugą stronę. Zaciskam zęby i pociągam nogę za nogą. Mijam jeszcze kilka takich drogowskazów, aż ostatecznie po prawie kilometrze docieram do punktu odżywczego w Lubieniu.

300m… Dobre sobie… Nie wiem, czy to mój GPS tak szwankuje, czy tabliczki były rozwieszone na oko. W sumie to już nieistotne. Ważne, że można odsapnąć. Niestety checkpoint wygląda zgoła inaczej niż w moich wyobrażeniach. Nie ma namiotu. Nie ma suchej ławeczki. Na początku minka mi rzednie, ale wolontariusze szybko poprawiają mój wyraz twarzy. Jak zwykle skaczą wokół mnie. Usiądź przy ognisku, zagrzej się, odpocznij, ziemniaczka Tobie podamy, powiedz co się napijesz. Uwielbiam ich. Przysiadam na moment, żeby dać odpocząć sfatygowanym mięśniom i chętnie korzystam z pomocy.

WTM TeamPlutt Lubień punkt odzywczy
fot: Robert Zabel

LUBIEŃ -> RABKA-ZDRÓJ

Siedzę przy ognisku, grzeję łapki, prowiant mam uzupełniony. W międzyczasie dogania mnie dwóch kolesi. Łapią po garści bakalii i ruszają dalej w drogę w kilkudziesięciumetrowym odstępie. To chyba znak, że czas najwyższy się zbierać. Pięknie dziękuję wolontariuszom za pomoc, przybijam piątkę, buziaka odpuszczamy, głownie dlatego, że obok mnie stoi jakiś młody chłopaczek, następnie ruszam przed siebie na to słynne wyzwanie Winter Trail Małopolska. Przede mną 6km pod górę na Szczebel. Na odchodne słyszę jak wolontariusze życzą mi powodzenia, bo teraz to będzie niezły wycisk.

Wybiegam z Lubienia i gonię wspominanych wcześniej dwóch kolesi. Znowu mam ten sam problem z dłońmi, z tym że przy okazji przelewa się on na całe ciało. Ogrzane przy ognisku, następnie wystawione na mróz bardzo daje mi znać o tym jak nieprzyjemnie jest na zewnątrz. Zagryzam zęby, przebiegam przez mostek nad Rabą, następnie w Kaletach przechodzę przez drogę wojewódzką i gonię rywali. Efekt leminga zadziałał doskonale. Ten przede mną bezmyślnie poleciał za pierwszym, a ja równie inteligentnie za tłumem. Żeby nie było, jeszcze dwóch zawodników za nami, również leci naszymi śladami. Po jakichś 200m pierwszy ogarnia się ten na przedzie, że najwyraźniej coś tu nie gra. Zatrzymuje się, więc my we dwóch również. Każdy sprawdza trasę i nagle w powietrze leci potrójna kurwa. To nie tędy. Nawrotka. Żeby zaoszczędzić kolejne 200m, nie wracamy już do drogi wojewódzkiej, tylko lecimy na skróty przez krzaki.

Idzie opornie, ale to zaledwie kilkaset metrów i po chwili wracamy na prawidłową trasę. Jestem na czarnym szlaku, który prowadzi na sam szczyt. Teraz nie da się już zgubić. Można iść tylko pod górę.

Miejscami jest tak stromo, że pomagam sobie rękami, podpierając się o leżące na ziemi kamienie. Spod śniegu wychodzi podmarznięte błotko, przez co nogi trochę mi się ślizgają. Niemniej zaciskam zęby i prę. Naprawdę nie jest aż tak tragicznie. Potrafię sobie wyobrazić większe bęcki. Zresztą widać to na międzyczasach. Mocno zwalniam, mniej więcej do 15min/km, ale nie czołgam się. Kilka razy przystaję na chwilę, żeby złapać oddech i żałuję, że nie wziąłem ze sobą czujnika tętna. Pewnie wyszłoby w okolicach HRmax. Niemniej jakieś 30 minut po południu, zmęczony i zziajany stwierdzam, że nie taki Szczebel straszny, jak go rysują.

WTM TeamPlutt Szczebel
fot: Kuba Bednarz

Po chwili oddechu skręcam na zielony szlak w kierunku Przełęczy Glisne. Teraz czeka mnie 400m w dół, a następnie tyle samo pod górę, żeby wejść na Luboń.

Zbieg pokonuję w miarę na luzaku. Jest dużo miękkiego śniegu, więc można cisnąć bez obawy, że wywrotka skończy się bliskim kontaktem zębów z kamieniami. Oczywiście zawsze może coś wystawać spod śniegu, ale wliczone jest to w ryzyko biznesowe. Cisnę raczej na pewniaka. Jednak radość nie trwa długo. Już po chwili muszę zmierzyć się z kolejnym podejściem. Różnica poziomów wprawdzie jest dwa razy mniejsza niż w przypadku podejścia na Szczebel, ale ja jestem już mocno zmęczony i to właśnie ten fragment daje mi najbardziej w kość. Dwukilometrowy odcinek pokonuję w tempie ponad 20min/km. Szału nie ma, ale robię co mogę. Może te kijki to nie taki zły pomysł? Muszę się rozejrzeć za tym wynalazkiem. A teraz, cóż, trzeba sobie radzić.

Z wielkim trudem docieram do schroniska PTTK na Luboniu i trochę żałuję, że nie ma tu punktu odżywczego. Nie mam już ciepłej herbaty. Zostały mi jakieś resztki w bidonach, ale jest zbyt zimna. Nie mam na nią ochoty. Bez zastanowienia ładuję się do schroniska i zamawiam czaj. Trochę czasu zajmuje mi wykopanie skostniałymi paluchami drobnych, ale ostatecznie się udaje. Przy okazji utwierdzam się w przekonaniu, że kurtka nadal dobrze się trzyma plecaka. Całe szczęście, bo od jakiegoś czasu zupełnie zapomniałem sprawdzać czy nadal mam ją przy sobie.

Nie siedzę w schronisku długo. Boję się, że zbyt się zagrzeję i znowu będzie mnie telepać na dworze. Niestety ten krótki pobyt w zupełności wystarcza, żeby poczuć przyjemny komfort, który natychmiast znika po wyjściu na zewnątrz. Wiatr przebiega mi po grzbiecie i daje do zrozumienia, że trzeba było zostać w schronisku i sobie odpuścić. Terefere. Jeszcze nie płaczę. Dam radę. Zbieram się w sobie i zbiegam do Rabki. Przynajmniej jest z górki, więc biegnie się w miarę lekko, ale przez to przywrócenie krążenia również trwa odpowiednio dłużej. W zasadzie to czucie w rękach odzyskuję po mniej więcej pół godzinie. Akurat gdy dobiegam do szkoły w Rabce, gdzie znajduje się kolejny punkt odżywczy.

RABKA ZDRÓJ

Wchodzę do środka. Ciepło! Czaaaaad. Z drugiej strony pewnie znowu będzie ciężko wrócić na trasę. Pomartwię się później. Siadam na suchej ławce. Matko i córko jaki luksus. Jak niewiele mi teraz potrzeba. Wolontariusz wypytuje mnie co podać i w tym samym momencie ktoś krzyczy “zróbcie przejście!” Wchodzi Paulina. Na rękach niesie śpiącego Leona. Zaraz przybiega ktoś z materacem. Tu go połóż. Za moment przyniosę kocyk i coś pod głowę. Może coś do picia chcesz?

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Rabka Zdrój
Najmniejszy ultras świata

Wolontariusze dwoją się i troją, żeby pomóc wszystkim zawodnikom. W tym momencie w Rabce było nas kilku. Mimo to chłopaki znaleźli jeszcze czas, żeby pomóc mojej żonie i poczęstować ją wspomagaczami dla ultrasów. I oni to robią z uśmiechem na ustach. Naprawdę ogromny szacunek dla tych ludzi. Każdy kolejny punkt odżywczy utwierdza mnie w przekonaniu, że wolontariusz to stan umysłu, ale ci w Rabce przeszli moje najśmielsze oczekiwania.

Leon śpi w najlepsze, a my mamy chwilę na zamienienie słowa. Podsumowuję szybko status. Biegnie się dobrze, zimno mi i mokro, nogi już bolą, a palców u stóp nie czuję zupełnie. W skrócie nie jest lekko. Na razie tylko jeden poważniejszy kryzys, a do mety tylko 18km. Nie odpuszczam, lecę do końca. Ogrzeję się po biegu.

W międzyczasie żona podaje mi dolewkę chińskiej zupki i wrzuca do niej kilka kostek sera żółtego. Dżizaz, jak mi smakuje. Coś niesamowitego. Spoglądam na Paulę i widzę wyraz twarzy, mówiący w dużym skrócie “jak ty to możesz jeść?!”. Według niej pachniało obrzydliwie. Dla mnie niebo w gębie. Ale może bardziej chodziło o to, żeby było ciepłe i miało dużo kalorii dzięki serowi i makaronowi? Nieważne. W tym momencie nie wyobrażam sobie lepszego posiłku.

Konsumuję w spokoju, ogrzewając się od środka, a małżonka opowiada, że Leon zasnął jak parkowała auto, więc nie było innej opcji. Musiała go wziąć na ręce i z 14kg obciążnikiem przytruchtać tutaj z parkingu kilkadziesiąt metrów. Taki mini-ultramaraton.

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Rabka Zdrój punkt odżywczy Daniel Pluta
Ciepło, sucho, gorąca zupa. Prawie jak w niebie.

Po kilku chwilach podnoszę obolałe ciało. Buziak mocy daje nadzieję na dotarcie do mety w jednym kawałku. Wychodzę ze szkoły a żona krzyczy za mną, że coś mi odpada. Zatrzymuję się i macam po plecach. Kurtka nadal dobrze się trzyma. Szybko tłumaczę, że tak ma być i zbieram się w dalszą drogę.

Moje obawy przed powrotem na szlak przechodzą w rzeczywistość. Wyjście na mróz to mały szok dla organizmu. Momentalnie odczuwam nieprzyjemne chłodne ciarki na całym ciele. Z powodzeniem mógłbym teraz wystąpić w tej idiotycznej reklamie Mentosów z sutkami długości pierwszej linii Metra Warszawskiego. Pocieszam się tym, że przede mną podejście ponad 500m pod górę, więc powinienem się w miarę szybko rozgrzać. Podnoszę rękę w geście zwycięstwa i na Supermana opuszczam Rabkę. Kurtka robi za pelerynę.

Winter Trail Małopolska TeamPlutt Rabka Zdrój punkt odżywczy
Jestem zwycięzcą!

RABKA ZDRÓJ -> BAZA LUBOGOSZCZ

Słusznie podejrzewałem. Po kilkuset metrach pot z powrotem leje mi się po plecach, kiedy forsuję ponad 500m w górę na Luboń Wielki. Idzie dosyć opornie, ale przynajmniej czucie w dłoniach odzyskuję dosyć szybko. Czas mija trochę milej, bo udaje mi się dogonić innego zawodnika z mojego dystansu. Przez chwilę wymieniamy opinie o pewnej części ciała Maryny, natomiast po chwili mój nowopoznany kolega stwierdza, że się ściemnia i trzeba cisnąć. Wyciągam mu czołówkę z plecaka, żeby nie musiał go ściągać i zostaje za nim w tyle.

Patrzę w górę. Rzeczywiście zmierzcha. A do mety jeszcze całkiem przyzwoity kawałek. Razem minęliśmy już Przełęcz Glisne i rozstaliśmy się gdzieś w połowie drugiego podejścia na Szczebel. Oznacza to, że przede mną jeszcze dobre 11km, zanim będę mógł na dobre odpocząć.

Przebieram nóżkami i po kilkudziesięciu minutach ponownie jestem na Szczeblu. W ostatnich promieniach światła robię zdjęcie przydrożnej kapliczki w imię pomyślnego dotarcia do mety. Tutaj też pojawia się mały problem. Na szczycie należy skręcić w prawo na czarny szklak, ale brakuje dodatkowego oznaczenia taśmami organizatora Winter Trail Małopolska. Być może ktoś je zdjął, żeby było co nieco zabawnie. Tego pewien nie jestem. Tak czy siak pocieszam się w duchu, że dobrze przestudiowałem trasę i trzymam kciuki tych, co są za mną, żeby również pamiętali, by nie polecieć przed siebie na Lubień.

WTM TeamPlutt
W imię szczęśliwego powrotu do domu

Zejście ze Szczebla jest ekstremalnie strome. Momentami sprowadza się do zjeżdżania na tyłku. Nie wiedzieć czemu, w tym momencie zupełnie nie pamiętam o tym, że telefon mam schowany w tylnej kieszeni spodni. Również nie wiedzieć czemu, dotrze on ze mną do mety w stanie nienaruszonym. Czary.

Dodatkowo sprawę utrudnia fakt, że jest już zupełnie ciemno. Przy okazji zaczyna padać śnieg. Włączona czołówka w zupełności wystarcza, bo światło odbija się od wszędzie leżącego śniegu. Niemniej na zbiegach momentami przekraczam trzecią prędkość kosmiczną, a przez wspomniane wcześniej warunki atmosferyczne czuję się jak Han Solo wchodzący w nadprzestrzeń Sokołem Millennium. Śnieg zacinający prosto w twarz spomiędzy drzew wygląda dokładnie tak, jak ujęcia z Gwiezdnych Wojen na filmie George’a Lucasa. Klimat niesamowity.

Adrenalina robi swoje i nawet przez moment nie przechodzi mi przez głowę, że jeśli czołówka mi wysiądzie, albo zdarzy się jakiś wypadek, to będę miał naprawdę przesrane. Z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie próby powrotu z tego miejsca po ciemku. Tymczasem lecę przed siebie z bananem na gębie, ciesząc się, że mogę być częścią tego wydarzenia.

Po kilkudziesięciu minutach docieram do wypłaszczenia terenu i drogi wojewódzkiej w Kasince Małej. Stąd już naprawdę niedaleko. Całe szczęście, bo nogi już mocno dają o sobie znać. Fajnie byłoby trochę odpocząć, ale nie tak prędko. Przede mną jeszcze ostatnie podejście pod górę. Muszę się wdrapać do Bazy Lubogoszcz. Trasa wiedzie jednak trochę na okrętkę, więc zostaje mi do pokonania ponad 2,5km.

Ten ostatni fragment pod górę to prawdziwa droga przez mękę. Zimna już w zasadzie nie czuję. Jest mi ciepło. Jednak nie mam już zupełnie nic do picia. Poza tym jestem zmęczony. Właściwie to nie. Jestem wypruty z energii. Zmasakrował mnie ten bieg. Dostałem mocno w tyłek. Mimo to gdzieś z tyłu głowy chwalę sam siebie, że udało się. Ok, jeszcze nie, ale przecież do mety zostało już tylko kilka minut. Teraz już nie może się nie udać. Dzielę więc skórę na niedźwiedziu, radując się, że pokonałem swój drugi ultramaraton. Zajmuję tym głowę, dzięki czemu czas leci znacznie szybciej.

Po kilku chwilach wybiegam z lasu i jestem na ostatniej prostej do mety. Gdybym miał siłę, próbowałbym teraz finiszować, ale ja mam jedynie ochotę się czołgać. Przynajmniej z uśmiechem na twarzy i nadal dumny z siebie. Druga sprawa, że droga jest pokryta lodem, więc boję się szarżować i raczej stawiam ostrożne kroki. Niemniej ostatecznie po ponad 10 godzinach kończę swoje zmagania z Winter Trail Małopolska!

Winter Trail Małopolska TeamPlutt meta Daniel Pluta
Tak jak wspominałem, jestem zwycięzcą! Ukończyłem Winter Trail Małopolska!

META

Matko, ale jestem styrany. Zatrzymuję się, jeszcze nie zdążam wziąć głębszego oddechu, a już podbiega do mnie ktoś z obsługi i do złudzenia przypomina mi Michela Morana, z tym że zamiast fartucha, żąda ode mnie trackera GPS. Z trudem wykopuję go z plecaka. Mój wysiłek dostrzega ktoś inny. Również podchodzi i oferuje usługę odholowania z mety do ciepłego budynku. Chętnie korzystam.

Wchodzę do biura zawodów. Jak cieplutko. Chyba tu zostanę na dłużej. Siadam na pierwszym wolnym krześle i spędzam tak dobre kilka minut. Dopiero po chwili podnoszę obolały tyłek, odbieram swój depozyt i udaję się po schodkach do piwnicy na podchlapkę.

Woda jest gorąca. Nie potrafię opisać ile przyjemności mi daje. Po 10 godzinach spędzonych na mrozie, wydaje mi się to najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła w życiu. Jest tak dobrze, że nie chcę wychodzić. Siedzę pod prysznicem dobre 15 minut. Udaje mi się odzyskać czucie we wszystkich częściach ciała. Żałuję, że nie mogę zostać tutaj już na zawsze. Jakby podawali jedzenie pod prysznic, to pewnie musieliby mnie stąd z wyciągnąć razem z fundamentami budynku, ale ponieważ nikt tego nie zrobi, sam muszę się udać po jedzenie.

Rozgrzany człowiek, w ciepłym i suchym ubraniu to szczęśliwy człowiek. No prawie. Jeszcze nie może być głodny. Odbieram posiłek finishera. Zimne piwo odpuszczam. Jakoś w tym momencie nadal wolę gorącą herbatkę. Jakiś makaron, nawet przyzwoity, choć być może jestem zbyt głodny, żeby ten aspekt mnie obchodził. Pochłaniam całą michę i dopiero teraz dzwonię do żony i mówię jej, że zaraz będę schodził na dół z Bazy Lubogoszcz.

Zabieram swoje wszystkie manatki i ruszam na najtrudniejszy odcinek Winter Trail Małopolska. Mięśnie mam już zastygnięte, a droga w dół pokryta jest lodem. Do tego wszystkiego znowu jest zimno. Brrrrr… Idę jak paralityk, co chwila potykam się o własne nogi i kilka razy ląduję tyłkiem na ziemi. Naprawdę ciężko jest mi się podnieść. Nogi bolą mnie jak cholera. Przy kolejnym upadku, spada mi czołówka i zaczyna powoli zjeżdżać w dół po lodowisku. Muszę się podczołgać, żeby ją złapać, bo zanim wstanę i do niej dokuśtykam, to ona będzie już na dole. Nie zauważam, że wypada mi jeden z moich bidonów. Zorientuję się dopiero w pensjonacie. A szkoda. Taki był ładny. Dolnośląski…

20 minut, 3 upadki i 1300m później docieram do drogi wojewódzkiej. Żona z Leonem już na mnie czekają, a w samochodzie jest cieplutko. Wturliwuję się do środka i błogosławię podgrzewane fotele. Podkręcam temperaturę na maksimum i znowu jest cudownie.

WTM TeamPlutt Adventure_Globe
fot: Adventure: Globe

DZIEŃ PO

To jest ten dzień, kiedy staram się zapamiętać, żeby następnym razem zarezerwować pokój na parterze. Zejście na śniadanie jedno piętro w dół zajmuje mi dobre 5 minut. Odkrywam też, że najłatwiej schodzi mi się tyłem. Żona się ze mnie śmieje, zresztą nie ma się co dziwić, jakbym widział sam siebie, też bym się pewnie boki zbijał. Tym bardziej, że gdy udaje mi się doczłapać do stołówki, gospodyni z pensjonatu dołącza się do mojej żony i jej podśmiechujek pod moim adresem. Cóż poradzić. Taki urok życia ultrasa. Przynajmniej wdrapanie się z powrotem na piętro idzie mi zdecydowanie łatwiej.

Dzień spędzam raczej na wegetacji, a młody z mamą korzystają ze śniegu. Popołudniem udajemy się na mały spacer, celem rozruszania obolałych mięśni. Lekko nie jest, ale mam nadzieję, że następnego dnia będzie lepiej, bo czeka mnie zapakowanie wszystkich walizek do samochodu. Ta część jest łatwiejsza, ale najpierw trzeba będzie to wszystko znieść po schodach. Już mi słabo jak o tym myślę. Ale i tak było warto przyjechać. Ból przeminie, a chwała pozostanie!

Garść statystyk

WYŻYWIENIE

  • Batoniki energetyczne, które sam zrobiłem – sprawdziły się bardzo dobrze. Ich konsystencja jest dosyć rzadka, więc na nawet na mrozie relatywnie łatwo je pogryźć;
  • Żele energetyczne HoneyPower – fenomenalne. Idealnie mi podchodzą. Próbowałem różnych, jedne za słodkie, inne za rzadkie, a te w sam raz. Konsystencja podobna do marmolady. Nawet nie muszę ich popijać;
  • Herbata słodka w dwóch bidonach – ze względu na długi czas pomiędzy poszczególnymi punktami odżywczymi, herbata szybko robiła się zimna, więc nie chciałem jej pić. Przez to brakowało mi trochę płynów.
WTM TeamPlutt Adventure: Globe
fot: Adventure: Globe

SPRZĘT

  • Plecak Grivel 5l – to jego debiut w mojej karierze ultrasa. Sprawdził się idealnie. Dużo rzeczy do niego napakowałem, nie zmieściła mi się tylko kurtka, ale to ze względu na jej duże gabaryty;
  • Kurtka typu softshell – przysporzyła mi nie lada problemów, a na koniec dnia ani razu jej nie założyłem. Mimo to była w wyposażeniu obowiązkowym, więc i tak musiałem ją mieć. Muszę pomyśleć nad jakimś bardziej kompaktowym rozwiązaniem, żeby następnym razem zmieściła się do tego małego plecaczka;
  • Buty Mizuno Daichi – zaraz po starcie byłem przekonany, że jeśli będę biegł po ubitym śniegu, to nie nasypie mi się do butów i będą suche. Dobre. Zreflektowałem się już po drugim kilometrze, kiedy moje Mizuno były zupełnie mokre. Mimo przebiegnięcia kolejnych 62km, obyło się bez odcisków, pęcherzy i straconych paznokci;
  • Czołówka Petzl Actik – po zmroku uratowała mi tyłek. Dzięki temu, że wszędzie leżał odbijający światło śnieg, latarka dawała wystarczająco światła;
  • Ciuchy – dresiki, koszulka i bluza, a na głowie dwa buffy. Na podejściach w sam raz, nawet za ciepło, ale na zbiegach i po wyjściu z punktów odżywczych jednak za zimno. Ciężko mi znaleźć optymalne rozwiązanie na zimę. Być może trzeba poszukać trochę lepszych ciuchów. Moje są mocno low-cost-owe.

KPI

  • Średnie tempo na trasie wyszło mi na poziomie 9:30min/km,
  • Oznacza to 6,3km/h;
  • Spaliłem około 4000 kcal;
  • Ciężko mi określić ile dokładnie wypiłem płynów, bo nie dopijałem zimnej herbaty z bidonów, a na punktach tankowałem w opór. Na oko wychodzi mi jakieś 4,5 litra;
  • Najszybszy kilometr pokonałem w tempie 4:15 – zbieg z Lubogoszcza
  • Najwolniejszy kilometr zajął mi prawie 23 minuty i nie był to przystanek w punkcie odżywczym tylko podejście do schroniska na Luboniu. Nawet w Rabce spędziłem mniej czasu;
  • Pierwsza połowa trasy miała zdecydowanie mniej przewyższeń i zajęła mi w sumie niewiele ponad 4 godziny. Na drugie 32km potrzebowałem prawie 6 godzin.
WTM TeamPlutt Adventure: Globe
fot: Adventure: Globe

WYNIK

  • Z regulaminowych 100 osób wystartowało 71;
  • 6 osób odpadło na trasie lub nie zmieściło się w limicie 19 godzin;
  • Ukończenie Winter Trail Małopolska zajęło mi 10 godzin i 4 minuty (-17% do zwycięzcy);
  • Zająłem 12. miejsce w kategorii OPEN i 11 w kategorii mężczyzn. Tak, tak, kobieta mnie pokonała i wcale nie jest mi wstyd;
  • Średni czas ukończenia tego biegu to 14 godzin bez 15 minut.

PODSUMOWANIE

Zapisując się na Winter Trail Małopolska nie miałem pojęcia z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Nie polecam tego biegu początkującym. Strome podbiegi i zbiegi nie pozwalają na rozpędzenie się. Dodatkowo zimowa aura również daje odpowiednio w kość. Mi najbardziej doskwierały marznące kończyny, ale to już kwestia indywidualna. Patrząc bardziej obiektywnie, plusy widzę następujące:

  • Odprawa online kilka dni przed biegiem – fantastyczny pomysł. Pozwala na spokojne przemyślenie wielu aspektów. Czułem się znakomicie odprawiony do biegu;
  • Zapis odprawy online wysłany mailem – jak wyżej. Przekazałem żonie i wiedziała doskonale, gdzie mnie szukać, jak dojechać do poszczególnych punktów odżywczych;
  • Tracker GPS – wiem, że coraz częściej to standard, jednak dla mnie to była nowość. Świetna rzecz dla osób towarzyszących. Dzięki temu mogą szybko sprawdzić gdzie jest ich zawodnik;
  • Odprawa na miejscu – bardzo sprawna, dzięki czemu odbiór pakietów z samego rana przed biegiem nie był problemem i nie spowodował opóźnienia startu;
  • Punkty odżywcze – już o tym pisałem, jak zwykle wzorowo, ale checkpoint w Rabce to mistrzostwo świata. Jestem zachwycony podejściem wolontariuszy do zawodników, ale też do osób towarzyszących. Fenomenalna pomoc, za to jeszcze raz stokrotne dzięki;
  • Gorący prysznic po biegu – żeby ten punkt zrozumieć, musisz spędzić te 10 godzin w górach na mrozie. Inaczej się nie da;
  • Pogoda – organizatorzy nie mieli na to wpływu, ale była idealna. Nie za zimno, ale cały czas na minusie, dzięki czemu śnieg utrzymał się na całej trasie, więc edycja zimowa pełną gębą.

Próbuję też znaleźć jakieś minusy, ale nie widzę zbyt wielu. Jedyne co udaje mi się wymyślić to:

  • Oznaczenie trasy po wyjściu z drugiego punktu odżywczego – po przejściu przez mostek przydałaby się strzałka na ulicy. Dzięki temu kilku gamoni, w tym ja, pewnie zorientowałoby się na czas, że należy skręcić w prawo, a nie lecieć prosto na Kalety;
  • Oznaczenie na drugim wejściu na Szczebel – trzeba tam było skręcić w prawo, a brakowało dodatkowego oznaczenia. Obawiam się, że kilka osób mogło się nie zorientować i pogonić przed siebie.

Tyle. A te minusy to i tak według mnie czepliwość. Naprawdę chylę czoła przed organizatorami Winter Trail Małopolska. Odwalili kawał znakomitej roboty. Nie to, żebym był jakimś wielkim wymiataczem, ale kilka biegów już przebiegłem i to co tutaj zobaczyłem to organizacyjne mistrzostwo świata. Polecam każdemu. Mam nadzieję, że będę mógł kiedyś wrócić do Lubogoszcza i zmierzyć się z większym dystansem. Cieszę się, że mogłem wziąć udział w tej imprezie.

Related Post

6 Replies to “Winter Trail Małopolska – Zima w Beskidzie Wyspowym”

  1. A ja biegam po płaskim i narzekam że; deszcz, wiatr a na maratonie wiadukty są i jest ciężko😉. Fajnie poczytać o Twoich cierpieniach to człowiek następnym razem zastanowi się x2 zanim coś pomyśli i powie😂.
    Miejsce w open szacun 👏👏👏 no i świetny, lekki tekst i kopalnia informacji, super👍

    1. Dlatego sobie powtarzam, że zawsze może być gorzej;-) Przynajmniej gradu ani śnieżycy nie było! A miejsce rzeczywiście dobre jak na start z samego końca i drugie ultra:-) Aż żałuję, że nie biegam zawodowo!

  2. Ten bieg był tak dawno, a jednak zapamiętałeś tyle szczegółów! Myślę, że to świetna pomoc dla tych, którzy będą chcieli zmierzyć się z takim wyzwaniem. Dla laików, takich jak ja, to emocjonująca porcja lektury. Gratulacje 🙂

    1. Ciężko zapomnieć taki łomot;-) Cieszę się, że Ci się podobało. Jeśli ktoś, kto nie biega, przeczyta to do końca, to dla mnie jest to największa zachęta, żeby się dalej wyżywać literacko!:-)

  3. Chylę czoła przed tak wielką pasją. Przeczytałam jednym tchem. Świetne wskazówki dla innych odważnych. Ja, choć biegam już od kilku lat, to cały czas mój bieg można traktować bardziej turystycznie. Ciągle czegoś brak aby wejść level wyżej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *