Backyard Ultra – Buddyzm, wojenka i DF

fot: Aneta Mikulska
Procesy fizjologiczne nigdy nie przestaną mnie fascynować. Weźmy takie zapłodnienie. Chmara plemników nastawiona na czystą rywalizację ściera się ze sobą w szaleńczym wyścigu do komórki jajowej. Zwycięzca jest tylko jeden. Najszybszy. Na całą resztę czeka ewentualnie klamka do pocałowania, co już jest upokorzeniem samym w sobie, bo przecież gamety nie mają ust. W życiu bym nie pomyślał, że można to odwzorować w postaci zawodów biegowych, a właśnie ta formuła bije aktualnie rekordy popularności na całym świecie. Nie mogłem się powstrzymać, również postanowiłem się sprawdzić w tej osobliwej odmianie rywalizacji. Przed wami Backyard Ultra.

Prolog

19 Grudnia 1952

Dzisiejszego dnia dr Prakash Hallenberg nie wchodzi do swojej pracowni od razu. Przystawia oko do wizjera, dającego mu obraz całego pomieszczenia i momentalnie odczuwa przypływ adrenaliny. Całe zmęczenie po nieprzespanej nocy odchodzi w niepamięć, a przez jego ciało przepływa dreszcz ekscytacji. Obiekt nr 255, pieszczotliwie nazwany przez naukowca „Dzikiem”, znowu kręci kilometry.

Uśmiech nie schodzi doktorowi z twarzy. W zastygłej pozie przygląda się swojemu „pacjentowi” niczym dumny rodzic będący świadkiem pierwszych kroków syna pierworodnego. Tyle tylko, że Dzik nie stawia swoich pierwszych kroków. Dzik postawił ich już setki tysięcy i nadal nie jest mu mało.

Nie mając świadomości bycia podglądanym, choć zapewne nie przejąłby się zbytnio bezpośrednią obecnością naukowca, pędzi przed siebie ile sił w łapkach. Nie dlatego, że ktoś go wytresował. Nie dlatego, że ktoś mu kazał. Dzik nie ma też potrzeby dbania o swoją formę. Nie jest zawodowcem, nie startuje w turniejach, zupełnie nie obchodzi go aspekt ewentualnej popularności zdobytej znakomitymi wynikami sportowymi. Dzik po prostu lubi biegać.

Gdy kilka chwil później Dzik kończy swój trening, dr Prakash wchodzi do swojego gabinetu. Obiekt 255 stoi przy wodopoju i łapczywie pochłania kolejne łyki wody, podczas gdy naukowiec przystępuje do analizy danych. Uważnie przegląda zapisy z komory metabolicznej. Co chwila mamrocze pod nosem bliżej nieokreślone słowa i kiwa sam do siebie głową w geście zrozumienia ciągu liczb i symboli ciasno zapisanych na raporcie, aż w pewnym momencie z niedowierzaniem opuszcza plik kartek trzymanych w prawej ręce i spogląda na Dzika pytając go swoim wzrokiem: Naprawdę?

Oczywiście mały gryzoń nie czuje na sobie spojrzenia doktora. Zresztą, nawet gdyby tak było, kompletnie by się tym nie przejął. Zrobił swoje, teraz czas na odpoczynek. Tymczasem naukowiec nadal nie dowierza swoim oczom. Ponieważ chomik w żaden sposób nie reaguje na ludzkie zapytanie, dr Prakash przenosi wzrok z powrotem na raport i studiuje go jeszcze raz, chcąc się upewnić, że niczego nie pominął.

Naukowiec z wrażenia siada w swoim głębokim skórzanym fotelu, nadal dzierżąc raport w ręku. 95 ml/kg/min. Nieprawdopodobny wynik. Maksymalny pobór tlenu Dzika był relatywnie wysoki jeszcze przed rozpoczęciem aktywności fizycznej. Gdy dostał kołowrotek, jego wydolność wzrosła bardzo szybko, jednak u wszystkich dotychczasowych obiektów skala kończyła się na poziomie 80-85 ml/kg/min. Ale nie u Dzika. On ładuje dalej. Czy on się w ogóle męczy? Zastanawia się dr Prakash, spoglądając na chomika, który właśnie zasnął w pozycji embrionalnej, wyglądając na uosobienie niewinności i spokoju.

31 Grudnia 1953

Mróz uderza w twarz naukowca, gdy tylko wychodzi z ciepłego pomieszczenia na zewnątrz. Jego policzki natychmiastowo kurczą się wskutek reakcji naczyń krwionośnych na niską temperaturę. Tegoroczna sroga zima nie zna litości i bez opamiętania chłosta zimnem na lewo i prawo, jednak doktora Hallenberga to nie rusza. Już dawno zobojętniał emocjonalnie. Naukowcowi emocje są potrzebne nie bardziej niż znajomość imion sąsiadów czy też zdolności taneczne. Gdyby nie zadanie, które ma do wykonania w tym momencie, być może zatrzymałby się na chwilę i zapłakał. Jednak teraz skupia się na tym, co ważne, nie pozwalając gruczołom łzowym wziąć góry nad sytuacją.

RIP.

Z namaszczeniem wkłada zawiniątko do wykopanego przez siebie grobu. Otulone szczelnie lnianym bandażem ciałko Dzika spoczywa teraz na przemarzniętej ziemi, której rozkopanie wymagało nie lada wysiłku. Na tej ostatniej przysłudze dr Prakash nie szczędził sił. Wiedział, że jest to winien Obiektowi 255. Żaden inny gryzoń nie dostarczył mu tak obszernej dokumentacji medycznej. Żaden inny gryzoń nie był również tak chętny do kontynuowania badań prowadzonych przez naukowca. Dzik spędził pod obserwacją znacznie więcej czasu niż jakikolwiek inny obiekt i nigdy nie miał dość. Aż do teraz, gdy jego czteroletnie ciało zwyczajnie odmówiło posłuszeństwa. Miał dobre życie. Dr Hallenberg traktował go z szacunkiem i dbał o jego zdrowie. Teraz zostaje jedynie podzielić się odkryciami, do których przyczyniły się badania nad Obiektem 255.

Policzek naukowca zaczyna lekko piec. Łza wypływająca z jego oka bardzo szybko krystalizuje się, tworząc mikrodraśnięcia na skórze. Tama pęka. Fabryka rusza pełną parą. Tego malutkiego wodospadu, mającego swoje źródło w gruczołach łzowych, nawet sam naukowiec nie jest w stanie zatrzymać. Nigdy w życiu nie spodziewał się, że z obiektem badań zwiąże go tak silna więź. Nie może tutaj spędzić zbyt dużo czasu, w przeciwnym razie totalnie się rozklei, do czego jest mu już niedaleko. Z trudem zasypuje zwłoki chomika zmrożoną ziemią i wraca do laboratorium.

Powinien już ruszać do domu. Czas zamknąć ten rozdział i iść dalej przed siebie. Ale jeszcze nie. Jeszcze trzeba uzupełnić raport. On odmieni spojrzenie na świat sportowy. To dzięki Dzikowi ludzie dowiedzą się, że pod wpływem intensywnych treningów wzrasta poziom enzymów mitochondrialnych. Innymi słowy, mięśnie nie tylko stają się silniejsze, ale również bardziej wydajne. Zrozumieją też, że pułap tlenowy jest parametrem plastycznym i wymaga ciągłego podtrzymywania, a zaniedbany znacznie szybciej spada, niż się buduje. Zobaczą czarno na białym, że krótkie i intensywne zrywy, nazywane interwałami, są najskuteczniejszą metodą podnoszenia poziomu pułapu tlenowego. Na koniec wpłynie to na diety sportowców, bo w końcu udało się znaleźć naukowy dowód na to, że wytrenowane mięśnie są w stanie pobierać energię ze spalonych kwasów tłuszczowych, co oznacza, że nie tylko glikogen jest w stanie napędzić organizm do odpowiedniego poziomu sportowego.

To wszystko da podstawy pod kształtowanie kolejnych pokoleń sportowców. Podstawy treningu bazowego, periodyzacja i ekonomia biegu nabiorą zupełnie nowego znaczenia. I to wszystko dzięki Dzikowi. Dziękuję. Szepcze naukowiec pod nosem, zamykając opasły tom akt ze swoim zamaszystym podpisem na samym dole. Zamyka oczy, bierze głęboki wdech i uśmiecha się sam do siebie. W myślach powtarza jeszcze kilka razy to magiczne słowo, przypominając sobie małego gryzonia, który nigdy nie wykazał najmniejszego zainteresowania naukowcem, ani też nigdy nie wszedł z nim w choćby najmniejszą interakcję. A mimo to wgryzł się w serce naukowca, pozostawiając na nim krwawą ranę swoim odejściem. Dr Prakash Hallenberg wstaje, gasi skromną lampkę nad swoim biurkiem i nadal z uśmiechem na ustach kieruje się do swojego domu.

1 Stycznia 1954

Dzik spisał się dobrze. Można nawet powiedzieć, że doskonale. Jego forma fizyczna powoli zaczyna się rozpadać, ale przecież to nie koniec świata. Materia wkrótce obróci się w proch, jednak jego Tanhā chce trwać. Buddyści wierzą w siłę pchającą pragnienie istnienia do poszukiwania kolejnego odrodzenia. Nie jest to prosta sprawa. Tanhā nie ma świadomości. Sama chęć dalszego życia to za mało. Trzeba sobie na nie zapracować.

Buddyzm sam w sobie nie daje zbyt dużego pola manewru dla Tanhā uwięzionej w ciele chomika. Podręcznikowo, powinna znaleźć sobie równie bezrefleksyjnego nosiciela, jak w przypadku poprzedniego gryzonia, Na szczęście można skorzystać z pewnych life-hacków umożliwiających awans społeczny, zupełnie jak w pierwszym lepszym korpo.

Za kręceniem kołowrotkiem przez Dzika stało coś więcej niż jego czyste żądze zaspokojenia potrzeb fizjologicznych. Tak, tak, według Maslowa tylko oddychanie, jedzenie, picie, sen i wydalanie to podstawowe potrzeby fizjologiczne, czyli takie, bez których nie jesteśmy w stanie funkcjonować, jednak niejeden ultras zdążył już udowodnić, że Abraham Maslow pomylił się i powinien był umieścić właśnie bieganie jako fundament swojej piramidy potrzeb, ale o tym innym razem. Nabijając kolejne kilometry, Dzik zużywał swoją starą, negatywną karmę, która uwięziła jego Tahnę w ciele gryzonia, a jego śmierć stanowiła jedynie trampolinę do wystrzelenia pędu istnienia gdzieś dalej. Buddyzm zakłada, że strumień świadomości Dzika, tak jak zresztą każdy inny, zawiera nieskończoną ilość wspomnień z poprzednich wcieleń, w tym innych chomików, innych zwierząt, a nawet ludzi. Dzięki obecności dr Prakasha Hallenberga, właśnie teraz spośród gąszczu wszystkich nasion strumienia świadomości uwięzionego w ciele Dzika, na przód wysuwa się uśpione nasienie ludzkiej karmy.

Tanhā nie każe się długo namawiać. Jest niczym gad, który za wszelką cenę chce zaspokoić swój pierwotny instynkt. Chce być. Chce istnieć. Chce trwać. Błyskawicznie wyczuwa parę umilającą sobie sylwestrowy wieczór w Teksasie. Ich pożądanie zdaje się emanować na tyle mocno, że Tanhā Dzika dłużej się nie waha. Napina się do granic możliwości, wypychając strumień świadomości wprost pomiędzy komórkę jajową a zapładniającego ją plemnika.

Krąg się zamyka. Płomień nie gaśnie. Strumień świadomości rozkwita w łonie Florence Earline, a Tanhā napędza rozwój małego Gary’ego, choć to imię padnie dopiero za kilka miesięcy.

Fot: Aneta Mikulska

1970

Strumień świadomości Gary’ego Cantrell’a ma już na zawsze zakodowane działania Dzika i wszystkich poprzednich wcieleń. Tak jak Obiekt 255 doktora Prakasha objawiał ogromne zamiłowanie do przebierania małymi łapkami, tak samo młody Teksańczyk wykorzystuje każdą chwilę na ruch. Ma to wymiar czysto pragmatyczny. Gary biega, żeby zaoszczędzić czas, jednak dla niego to za mało. Boom na bieganie dopiero się rozkręca, więc wschodzącemu ultrasowi brakuje zawodów z prawdziwego zdarzenia. Dlatego już teraz wpada na pomysł prostych zawodów, dających się zorganizować niskim nakładem kosztów, na przykład we własnym ogródku, oczywiście pod warunkiem posiadania ogródka o odpowiednich rozmiarach.

Ameryka od zawsze stawiała na komfort. Głównym przejawem owego komfortu jest rozmiar. Wszak od dawna wiadomo, że wygodniej ogląda się film w wielkim, głębokim fotelu, niż na drewnianym zydelku. Tak samo pokonanie długiego dystansu Cadillaciem Escalade będzie dużo przyjemniejsze niż przejażdżka Daewoo Tico. Łazienkę również łatwiej urządzić, jeśli ma ona 20m2, a nie 4. Zmieści się pralka, suszarka, prysznic, bidet i na upartego zatańczyć jeszcze można. Z tego samego powodu zorganizowanie biegu we własnym ogródku w USA wygląda zgoła inaczej niż w statystycznym gospodarstwie europejskim.

Wprawdzie dla chcącego nic trudnego, co zresztą udowodnił James Page w 2020 roku. Gość trenował ciężko przez 11 miesięcy do maratonu w Londynie, niestety SARS-CoV-2 pokrzyżował mu plany zmuszając organizatorów do odwołania imprezy. Anglik nie chciał, żeby rok jego przygotowań poszedł na marne, dlatego zorganizował sobie maraton we własnym ogródku o obwodzie niecałych 50 metrów. Wystarczyło go okrążyć 873 razy i dumnie zająć najwyższe miejsce na podium w klasyfikacji generalnej lokalnych maratonów w Sidcup w hrabstwie Kent.

Gary Cantrell ma trochę więcej możliwości. Dysponuje ogrókiem o powierzchni 150 akrów, co odpowiada mniej więcej 80 boiskom do piłki nożnej ułożonym jedno obok drugiego. W zupełności wystarczyłoby to, żeby zorganizować bieg o długości 4 mil co godzinę, tylko po to, żeby się przekonać, kto pociągnie najdłużej i ile takich wyścigów wytrzyma. Tym razem jednak na samych planach się kończy. Gary nie wdraża swojego pomysłu w życie, jednak ślad energetyczny tego wydarzenia wsiąka w strumień świadomości na zawsze.

Buddyzm nazywa ten proces Vāsanā, co oznacza dosłownie impregnację. Nasionko zostało zasiane, teraz tylko czeka na odpowiedni moment do wykiełkowania w postaci konkretnego wydarzenia.

26 Października 2011

Kiedy zasiane ziarenko wchodzi do prawdziwego życia, buddyzm określa to mianem Karmavipāka, co można przetłumaczyć jako owocowanie karmy. Nie dzieje się to samo z siebie. Potrzebuje swojego rodzaju zapalnika. Iskry, która roznieci żar i przeobrazi go w rzeczywisty płomień.

Tego dnia płomień nowego formatu bucha wręcz w głowie Gary’ego. 32 śmiałków zdecydowało się wziąć udział w jego nowym pomyśle. Formuła, która ma na celu sprawdzić ludzką wytrzymałość. Na linii startu Gary przedstawia zawodnikom 4 proste zasady, które wyewoluowały z jego koncepcji sprzed 40 lat.

  1. Po pierwsze, skorygował dystans 4 mil do 4,167 mili, tak żeby w ciągu doby uczestnicy pokonywali równo 100 mil.
  2. Po drugie, każde okrążenie zaczyna się o pełnej godzinie zegarowej, a zawodnicy, których nie ma w sektorze startowym, odpadają z gry. Brak uprawiedliwień za spóźnienia. Zero litości.
  3. Po trzecie, zakazana jest jakakolwiek pomoc w trakcie biegu, natomiast można z niej korzystać w przerwie pomiędzy ukończeniem jednej pętli a rozpoczęciem kolejnej.
  4. Po czwarte, bieg kończy się dopiero, gdy na trasie pozostanie tylko jedna osoba, która musi ukończyć swoją ostatnią pętlę w czasie poniżej godziny.

Od tego czasu zasady tych zawodów pozostają niezmienne, a ich popularność rośnie w nieprawdopodobnym tempie, zdobywając uznanie na całym świecie. Właśnie tak powstał Backyard Ultra.

Fot: Kanał Backyard Ultra Channel na YouTube

Przygotowania

16 Września 2025

Podczas jazdy palcem po rolce fejsbukowej, tudzież instagramowej, pokonuję kolejne kilometry, zupełnie jak w pierwszym lepszym ultra, a mimo to nie jestem w stanie znaleźć nic, co przyciąga moją uwagę. Głównie dlatego, że zawartość, rzekomo na podstawie ciasteczek i personalizowanych reklam powinna odpowiadać moim zainteresowaniom, ale z jakiegoś dziwnego powodu nigdy tak nie jest. Chyba, że moim hobby jest kupowanie betoniarki na promocji, o czym jeszcze nie wiem. Przez pewien czas testowałem podawanie powodów nietolerancji zdecydowanej większości reklam atakujących moje spojówki, jednak na powtarzalność, drażliwy temat, zbytnią osobistość, brak zainteresowania, nieprawidłowy język, zbyt dużo osobistych informacji i nawet żelazne „już to kupiłem” fejs ma tylko jedną odpowiedź i nie są to przeprosiny oraz obietnica, że już więcej tak nie zrobią.

Ziomki Zuckerberga mają głęboko w pompie mnie i moje opinie, więc bombardują mnie jeszcze większą ilością bezużytecznej treści, której nie da się zwalczyć. Amerykanie potrzebowali ponad 100 lat, żeby w stanie Utah, na terenie odkrywkowej kopalni Bingham Canyon Open Pit Copper Mine wyrąbać dziurę o średnicy 4 kilometrów i głębokości ponad 1200 metrów, a fejs robi to samo z moim mózgiem w jedno posiedzenie za pomocą pustej, ryjącej łeb i nikomu do niczego niepotrzebnej zdigitalizowanej papki.

Ja nie umiem tego wygrać. Dlatego nie przeglądam już fejsa. Męczy mnie to. Prędzej wyjaśnię mojemu kotu podstawy astrofizyki, niż dostanę od social mediów zawartość zgodną z moimi oczekiwaniami. Dlatego wchodzę tam tylko jeśli potrzebuję konkretnych informacji, jednak za każdym razem po odpaleniu apki nie mogę odzobaczyć tego pierwszego „proponowanego” posta, zanim kliknę na lupkę i wyszukam to, co w rzeczywistości mnie interesuje. Zazwyczaj na samej górze rolki nie ma nic wartościowego. Zazwyczaj zbywam to od razu. Ale nie tym razem. Tym razem zastygam w bezruchu, przyglądając się z zainteresowaniem proponowanemu postowi.

Samyutta Nikaya, zbiór buddyjskich pism, wspomina o Chiggala Sutta, sutrze o ślepym żółwiu. W tekście tym Budda zwraca się do swoich uczniów: Wyobraźcie sobie, że cała wielka ziemia byłaby pokryta wodą, a człowiek rzuciłby w nią jarzmo z jedną dziurą. Wiatr ze wschodu pchałby je na zachód, wiatr z zachodu pchałby je na wschód. Wiatr z północy pchałby je na południe, wiatr z południa pchałby je na północ. I wyobraźcie sobie ślepego żółwia morskiego żyjącego tam. Wynurzałby się on na powierzchnię raz na sto lat. Co sądzicie: czy ten ślepy żółw morski, wynurzając się raz na sto lat, włożyłby swoją szyję w jarzmo z jedną dziurą?

Uczniowie odpowiedzieli, że byłoby to niemal niemożliwe, a jeśli już, to mogłoby się zdarzyć jedynie po niewyobrażalnie długim czasie. Wtedy Budda podsumował. A jednak, mnisi, prędzej ten ślepy żółw trafiłby głową w otwór jarzma, niż głupiec, który odszedł do świata cierpienia, zdołałby ponownie odzyskać ludzką postać.

Gdyby za czasów Buddy istniał fejsbuk, w miejsce odrodzenia głupca nepalski przewodnik ludzkości wrzuciłby wzmiankę o wartościowym poście pozbawionym reklam. Ale, że Marek Cukierkowy urodził się dopiero jakieś 2,5 tysiąca lat później, Budda musiał się posiłkować tym, co było pod ręką, a głupców ani kiedyś nie brakowało, ani teraz nie brakuje.

Niemniej cuda się zdarzają. Niezbyt częto, ale jednak. A ja właśnie patrzę na jeden z nich, wartościowy wpis na fejsie: 10 stycznia 2026 r. – zimowa edycja Backyard Ultra Polska – First & Original. Zapisy od 15 września 2025r, godz. 8:00 !!!

Dziwnie dużo śniegu prognozują.

Więc dlaczego ta informacja budzi we mnie skrajnie pozytywne emocje? Bo zawsze chciałem tego spróbować, tyle że bałem się zupełnie innej formuły niż bieg ciągły. Bo Backyard Ultra to rywalizacja stworzona przez pokręcony umysł Gary’ego Cantrella, tego samego kolesia od słynnego na cały świat Barkley Marathons, najtrudniejszego biegu na naszej planecie, który przez ostatnie 40 lat ukończyło zaledwie 20 zawodników (ale za to kilku z nich więcej niż raz). Perfidny ojciec dyrektor imprez biegowych, lubujący się w tworzeniu potworów wyciskających z zawodników ostatnie resztki godności, tym razem przeszedł samego siebie przedstawiając ludzkości bieg, który może toczyć się bez końca, przynajmniej w teorii. Co więcej, prawie wszyscy w nim przegrywają, a mimo to przyciąga rzesze miłośników na całym globie.

Zawodnicy stają na pętli o długości około 6,7 kilometra (z małym haczykiem, zaokrąglam te 4,167 mili dla uproszczenia), na której pokonanie mają 60 minut. Po godzinie uczestnicy muszą wyjść na kolejne okrążenie. Jeśli ktoś ciśnie zbyt wolno i jest jeszcze na poprzedniej pętli lub zwyczajnie ma już serdecznie dosyć tego całego ultra, schodzi z trasy z własnej, nieprzymuszonej woli i przegrywa otrzymując status DNF. Did Not Finish. Nie ukończył. Miękka fryta. Nie dał rady. Weź stąd spadaj, cienki z Ciebie leszcz, jak to śpiewał Maleńczuk w Błyszczeć.

Nie ma trzy tysiące osiemset dwunastego miejsca, jak w przypadku biegów ulicznych, za które dostaje się medal i certyfikat PDF do samodzielnego wydruku i późniejszego oprawienia w ramkę, a następnie powieszenia w najbardziej wyeksponowanym miejscu swojego mieszkania i opowiadania o tym nieziemskim wyczynie każdemu, kto przez przypadek lub celowo napatoczy się do naszego domu. Ba, tu nie ma nawet brązowego czy srebrnego medalu jak na olimpiadzie. Ani drugie, ani trzecie miejsce nie istnieje. Jest tylko zwycięzca i cała chmara DNF-ów. Przegranych. Pokonanych. Skończonych.

Jednak przegrać w Backyard to sukces sam w sobie. Trzeba mieć w sobie naprawdę dużo determinacji, żeby zaczynać bieg co godzinę, zwłaszcza jeśli po kilku godzinach lub dniach staje się to odrobinę niekomfortowe, mówiąc mocno eufemistycznie. Znam relacje ludzi, którzy twierdzą, że Backyard Ultra ryje łeb od samego początku, wytrącając zawodników z rytmu wymuszonymi przerwami. Rzekomo najtrudniejszy odcinek biegu, to ten pomiędzy własnym krzesełkiem a linią startową.

Każdy zawodnik musi przebiec swoje okrążenie oraz zorganizować sobie czas w przerwie. Nieważne, czy będzie to posiedzenie w toalecie, cudowna pięciominutowa drzemka, jedzenie, zmiana ubrania czy jakakolwiek inna pomoc. Trzeba sobie to wszystko ogarnąć i być gotowym stanąć na starcie kolejnego okrążenia o kolejnej pełnej godzinie. Z czasem, kiedy już wszystko boli, trzeba znaleźć w sobie chęci, żeby ruszyć do dalszej walki, będąc pewnym tylko jednej rzeczy, a mianowicie, że za godzinę będzie bolało jeszcze bardziej.

Backyard może trwać kilkanaście godzin, a równie dobrze i kilka dni, tak jak to miało miejsce w czerwcu 2025 w Australii, kiedy Phil Gore wygrał imprezę Dead Cow Gully po 119 pętlach. Czyli po 119 godzinach. Niecałe 5 dni biegania. Niecałe 800 km w nogach. Myślę, że do takiego rezultatu miałbym bardzo, ale to bardzo daleko, niemniej ta formuła mnie przeraża. Backyard Ultra to potwór, który pożera każdego.

Co innego edycja zimowa! Brakuje dopisku „dla mięczaków”, albo obowiązkowych koszulek z literką „L”, jak w przypadku nauki jazdy. Bowiem Backyard Ultra w styczniu rządzi się swoimi prawami. Impreza to zaledwie 24 okrążenia. Jedyne 160 km. Po tym czasie zwycięzcę wyłania się na podstawie wykręconego czasu. Wygrywa najszybszy. Zupełnie jak w przypadku plemników. A zimy w mieście jakie są, każdy widzi i to od lat. Myślę, że ten post z butami grzęznącymi w śniegu jest mocno podkoloryzowany przez sztuczną inteligencję, tym bardziej, że impreza będzie się odbywać w Jabłonnej pod Warszawą. Pewnie będzie w okolicach 5-10 stopni. Oby tylko nie padało. Zapowiada się naprawdę przyzwoite wyzwanie. Tym bardziej, że największe harpagany zapewne zostawią sobie siły na pełnowymiarową edycję letnią. W zimie przecież się nie biega. Zatem wystarczy, że ukończę wszystkie pętle, a wstydu nie będzie. To będzie mój cel. I to mi się podoba. Wchodzę w to!

Fot: Aneta Mikulska

18 Września 2025

Ćwierć sukcesu za mną. Jestem na liście startowej Backyard Ultra. Czas na kolejny krok, chyba ten najważniejszy. Specyficzna formuła zawodów bardzo utrudnia walkę o czołówkę w pojedynkę. Nie od dziś wiadomo, że samemu można sobie mruczeć pod nosem, ale orkiestry z tego nie będzie, co najwyżej żałosne solo na grzebieniu. Backyard Ultra to gra zespołowa. Jeden biegnie, a drugi o niego (albo o nią) dba w trakcie przerw. Dobrze zaplanowany support to klucz do sukcesu. W końcu w drużynie to nawet chaos ma sens. W tej kwestii zupełnie nie muszę się zastanawiać. Jest tylko jedna osoba na świecie, która przychodzi mi do głowy. Człowiek, który wspiera mnie na większości biegów, a podczas Biegu Kreta poświęcił 72 godziny, dbając o mnie nie gorzej niż matka dba o nowo narodzone dziecko. Zna mnie, moje potrzeby i moje fochy, na które z pewnością zdążył się już uodpornić przez ostatnie kilka lat. Jeśli chcę walczyć o czołówkę na Backyard Ultra, muszę mieć Daniela w swoim zespole.

Czekałem, kiedy się zapiszesz na tego typu zawody. Trzeba Kretobusa uruchomić. I piecyk. I miejscówkę blisko startu złapać żebyś kilometrów za dużo nie zrobił. Jedziemy! Po Krecie każdy inny bieg to łatwizna! Tak o to 5 minut później mamy już skompletowany TeamPlutt. Zostaje tylko podszlifować formę i wystartować w stylu niepozostawiającym za sobą wstydu. Choć wydaje mi się, że z tą łatwizną mój przyjaciel odrobinę przesadził. Tak to już jest, jak ktoś zaraża optymizmem bardziej niż dżuma w czternastym wieku. Choć z drugiej strony… Powinno być ciepło. Powinno być bez deszczu. Mamy busa. Mamy sporo doświadczenia po Biegu Kreta. Backyard Ultra jest na 24 godziny, więc obejdzie się bez drzemki. Same plusy.

W zeszłorocznej edycji Backyard Ultra Polska – First & Original zwycięzca pokonał 24 pętle w 15 godzin. 160 km. Wykręcił tempo trochę powyżej 5:30 min/km. I do tego miał jakieś 9 godzin odpoczywania. Czyli ponad 20 minut na każdym okrążeniu. Ambitne, ale wykonalne. 5:30 to moje bardzo komfortowe tempo. Wprawdzie nie weryfikowałem tego odczucia po kilkunastu godzinach i ponad 150 kilometrach w nogach. Z pewnością ulegnie pewnej destabilizacji, aczkolwiek ja już tam byłem. Zarówno na Biegu Kreta, jak i podczas Biegu 7 Szczytów zrobiłem 170 km przez pierwsze 24 godziny. Po górach. A tu będzie płasko jak na stadionie Wembley. I trawka zapewne też tak idealnie przystrzyżona będzie. Do zrobienia. Będziemy atakować podium!

Centrum dowodzenia w budowie.

30 Grudnia 2025

Po porannym rozbieganku dostaję SMS od Alertu RCB: Dziś i jutro prognozowane zawieje, zamiecie śnieżne i silny wiatr. Trudne warunki drogowe, możliwe przerwy w dostawie prądu„. W sumie to nie jest dokładny cytat, polskie znaki poprawiłem, bo w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa jeszcze nie ogarnęli, że można wysyłać komunikację z pełną diakrytyką, więc tak naprawdę straszą, że będzie jakaś „gololedz„. W każdym razie czytam uważnie jeszcze raz w poszukiwaniu słowa „apokalipsa”, ale nie ma. W takim razie chyba tragedii nie będzie. Nie trzeba jechać do Lidla po zapasy konserw. Znużonym okiem spoglądam za okno na czubki drzew. Stoją stabilnie. Nawet odrobinę się nie kołyszą. Zastygam na kilka sekund czekając, aż jakaś nadprzyrodzona siła choć w najmniejszym stopniu poruszy którąkolwiek z gałązek… Nie. Nic z tego. Raczej przejdzie bokiem. Zresztą kto by się spodziewał zimy w mieście? Gdzieś na peryferiach to jeszcze może, ale w metropolii?

Wieczorem zaczyna sypać. Gęste, lecz lekkie jak piórko płaty śniegu powoli zaczynają przykrywać wszystko, co napotkają na swojej drodze. Z niedowierzaniem przecieram oczy. Śnieg! W mieście! Dzieciaki! Chodźcie coś zobaczyć! Już po kilku chwilach nasz mikro-ogródek zamienia się w biały dywan. Co więcej, w ogóle nie przestaje padać. Młodzieży nawet nie trzeba namawiać. Od razu odpalają zimowe kombinezony i ruszają na białe szaleństwo. Nie ma im się co dziwić. Zapewne poleży to dzień albo dwa, a potem popłynie tworząc brudną, wilgotną breję na ulicach i chodnikach, uprzykrzając życie wszystkim, a zwłaszcza rodzicom małych dzieci. Ci ostatni będą musieli zasuwać na drugi etat jako ekipa sprzątająca i wycierać ślady błota po całej chałupie.

Zima, zima, zima, pada, pada, śnieg…

31 Grudnia 2025

Sypnęło całkiem solidnie. Wszędzie dookoła jest biało, więc w ramach porannego treningu robię juniorowi kulig. Córka nie chciała wstać o ósmej rano. Z jednej strony to lepiej, bo będzie mi odrobinę lżej, ale z drugiej, będę musiał powtórzyć tę jednostkę treningową również z nią. Wmawiam sobie, że nic tak nie raduje ultrasa, jak podkręcenie siły biegowej, więc bladym świtem ruszamy z synem na podbój jedynej, zaledwie kilkumetrowej górki w Piastowie, do której biegnę, ciągnąc za sobą 30-kilogramowy balast w postaci juniora. Lekko nie jest i już po kilkudziesięciu metrach robi mi się ciepło. To będzie mocny trening, bo przed nami jakieś 1,5 km do celu.

Na miejscu jestem już dobrze rozgrzany, ale kujemy żelazo, póki gorące. Tym bardziej, że mamy cały teren na wyłączność, bo Piastów najwyraźniej odśnieża dopiero swój sprzęt zimowy. Junior z radością zjeżdża z górki, a ja mu wwożę sanki biegiem z powrotem na górę. Złośliwi mogliby powiedzieć, że idę na łatwiznę, bo przecież powinienem wwozić również jego, jednak tym razem stawiam na długość treningu. Statyczny syn na sankach bardzo szybko by mi zmarzł i musielibyśmy wracać do domu zaledwie po kilku zjazdach. Tymczasem, jeśli wbiegnie sam na górę za mną, to odrobinę się rozgrzeje i dłużej wytrzyma. Co więcej liczę na to, że choć trochę się zmęczy i pójdzie spać odrobinę wcześniej niż po 23 jak zazwyczaj. Choć niewykluczone, że ze względu na Sylwestra i tak pobaluje trochę dłużej.

Licznik zatrzymujemy na 31 zjazdach, co i tak zajmuje nam niecałą godzinę. Solidnie zasapany spoglądam na mojego Suunto Vertical z nadzieją, że zobaczę tam trening godny rasowego górala, jednak moim oczom ukazuje się łączny wznios na poziomie 145 metrów. Co jest? Potrząsam ręką z zawieszonym na niej zegarkiem, tak jakby to miało w czymś pomóc, ale licznik nie kręci dalej. To ta górka ma zaledwie 5 metrów wysokości? I to niecałe? Zerkam na nią przekrzywiając odrobinę głowę. Przyznaję, że do K2 jej daleko, ale liczyłem na odrobinę większą różnicę poziomów. Muszę tu kiedyś wrócić z tachimetrem i jakimś geodetą, żeby potwierdzić moje przypuszczenia, jakoby Suunto zaniżał statystyki moich treningów, ale o tym innym razem. Teraz czeka mnie jeszcze zabawa w konia pociągowego, potem śniadanie, a następnie taka sama wycieczka z córką, bo przecież ten śnieg zaraz stopnieje, więc trzeba korzystać, póki jeszcze leży.

Siła biegowa.

4 Stycznia 2026

Zimy, które znam z ostatnich lat, wyglądały jakby im się pomieszały kierunki. Wpadały dosłownie na chwilę, po czym zrywały się z krzesła z wyraźnym „Najmocniej przepraszam, chyba pomyliłam adresy” i już ich nikt nie widział. Na dobrą sprawę, moja 6-letnia córka była w tym roku pierwszy raz w życiu na sankach w mieście. Do tej pory nigdy nie było ku temu okazji, a przede wszystkim śniegu. Tymczasem tegoroczna zima, wbiła do nas na pełnych obrotach paraliżując połowę Polski ostatniego dnia w roku i najwyraźniej naoglądała się za dużo „Chłopaki nie płaczą„, bo uznała, że jest jak ten brat Bolca wzięty dla okupu, co już tak został na stałe.

Kto to słyszał, żeby w południe temperatura odczuwalna wynosiła –11°C? Śmieci mi się nie chce wynieść, bo wszechobecne zimno nie zaspokaja się zwykłym sprawieniem dyskomfortu. Ono chce cierpienia na poziomie premium. Tegoroczna zima celuje mi prosto w duszę swoimi zmrożonymi mackami, wymuszając na mnie kapitulację już przy pierwszym kontakcie. Mróz smaga wszystkie wystające na zewnątrz części ciała jak brzytwa. Skóra piecze, kłuje i błaga o litość. A tego zimowego wjazdu na pełnym gazie nie da się powstrzymać. To nie Nocny Król z „Gry o Tron„, a ja nie mam sztyletu ze smoczego szkła, więc ta walka o przetrwanie jeszcze trochę potrwa. Jednak to nie jest najgorsze. Można zabunkrować się w domu, wychodzić okutanym w dodatkową warstwę ubrań, tylko po uzupełnienie zapasów i jakoś uda się przetrwać. Ale przecież ja mam zawody za niecały tydzień. I o ile bieżąca sytuacja nie lituje się nad nikim, to prognozy na kolejny tydzień są jeszcze bardziej deprymujące. Zupełnie jakby zima postanowiła być jeszcze bardziej ambitna niż do tej pory.

Wprawdzie aplikacja pogody na iPhonie to nie Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej, niemniej czasem mają coś wspólnego z rzeczywistością. A kiedy widzę ich prognozę na kolejny weekend na poziomie –18°C, zaczynam przeglądać regulamin Backyard Ultra w nadziei, że można się jeszcze z tego pomysłu wypisać i spędzić dzień pod ciepłą kołderką. Niestety, organizator nie przewidział, że zapiszą się aż tak miękkie fryty. Nie ma możliwości wypisania się. Trzeba biec. Nie ma litości.

Zimno się robi od samego patrzenia.

8 Stycznia 2026

Czas przeanalizować wszystkie zmienne. Jest zimno, a będzie jeszcze zimniej. Mam wrażenie, że przy takiej pogodzie nawet pingwiny chciałyby się gdzieś ogrzać, ale z drugiej strony przynajmniej mamy gwarancję braku deszczu. A śnieg przecież tak bardzo nie przeszkadza.

Wbijamy tam Kretobusem w opcji All Inclusive Ultra Plus. Takiego wyposażenia nie powstydziłaby się nawet sama NASA, która z pewnością poprosiłaby nas o wypożyczenie go z misją na Marsa, gdyby miała okazję zobaczyć go w akcji. No może tylko tę dziurę w drzwiach by jakoś załatali, żeby tak nie ciągnęło po halce jak na szkockim weselu, ale cała reszta to złoty róg obfitości, w którym brakuje już tylko lokaja w białych rękawiczkach podającego herbatkę. Luksus i przepych pełną gębą, razem z nieprawdopodobnie długą listą udogodnień, których nikt nie potrzebuje, ale wszyscy chcą je mieć.

Mamy w naszym zespole Daniela, naszego nadwornego MacGyvera, który w razie awarii rozwiąże każdy techniczny problem taśmą klejącą, trytytką lub śrubokrętem z Ikei. Co więcej, obok wspomnianej wcześniej herbatki dorzuci jeszcze izotonik, białko i coca-colę.

O formę dbam od dawna. Czuję, że superkompensacja właśnie zbiera swoje żniwa i głęboko wierzę, że nie będą to żniwa śmierci. Po mocno ogórkowym poprzednim sezonie, z porażką na Babiej Górze w roli głównej, jestem spragniony biegania. Nie gotowy. Nie zmotywowany. Głodny. Czuję krew i mam apetyt na więcej. Nie zamierzam tanio sprzedać skóry. Jestem gotowy dać z siebie wszystko i zrekompensować sobie nie do końca udany zeszły rok.

Tymczasem naszym rywalom zostaje pole namiotowe, ewentualnie miejscówka na sali gimnastycznej, czyli warunki lekko spartańskie i to bez ogniska, podczas gdy my będziemy pławić się w luksusach godnych wakacji all-inclusive. Dla mnie to całkiem mocna przewaga logistyczna. Jeśli wystarczająco zepniemy poślady, zgarniemy nagrodę główną i chwałę po wsze czasy, a przynajmniej do kolejnych zawodów w formule Backyard Ultra. Daniel, przygotuj busa na tip-top! Jedziemy tam naprawdę namieszać!

9 Stycznia 2026

16:30. 14,5 godziny do startu. Niecałe 11 godzin do pobudki. Przynajmniej robota skończona, mogę się wylogować z czystym sumieniem i w pełni skupić się na bezpośrednim przygotowaniu do biegu. Mimo to czasu mam zdecydowanie zbyt mało jak na jedną osobę. Na szczęście, jak już wspomniałem, Backyard Ultra to gra zespołowa, a nasz TeamPlutt liczy w porywach więcej niż dwie osoby. Ja biegam, Daniel ogarnia sprzęt, a w przygotowaniach stanowisko oficera do spraw zgodności kulinarnej zajmuje moja żona. To dzięki niej w trakcie zawodów będę mógł raczyć się rosołkiem na kaczce i podjadać przepyszne pulpeciki z indyka. Te małe mięsne kuleczki, nie dość, że zawierają mniej ciężkostrawnego tłuszczu, to znacznie szybciej się przyswajają niż krowa czy wieprz i zawierają relatywnie dużą ilość białka.

Małżonka o mnie dba!

Ja natomiast, jako Junior Nutrition Delivery Manager, przygotowuję pastę z tuńczyka, gęstą i odżywczą zupę rybną i całą masę przekąsek. Od chipsów na przełamanie smaku, przez śliwki w czekoladzie i maślane, wysokokaloryczne ciasteczka, aż po moją tajną broń w postaci chałki z masłem, twarożkiem i powidłami śliwkowymi. Z niedowierzaniem przyglądam się spakowanej skrzynce z jedzeniem, zastanawiając się czy na pewno jedziemy tam tylko na 24 godziny, czy może jednak na tydzień. Owszem, Daniel również musi coś jeść, ale jedno jest pewne – głodni stamtąd na pewno nie wrócimy.

Po dołożeniu do tego ciepłych ciuchów w trzech wielkich worach, śpiwora z poduszką na wszelki wypadek i kosmetyków, wychodzi z tego naprawdę pokaźny majdan, którego nie powstydziłby się doświadczony handlarz z bazaru. A przecież do tego Daniel dołoży cały osprzęt kuchenny z garami i czajnikiem, suszarkę do ciuchów, łóżko oraz sprzęt samochodowy. Brakuje jedynie dziada i baby w tym wszystkim. Przez chwilę drapię się po głowie, zastanawiając się czy jest sens to jakkolwiek optymalizować, a małżonka tylko mnie dobija pytaniem, czy my aby na pewno jedziemy biegać, czy może po prostu się wyprowadzam, a za kilka dni wpłynie wniosek o rozwód. Jednak kubatura przestrzeni ładunkowej w naszym Kretobusie na poziomie 13 metrów sześciennych pozwala frywolnie podejść do tematu najpotrzebniejszego sprzętu. Lepiej mieć i nie użyć, niż potrzebować, a nie mieć. I tej wersji będziemy się trzymać.

O 22:30 nastawiam budzik na 3:09 i próbuję zasnąć. Szkoda tylko, że moja najmłodsza córka wchodzi właśnie w tryb ultra i musi opowiedzieć mamie cały miniony dzień, odrobinę go koloryzując i dodając coś o porwaniach przez Gargamela i gotowaniu w kotle. Słucham tych poruszających historii, co chwila przerywanych głośnym, „naplawdę!” i próbuję oddać się w objęcia Morfeusza. Niestety ogólny harmider w domu, w połączeniu z ekscytacją nadchodzącego biegu i relatywnie wczesną porą, nie pozwala mi utracić świadomości. Nie wiem ile razy wiercę się z boku na bok, na szczęście w pewnym momencie zapadam w krótki, ale przynajmniej głęboki sen.

10 Stycznia 2026

Budzik zaledwie delikatnie pika, a ja już jestem gotowy do walki. Odpowiedź na moją kontrolną wiadomość do Daniela, żeby upewnić się, że nie zaspał, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy w trybie bojowym. Dopakowuję ostatnie rzeczy z lodówki i przygotowuję sobie prostą kanapkę na dobre rozpoczęcie dnia. Daniel melduje się u mnie po czwartej rano, naprędce wrzucamy wszystko na pakę, ale z odrobinę większą delikatnością niż sorterzy w centrum dystrybucyjnym Amazona. Kilkadziesiąt minut później ruszamy w trasę. Przed nami zaledwie godzina drogi, ale musimy brać spory margines błędu na pełnoletniego już Kretobusa i jego osobliwe fochy. Oby tylko nie rozkraczył się po drodze.

Kretobus gotowy do boju.

Przed 5:30, zaledwie po godzinie jazdy i to bez najmniejszych niespodzianek, zajmujemy na parkingu miejsce najbliżej startu i rozpoczynamy odprawę taktyczną naszego zespołu połączoną z rozlokowaniem wszystkich gratów w busie. Już na tym etapie zaczynają padać pierwsze bluzgi. Zdezorientowany Daniel chce się rzucić mi do pomocy, ale nie bardzo wie, przed czym ma mnie bronić, więc tylko dopytuje, co się stało. Ja, nie słysząc jego słów, powtarzam w kółko to jedno magiczne słowo, od wieków towarzyszące wszystkim klasom społecznym w Polsce, potrafiące dobitnie podkreślić w zasadzie każde uczucie. W tym przypadku jest to złość na samego siebie. Co więcej, to poznawane w pierwszej kolejności przez każdego obcokrajowca hasło nie ma nic wspólnego ze światem czarodziei i nie jest w stanie mi w żaden sposób pomóc, poza przyniesieniem chwilowej ulgi poprzez spuszczenie ciśnienia przez otwór gardłowy, pełniący aktualnie rolę wentyla.

Okazuje się, że pakując ostatnie rzeczy spożywcze z lodówki do skrzynki z jedzeniem, postawiłem siatkę z lekkimi przekąskami i pieczywem na blacie kuchennym, żeby nic się nie pogniotło. Zapakowawszy ciężkie słoiki, zapomniałem następnie dołożyć przekąski do skrzynki, którą Daniel po chwili zabrał do Kretobusa. Status jest taki, że nie mamy pieczywa, cukierków, ciasteczek, chipsów, żeli energetycznych ani mojej upragnionej chałeczki, na którą bardzo, ale to bardzo liczyłem w późniejszym etapie biegu. Mam ochotę walić głową w metalowe poszycie busa, ale i jedno, i drugie jeszcze nam się może przydać. 1,5 godziny do startu to za mało, żeby obrócić do domu i z powrotem. Alternatywy? Z pomocą przychodzi nam CVC Capital Partners, który jakiś czas temu dofinansował Żabkę przy Kisielewskiego w Chotomowie, zaledwie dwieście metrów od naszego startu. Otwiera się o 6 rano. Chałki raczej nie będą mieć, ale może chociaż cukieraski, chipsy i pieczywo.

Odbieramy pakiet startowy zaraz po otworzeniu się biura zawodów, a o 6:01 szturmem zdobywamy zielony lokal, rzucając się na artykuły pierwszej potrzeby, wśród których, ku zdziwieniu ekspedientki, nie ma alkoholu. Z zainteresowaniem czytam skład pieczywa tostowego i naprawdę jestem pod wrażeniem. Żabka, ojczyna ponadprogramowego cukru, używek spożywczych i alkoholu, a mimo to żadnego syfu. Mąka pszenna, woda, drożdże, olej rzepakowy, cukier, sól i tyle. Biorę dwa. Składu chipsów i cukierków nie czytam. Nie mam złudzeń. Czasami lepiej nie wiedzieć. One mają mnie pobudzić i dać kopa, a nie wspierać dietę.

Głupi błąd naprawiony, zapasy uzupełnione, tętno wraca do rozsądnych poziomów, ale ze stresu od razu zgłodniałem. Podjadać słodycze na tym etapie to samobójstwo. To ostatni moment, żeby przygotować sobie rozsądne jedzenie. Potem już kucharzenie będzie na głowie Daniela. Serwuję sobie kanapkę z ultrasowym hitem w postaci pasty z tuńczyka. Potężna ilość białka, rozsądna ilość tłuszczu i słony posmak dający równą energię na najbliższe kółko albo dwa. Jeden z moich ulubionych przysmaków na biegach, który zawsze doskonale się przyjmuje.

W normalnych warunkach powinniśmy ruszać już na start, ale -14°C na osi, a odczuwalne -17°C aż nas prosi o pozostanie jeszcze chwilę na pokładzie naszej mobilnej stacji bojowej. Kwadrans przed rozpoczęciem zawodów rozpoczyna się odprawa na linii startu, jednak zanim dobiegam na miejsce, zebranie się kończy. To była chyba najkrótsza odprawa na świecie. Z drugiej strony zasady są banalnie proste, a pogoda zniechęca do lania wody, więc zapewne poszły konkrety i można było się rozejść. Raczej nic odkrywczego nie powiedzieli, a reszta wyjdzie w praniu.

Wracamy jeszcze na chwilę do Kretobusa, żeby nie tracić niepotrzebnie energii na ogrzewania ciała i szykujemy kostium bohatera na start. Temperatura naprawdę daje popalić, więc na pierwsze okrążenie wyciągam wszystko, co mamy. Idziemy w heavy duty. Zakładam koszulkę z rękawkami. Na to nakładam bluzę z kapturem. Na nią cienką kurtkę, również z kapturem. Następnie grubą kurtkę wiatrochronną. Na głowie lądują dwie Buffki, jedna w formie czapki, druga w formie komina na szyję. Na tę konstrukcję wchodzą oba kaptury, a na czubek wjeżdża czołówka, ponieważ nadal panuje półmrok. Przez chwilę zastanawiam się nad podwójnymi gaciami dla ochrony przez przemarznięciem ewentualnych niedoszłych członków zespołu TeamPlutt, jednak trójka dzieci to już i tak tłum, a majty, rajtuzy i zimowe dresiki powinny zrobić robotę. Co więcej, górne warstwy mogę zawsze modelować suwakiem, a przecież galotów w biegu nie zrzucę z siebie. Całośc spinają wielofunkcyjne stuptuty, które nie tylko chronią przed sypkim śniegiem, ale też trzymają mocniej sznurówki, na których zawiązywanie nie mogę tracić czasu na trasie. Można biec!

6:57 opuszczamy nasze ciepłe gniazdko i zmierzamy w kierunku startu. Pozostali zawodnicy robią dokładnie to samo. Nikt nie pozwala sobie na swobodne sterczenie na mrozie. Każdy czeka do ostatniej chwili, żeby stracić możliwie jak najmniej ciepła.

Typowy zawodnik ultra przed startem.

Spośród 52 osób stojących na linii startu, 37 to moi rywale, a 14 osób startuje na krótszym 7-pętlowym dystansie. Nastroje jak po nocnej zmianie pod monopolowym. Każdy się uśmiecha, każdy się kręci albo podskakuje, żeby podtrzymać rozgrzewające krążenie krwi. Niektórzy coś mówią, ale słychać wyraźnie, że zmrożone powietrze już teraz odrobinę utrudnia klarowną dykcję. Ruszajmy już, bo zaczynam odczuwać mróz przebijający się przez cienką cholewkę moich lekkich cichobiegów na stopach zamiast topornych, dających jakąkolwiek ochronę przed zimnem śniegowców! Okropnie mi się dłuży te kilkadziesiąt sekund, na szczęście już po chwili ktoś zaczyna krzyczeć: Cztery! Spragnionych rozbiegania ultrasów w ogóle nie trzeba namawiać i kolejne trzy cyfry wykrzykujemy wszyscy razem, zupełnie nie oszczędzając sobie gardeł. Trzy! Dwa! Jeden!

Backyard Ultra

PIERWSZA PĘTLA: 6,7 km (6,7 km)

Na „zero” rozbrzmiewa dźwięk dzwonu, który będzie nam towarzyszyć przez kolejne 24 godziny. Równocześnie z jego gongiem ruszamy na trasę. Zaczynamy rozsądnie, nikt nie wyrywa do przodu, a całość przypomina wycieczkę krajoznawczą. Każdy zapoznaje się z trasą, a peleton prowadzi Paweł Żuk, ojciec dyrektor tego całego zamieszania. Nikt go nie wyprzedza, bo Prezes Zarządu Stowarzyszenia Sportowego Polskie Ultra podkreśla, na co zwrócić uwagę podczas biegu. A to tabliczki z oznaczeniem trasy, a to kolorowe wstążki na drzewach, a to taśmy z oznaczeniem organizatora.

Można by powiedzieć, że to wszystko jest potrzebne mniej więcej tak bardzo jak alarm we Fiacie Multipla, w końcu nie ma nic prostszego na świecie niż bieganie po prostokątnej pętli. W teorii łatwiej zgubić się w Ikei, jednak zderzenie z rzeczywistością bardzo szybko weryfikuje tę tezę. Z pozoru banalnie prosta trasa skrywa kilka podchwytliwych elementów.

Zaraz po pierwszym kilometrze odbijamy w lewo na niedużą skarpę, swoim rozmiarem konkurującą ze znaną mi piastowską górką o miano istotnego wzniesienia w województwie mazowieckim. Wspinamy się zaledwie kilka metrów po zjeżdżonym przez sanki i dupoślizgi mikrostoku, tylko po to, żeby 20 metrów dalej zbiec w dół podobnym terenem. O ile wejście nie stanowi wielkiego problemu, to przy pokonywaniu różnicy poziomów muszę odrobinę mocniej zaciskać zwieracze na przemian z zębami, żeby przypadkiem nie wpaść w poślizg na uklepanym przez setki dzieciaków śniegu. Próba sprawdzenia przyczepności w tych warunkach skończyłaby się katastrofalnie, więc nawet nie próbuję. Rzucam się w dół wierząc, że krótki stok nie pozwoli mi osiągnąć prędkości, przy której przebieranie nogami nie nadąży za osiągniętym pędem, a następnie samoczynnie uda mi się wyhamować przed kolejnym zakrętem.

I rzeczywiście docieram do wypłaszczenia w jednym kawałku, oszczędzając swój własny tyłek pomimo skromnej przyczepności. Niestety kilkadziesiąt metrów dalej czeka nas atak na kolejne, równie ambitne wzniesienie. To jest ten moment, w którym zaczyna mi przeszkadzać letnie ogumienie. Moje Mizuno Skyrise z autorską technologią podeszwy X10 z gumy węglowej zachowują się zupełnie jak letnie opony samochodowe w zimie. Mają całkiem zacną odporność na ścieranie, potrzebną mi w tym momencie mniej więcej tak bardzo jak przyczłap do bulbatora, niestety sztywnieją na mrozie, zapewniając doznania zbliżone do ślizgu łyżwiarskiego, zwłaszcza na uklepanym śniegu. Więc o ile na płaskim bieżnik na każdym kroku znajduje cokolwiek do zahaczenia, to różnice poziomów wymagają ode mnie uruchomienia systemów ABS i ESP w formie naprawdę intensywnego zaciskania pośladów, ze względu na świadomość, że na przyczepności nie mogę w pełni polegać.

Mimo wszystko nie odpuszczam i na pełnym gazie wdrapuję się na szczyt tego wzniesienia, przy okazji wyprzedzając Pawła Żuka i obejmując prowadzenie naszej radosnej kompanii. W końcu ileż można się wpatrywać w czyjeś plecy, kiedy w okolicy takie przepiękne zimowe widoki.

200 metrów dalej trasa odbija w prawo w dół zbocza. Wchodzę w wiraż, ledwo ratując się przed wypadnięciem z trasy, zbiegam na sam dół, nadal nie zaliczywszy upadku i zdezorientowany staję w miejscu. Jestem na skrzyżowaniu pięciu ścieżek i nie mam pojęcia gdzie dalej. Zdziwiony odwracam się za siebie, z nadzieją zerkając na kolesia, który już zdążył mnie dogonić i teraz mózgujemy we dwóch, w którą stronę powinniśmy biec. Nie widzę nigdzie oznaczeń trasy, co w sumie nie powinno bardzo dziwić ze względu na wadę wzroku. Jednak soczewki zazwyczaj wystarczająco mi pomagają, więc zrzucam winę na białe tabliczki oraz białe wstążki na drzewach, zlewające się ze wszechobecnym śniegiem. Wygląda na to, że nie tylko ja byłem pesymistą jeśli chodzi o białą zimę w mieście. Spoko, że organizatorzy podzielają moje spojrzenie na świat, jednak w nawigacji to za bardzo nie pomaga.

Fot: Aneta Mikulska. Oznczenia na trasie.

Mija zaledwie kilka sekund, gdy do moich uszu zaczyna dolatywać odgłos zbliżającej się kawalerii w postaci Pawła Żuka, z oddali krzyczącego, w którą stronę powinniśmy teraz biec. Oczywiście jest to przeciwległy kierunek od tego, który ja wstępnie wybrałem. Nie zdążam pomyśleć „Prawo Murphy’ego zawsze na propsie” i ruszyć we właściwą stronę, a kilka osób zbiega z górki i zajmuje pozycję przede mną.

Wbijamy w wąską rynnę wydeptaną przez lokalnych spacerowiczów, mając po bokach zmrożony śnieg do wysokości łydek. Uformowawszy swoisty korowód spragnionych zimowego biegania ultrasów, podążamy jeden za drugim, stękając i sapiąc z zimna. Nikt się nie wychyla. Nikt nie marnuje sił na bezsensowne forsowanie zasp śnieżnych tylko po to by zyskać metr czy dwa przewagi. Jeszcze będzie wystarczająco czasu na walkę. Póki co robimy swoje przez długi, prosty i ciągnący się w nieskończoność półtorakilometrowy odcinek, wyglądając trochę jak parodia oczepinowej zabawy w pociąg. Brakuje tylko, żebyśmy się chwycili za rączki, a ktoś pod nosem zaczął podśpiewywać Rysia Rynkowskiego i jego nieśmiertelny „Jedzie pociąg z daleka”.

Po niecałych 18 minutach docieramy do pierwszego wierzchołka prostokątu, po którym prowadzi trasa Backyard Ultra. Moment dla mnie o tyle przełomowy, że pomimo -17°C, robi mi się ciepło. Jednak 4 warstwy na górze i 3 kaptury to odrobinę za dużo dla nieustannie machającego wszystkimi kończynami człowieka. Zadziwiające, ale czuję cienką strużkę potu powoli zmierzającą z okolicy międzyłopatkowej w kierunku mojego, zupełnie niespodziewającego się zagrożenia tyłka. Muszę się rozpiąć, w przeciwnym razie już za kilka chwil uczucie w gaciach będzie przypominać walkę w kisielu. I wbrew pozorom, w konsekwencji wcale nie będzie trudniej o obtarcia.

Włączam klimę level high poprzez rozpięcie kurtki i bluzy, jednak machina już ruszyła. Moje naczynia krwionośnie, które przed biegiem zwęziły się do granic możliwości, żeby ograniczyć utratę ciepła, teraz rozszerzają się zupełnie jak rozdymka celem ułatwienia oddawania ciepła. Pompa w sercu wchodzi na wysokie obroty, żeby dostarczyć do mięśni życiodajny tlen, a odprowadzić nadmiar dwutlenku węgla. Kilka milionów gruczołów potowych już dostało sygnał, że instalacja się przegrzewa i rozpoczęło proces schładzania, wyrzucając moje cenne elektrolity razem z wodą na powierzchnię skóry.

Przyznaję się bez bicia, że nie rozegrałem taktycznie tej pierwszej rundy. Można było się lżej ubrać. Na szczęście już po chwili docieram do drugiego wierzchołka prostokąta, co oznacza, że jestem w połowie trasy. Jeszcze tylko drugie tyle i nastanie przerwa, w trakcie której będę się mógł przeorganizować i ubrać lepiej. Tymczasem niezdarnymi ruchami zrzucam z siebie kurtkę, ponieważ samo rozpięcie nie przynosi ulgi, co więcej czuję, jak wilgoć z pleców robi niekontrolowany wjazd pomiędzy poślady, wywołując nieprzyjemne i mokre uczucie każące mi zakwestionować zdolności zaciskowe mojego zwieracza cewki moczowej. Pewnie dałbym się na to nabrać, gdyby nie kilka biegów długodystansowych w moim życiorysie. Wiem, że to tylko podstęp, za który odpowiedzialna jest nadmierna ilość warstwy wierzchniej, niemniej dyskomfort nadal mi przeszkadza.

Dobre 2,5 kilometra, niecałe 14 minut i rozpiętą szeroko drugą kurtę zajmuje mi przyhamowanie procesu pocenia się. Dopiero na trzecim wierzchołku prostokąta naszej trasy zaczynam odczuwać nieprzyjemny chłodek na klatce piersiowej. Wilgotne i zmarznięte ciuchy nieprzyjemnie ocierają spocone ciało, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że za chwilę przeholuję w drugą stronę. Sygnał odebrany, kurtka zapięta, a do mety już tylko niecały kilometr. Można by powiedzieć, że to ostatnia prosta, ale już się zdążyłem przekonać, że Backyard Ultra potrafi zaskoczyć.

Ostatni zakręt to jednocześnie rozwidlenie dróg. W lewo skręca się na kolejną pętlę, a w prawo dociera się do bazy po mniej więcej 300 metrach. Nie jestem pewien, czy to brak oznaczeń na trasie, a może bardziej nasza nieumiejętność dostrzeżenia ich w śniegu, czy nadgorliwość chłopaków z przodu, w każdym razie przynajmniej jedno z tych dwóch powoduje, że czoło naszego pochodu odbija w lewą stronę, trochę przedwcześnie zaczynając drugie okrążenie. To jest ten moment, kiedy naprawdę warto być w drugim lub trzecim rzędzie. Wołam chłopaków, których odrobinę za bardzo poniosła ułańska fantazja i muszą teraz nadrobić stracone kilkadziesiąt metrów, a sam przeskakuję kilka pozycji w górę w klasyfikacji generalnej.

Zbieg do bazy to istne szaleństwo. Chłopaki obok mnie ruszają z kopyta, zupełnie jakby to było ostatnie okrążenie, a do wygrania był Mercedes G Klasa z zapasem paliwa na 10 lat. Zanim dociera do mnie, że to bez sensu, psychologiczna reguła społecznego dowodu słuszności nie pozwala mi odpuszczać. Skoro oni lecą, to i ja! Najwyraźniej tutaj tak trzeba. W końcu już i tak jestem kilkadziesiąt metrów za prowadzącym, więc nie mogę pozwolić, żeby ta przewaga już na samym początku była miażdząca. Ognia!

Fot: Aneta Mikulska.

Tak jak ciężko jest rozpalić ognisko w deszczu, tak samo trudno podtrzymać wysokie obroty przy -17°C, dodatkowo dzierżąc w ręku kurtkę. Co więcej na 50 metrów przed linią mety znajduje się ostry zakręt w lewo, którego pokonanie na pełnej mocy grozi wyrzutem z trasy prosto w przyczepę kempingową jednego z uczestników. Już teraz wiem, gdzie trzeba zaparkować w przyszłym roku, jednak aktualnie muszę dotrzeć do końca okrążenia, a następnie dokuśtykać jakieś 150 metrów do naszego Kretobusa, dlatego na zakręcie zwalniam, żeby nie upokorzyć się bliskim spotkaniem trzeciego stopnia ze zmrożoną glebą lub ścianką wspomnianej przyczepy kempingowej, przed tłumem zgromadzonym na mecie. W końcu nic tak nie motywuje do ostrożności, jak świadomość, że ktoś patrzy.

Kończę pierwszą pętlę z czasem 36 minut i 5 sekund, tracąc do lidera 14 sekund. Tempo na poziomie 5:23 min/km to trochę za szybko. Widać, że adrenalina uderzyła każdemu z nas do głowy. Dobrze byłoby nie przepalić się na samym początku, jednocześnie nie mogę sobie pozwolić na zbyt duże straty, jeśli naprawdę chcę walczyć tutaj o Świętego Graala Backyard Ultra, czyli największą natkę pietruszki. Swoją drogą to dopiero ciekawe zjawisko. Niby nic, a jednak każdy chce wygrać.

Nasza strategia żywieniowa na Backyard Ultra to mało i często. Zamierzam jeść po każdym okrążeniu, dlatego ledwo zdążam usiąść na prowizorycznej leżance, a Daniel już wciska mi w ręce kubek z gorącym rosołkiem. Nie dość, że zagrzeje mnie od środka, to jeszcze odrobinę złagodzi zmarznięte dłonie. One ucierpiały najbardziej na tej pętli. Pomimo Wunderwaffe marki Black Diamond w postaci pancernych rękawic Glissade Gloves z ocieplaną podszewką Thinsulate, rzekomo zapewniającą komfort cieplny nawet przy -17°C, moje dłonie są bardzo daleko poza wspomnianym komfortem cieplnym, dlatego teraz z radością ściskam papierowy kubeczek wypełniony po brzegi parującym bulionem niczym relikwię świętego, a całość zwieńcza piecyk gazowy rozkręcony przez Daniela, jeszcze zanim zakotwiczyłem w Kretobusie.

Po zjedzeniu zupki przychodzi czas na suple. Po pierwsze izotonik, prewencyjnie i profilaktycznie celem zapobieżenia potencjalnym skurczom. Po drugie białeczko na optymalizację syntezy białek mięśniowych, uzupełnienie aminokwasów i utrzymanie równowagi azotowej. To, na którym jadę jest słodzone sukralozą, więc kalorii w nim tyle, co rozumu w głowie posła Berkowicza. Dlatego następna lufka to czarne złoto wszystkich ultrasów, doskonale znane również każdemu dorosłemu i dziecku. Królowa szybkiej przyjemności z tak dużą zawartością cukru, że zaledwie jedna szklanka przekracza jego dzienne spożycie zalecane przez WHO. Kaloryczna bomba i kofeinowy kopniak, który będzie mnie popychać przez najbliższe 24 godziny, a potem zostawi swoje piętno na wątrobie, trzustce i zębach. Coca cola. Na co dzień unikam, na biegach żłopię wiadrami, szukając bezskutecznie zdrowszych alternatyw. Ktoś coś? Będę wdzięczny za polecajki, jednak uprzedzam, że Yerba Mate mi nie podchodzi. Sok z buraka również. Na koniec popijam to wszystko herbatką z cytryną na lepsze trawienie, zaspokojenie pragnienia i spacyfikowanie tego eksperymentu chemicznego, który właśnie odbywa się w moim żołądku.

Nie jestem pewien, czy da się długo pociągnąć na takiej mieszance wybuchowej, niemniej przekonam się już wkrótce. Tymczasem po spożyciu wszystkiego, co przygotował Daniel, nadal mam 7 minut do startu kolejnej pętli. Pierwszy raz w życiu biorę udział w biegu, podczas którego nie muszę się śpieszyć. Przynajmniej na punktach odżywczych. Dziwne uczucie. Załatwiłem swoje sprawy i jestem gotowy ruszać w dalszą drogę, jednak mogę jedynie usiąść wygodnie na leżance i pomedytować chwilę, zanim ponownie wejdę na wysokie obroty.

Ostatnie szlify przekształcania Renault Master w przekozackie centrum dowodzenia.

O 7:57 opuszczamy cieplutkiego i przytulnego Kretobusa, po czym kierujemy się na linię startu. Spokojnie można było jeszcze chwilę odczekać, tak jak zrobiła to większość zawodników, którzy wysypują się z sali gimnastycznej dopiero, gdy ja melduję się pod zegarem. Zmarzną odrobinę mniej. Muszę to zapamiętać i na następnym okrążeniu wziąć przykład z bardziej doświadczonych w tej formule zawodników, tym bardziej, że dopiero po chwili dociera do mnie, jak gigantyczną różnicę robi te kilkadziesiąt sekund. Zagrzane w kretobusie ciało bardzo szybko odczuwa zmianę temperatury. Te kilka chwil wystarcza, żebym zaczął dygotać, więc podskakuję w miejscu, żeby cokolwiek rozgrzać się mechanicznie. Nie przynosi to zbyt wielkich rezultatów, ale na pewno jest lepszym pomysłem niż stanie i czekanie przez kolejną minutę na start, która z niewyjaśnionych przyczyn zdaje się trwać zdecydownie więcej, niż standardowe 60 sekund, tylko po to, żeby przeszywający mróz mógł się poznęcać nade mną dłużej, niż sam bym sobie tego życzył. Dla jednej osoby to jest wystarczający argument, żeby nie kontynuować biegu. Po pierwszej pętli zostaje nas 37 osób na planszy. Na szczęście równo o 8:00 ruszamy na drugie okrążenie, więc mam nadzieję za chwilę rozgrzać się na dobre.

DRUGA PĘTLA: 6,7 km (13,4 km)

Ruszam agresywnie, żeby jak najprędzej się rozruszać i rozgrzać zmarznięte ciało. Wyglada na to, że przeszywający mróz nie tylko mi daje się we znaki. O ile wydaje mi się, że ja startuję odrobinę za szybko, to gość z szalikiem w barwach Rumunii goni przede mną, ile sił w nogach. Gdy po kilkuset metrach zastanawiam się, na ile wystarczy mu pary w nogach, zdecydowanie zwalnia i daje się dogonić grupie pościgowej. Być może już się rozgrzał. Być może to właśnie jest metoda, bo w moim przypadku, o ile w korpus nie jest mi już niemiłosiernie zimno, to palce u rąk mam totalnie skostniałe. Dosłownie ich nie czuję.

Jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie bardziej bojowej pozycji, polegającej na wysunięciu palców i zaciśnięciu dłoni w pięści. Teraz mogę przejść do aktywacji mięśni poprzez naprzemienne i rytmiczne zaciskanie i rozluźnianie dłoni, żeby zwiększyć przepływ krwi i cokolwiek bardziej rozgrzać paluchy.

Fot: Aneta Mikulska.

Dopiero drugi zbieg po niecałych dwóch kilometrach przynosi mi ulgę dla palców. Zaczynam czuć, że nadal je mam i sprawuję nad nimi kontrolę, a one reagują poprawnie. Dla większego komfortu kontynuuję pompowanie wyimaginowanych piłek antystresowych i widzę Rumuna, który ponownie zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. Najwyraźniej u niego następuje efekt odwrotny i jemu na powrót jest zimno. W końcu bilans cieplny w przyrodzie musi być zachowany.

U mnie sytuacja poprawia się z każdym kilometrem. Na czwartym pozwalam sobie na ściągnięcie jednego kaptura i delikatne rozpięcie kurtki, podczas gdy pobratymiec Drakuli szarpie co chwilę jak stary maluch na mrozie. Raz szybko, zaraz znowu wolno. Jeśli tak zamierza ładować cały dystans, to nie wróżę mu sukcesu. Niemniej nie mogę odpuścić i pozwolić mu na zbyt dużą przewagę. Również przyspieszam, ale tylko trochę, z nadzieją, że Rumun za chwilę ponownie się zadławi i będzie musiał przyhamować, co po kilkuset metrach okazuje się proroczą wizją.

Na ostatniej prostej gość podejmuje się finiszu w stylu olimpijskim, a jeszcze jeden zawodnik zdaje się wysapywać pod nosem coś o potrzymaniu mu piwa i chłopaki lecą łeb w łeb na złamanie karku. Ja tym razem odpuszczam. Nie stracę do nich dużo, a z pewnością jeszcze będzie okazja, żeby się odegrać. Wbiegam na metę po 33 minutach, zaledwie 3 sekundy za zwycięzcą okrążenia i awansuję na najniższy schodek podium w klasyfikacji generalnej, tracąc do lidera 17 sekund, więc biorąc pod uwagę czekające na nas jeszcze niecałe 15 godzin biegu, możemy uznać, że w zaokrągleniu jest remis. A teraz czas załatwić najważniejszą sprawę.

Wbiegam do hali sportowej i czym prędzej lecę do toalety, z nadzieją, że jeszcze nikt nie zdążył jej zająć, a wszyscy ludzie z obsługi, support pozostałych zawodników i ewentualni kibice załatwiają swoje potrzeby podczas gdy my jesteśmy jeszcze na pętli. Naciskam na klamkę wierząc, że dzięki Karmie nie napotkam żadnego oporu i… jest! Drzwi stają otworem a moim oczom ukazuje się najzwyklejsza toaleta w stylu europejskim. Nie jakaś tam dziura w ziemi, tylko regularny sedes z rolką papieru toaletowego, a na jego naprzeciwległej ścianie umywalka z mydłem i ręcznikiem papierowym. Przecieram oczy ze zdumienia. Serio serio?

To jest dopiero komfort. Po tych wszystkich ultra, które miałem przyjemność przebiec, przyzwyczajony do mocno spartańskich warunków na zdecydowanej większości punktów odżywczych, stoję w przedsionku triumfu ludzkiej myśli sanitarnej. To wartość dodana, którą można zrozumieć tylko po kilku przymusowych wizytach w toitoiach, kiedy z trudem doniosło się do nich zbędny balast i pomimo szczerej niechęci do skorzystania z tych wytworów diabła, nie miało się wyjścia i trzeba było załatwić się w tym przybytku ludzkiej rozpaczy. A tutaj? Twarda, ale solidna muszla z deską bez najmniejszego pęknięcia pozwalająca na ergonomiczne zakotwiczenie na niej własnym tyłkiem i zafundowanie mu doznań rodem z najbardziej luksusowych salonów pielęgnacyjnych. A na koniec będzie można nawet umyć ręce w ciepłej wodzie. O suszeniu nie wspominając. W takich warunkach można biec. To znaczy robić przerwy od biegania i z radością wracać tu z każdą potrzebą. To jest komfort psychiczny, którego nie da się kupić. +150 do samopoczucia.

Z uśmiechem na ustach i odrobinę zdziwiony, że pierwsze siku zaliczam zaledwie po półtorej godziny biegu, wracam do Kretobusa, gdzie zaczynamy serwis. Na pierwszy ogień idzie zupka rybna z tostem, którą następnie zapijam wszystkimi specyfikami w płynie. Cola, izo, białko i herbata. W sumie wychodzi tego prawie pół litra płynów, a mimo to mam wrażenie, że nadal chce mi się pić. Tego się nie spodziewałem. Przy zimowej aurze zakładałem tankowanie niedużych ilości, a na ten moment mam ssanie większe niż Smok Wawelski, mimo że Daniel nie nakarmił mnie baraniną z siarką.

Suplementacja w toku.

Po zaspokojeniu głodu i pragnienia czas na tajną broń numer jeden. Odpalamy ogrzewacze do rąk. Pudełko 30 sztuk tego cudownego szczytu myśli inżynieryjnej, zakupione w Decathlonie za całe 59,99 zł pozwoli mi kontynuować bieg bez obawy o odmrożenie sobie palców, obumarcie ich tkanek, a następnie ich późniejszą amputację. Już nieraz uratowały mi tyłek, czy może raczej kończyny, więc jestem pewien, że tym razem również spiszą się na medal. Trzeba jedynie pamiętać, żeby wyjąć je z opakowania odrobinę wcześniej, żeby wspomóc kinetykę reakcji zawartego w nich sproszkowanego żelaza po kontakcie z tlenem.

Okrążenie przebiegnięte, brzuszek najedzony i napojony, ekwipunek poprawiony, relacja na fejsa wrzucona, a tu jeszcze dobre dziesięć minut do startu przed nami. Co robić? Przecież nie będę scrollować. Jestem gotowy do wyjścia na trasę i chciałbym już ładować, tymczasem muszę się zmierzyć z przymusową przerwą. Przyznaję, że formuła Backyard Ultra nieznacznie rozbija logistykę. Nie ma, że chcesz teraz biec. Trzeba się dostosować, a tym nadgorliwym pozostaje jedynie głębszy oddech i poluzowanie gumki w gaciach. Daniel, wziąłeś talię kart?

Z powodu braku kart, stawiam na stoicki relaks w postaci wyciągnięcia się na leżance, odrobinę przedłużając wyjście z Kretobusa. Tym razem czekamy do podwójnego sygnału dźwiękowego oznaczającego 120 sekund do rozpoczęcia kolejnego okrążenia. W zupełności wystarcza to na dotarcie na linię startu i po raz kolejny poczucie na własnej skórze tego okropnego otulającego wszystko wokół mrozu, pomimo posiadania potrójnej warstwy ubrań.

TRZECIA PĘTLA: 6,7 km (20,1 km)

Przyznaję bez bicia, że nie jest to bieg, na którym dużo się dzieje. Gdyby zrobić z tego relację live, obawiam się, że z osób obserwujących zostałyby tylko takie, których łącze zawiesiło się i nie są w stanie jej opuścić. Cała reszta już dawno zajęłaby się czym znacznie atrakcyjniejszym wizualnie, na przykład transmisją ze Speed Chess Championship albo zakupami online. Emocje zupełnie jak na grzybach lub podczas łowienia ryb. Jedyny fakt wart uwagi to ogrzewacze, które pracują już na pełnych obrotach ograniczając dyskomfort w dłoniach, jednak do ideału nadal mi czegoś brakuje. Działają w obrębie dłoni i podstawy palców, ale najwyraźniej nie wystarczają żeby ogrzać wszystkie moje kikuty. Końcówki palców nadal mi drętwieją. Jest lepiej niż było, jednak spodziewałem się większego komfortu. Na szczęście ponowne wysunięcie paluchów i potraktowanie ogrzewaczy w ten sam sposób co piłki antystresowe, bardzo szybko pozwala mi utwierdzić się w przekonaniu, że nic mi nie odpadło. I całe szczeście, bo to dosyć istotna składowa mojego potencjalnego sukcesu na Backyard Ultra.

Przez pierwszą połowę okrążenia prowadzę ja, słysząc za sobą sapania kilku pozostałych zawodników. Trzymają się na tyle blisko, że gdybyśmy byli pod prysznicem koedukacyjnym, odczuwałbym podejrzanie nieprzyjemną presję. Na szczęście to tylko Backyard Ultra i nikt mnie nie atakuje, bo musiałby przedzierać się przez głęboki śnieg poboczem. Sytuacja zmienia się po drugim zakręcie, mniej więcej w połowie okrążenia. Ścieżka robi się na tyle szeroka, że Rumun przechodzi do ataku i bardzo szybko zwiększa swoją przewagę. Jednak po poprzedniej pętli wiem, że nie warto tracić energii na pogoń. Zapewne zaraz i tak się zrównamy. Tymczasem dochodzi do mnie inny zawodnik, ale zamiast gonić naszego pobratymca spod Karpat, przybija ze mną żółwika i przedstawia się jako Przemek, inicjując jedną z najbardziej nieprawdopodobnych przygód jakie mnie do tej pory spotkały na biegach.

Fot: Aneta Mikulska.

Mój towarzysz przyjechał tutaj aż z Wrocławia, po swoim debiucie w zeszłorocznym Backyardzie, gdzie wykręcił 27 pętli, a formuła spodobała mu się na tyle, że bieżący sezon postawowił poświęcić w całości tym specyficznym zawodom. A jest w czym wybierać i najbardziej zagorzali fani tej dyscypliny mogą startować nawet dziesięć razy w jednym sezonie. A przynajmniej tyle rozgrywek Backyard miało miejsce w poprzednim roku w Polsce, więc biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie wśród wiary, z powodzeniem można założyć, że na rok 2026 ich liczba nie będzie mniejsza. I to w samej Polsce. Prawdziwe zboki mogą jeszcze pokręcić ten wynik i wystartować w innych krajach. Podejrzewam, że już wkrótce usłyszymy o pierwszym rekordzie Guinnessa w liczbie pokonanych Backyard Ultra w jednym roku.

A wracając do Przemka, widać, że gość wie czego chce. Przejechał prawie 400 km, żeby wziąć udział w tym biegu, co więcej, biegnie w komforcie, nie męcząc się w przeciwieństwie do Rumuna szarpiącego bardziej niż internet na wsi 20 lat temu. Najwyraźniej stawia na rywalizację do samego końca. Czasu albo jego samego. Szkoda. Po cichu liczyłem, że niemiłosierny mróz wytępi wszystkich zawodników przed upływem doby, a ja zgarnę główną nagrodę jeszcze tego samego dnia. Tak to sobie wyobraziłem w moich najskrytszych pragnieniach, niestety rzeczywistość nie jest aż tak łaskawa. Mięczaki już dawno poodpadały wstając dzisiaj rano i konfrontując swój udział w Backyard Ultra z temperaturą na zewnątrz. Ci, którzy stawili się na starcie nie są ludźmi z przypadku. Nikt normalny nie wstaje o 5 rano i nie idzie pobiegać, gdy nawet Yeti zakłada czapkę i błaga o herbatę. Zostali sami twardziele i prawdopodobnie każdy z nas zrobi wszystko, żeby wytrzymać do jutra do 7 rano.

Biegniemy obok siebie nawiązując nić porozumienia, która z każdym krokiem rozrasta się do poplątanej kłębowiny włóczki, w której nie sposób rozpoznać gdzie jest początek a gdzie koniec. Świetnie nam się rozmawia, dzięki czemu kilometry nagle wydają się zdecydowanie krótsze, jednak na koniec dnia rywalizujemy pomiędzy sobą. Czuć pomiędzy nami energię. Nadajemy na tych samych falach i bardzo szybko złapaliśmy kontakt. Niestety obaj wiemy, że na końcu jest tylko jeden kawałek pizzy. Nie może być dwóch zwycięzców. Któryś z nas będzie musiał pokonać tego drugiego tempem. Jeden zostanie w tyle. Na szczęście zanim to nastąpi, przed nami długa droga. Obecnie możemy się skupić na przyjemnościach.

Kilometr przed metą doganiamy Rumuna, któremu najwyraźniej skończyły się po raz kolejny pokłady energetyczne, jednak wyczuwszy zagrożenie walczy o utrzymanie swojej pozycji. Do końca okrążenia kilkukrotnie wymieniamy się pozycjami, a ostatecznie Przemek wpada na metę pierwszy z czasem 32:21, ja sekundę za nim, a Rumun dwie po mnie. W klasyfikacji generalnej podium wygląda następująco: Vlad prowadzi, ja tracę do niego zaledwie 7 sekund, a Przemek do mnie 5, co oznacza, że różnice z dwóch pierwszych okrążeń jeszcze bardziej stopniały.

Dopiero w drodze do Kretobusa dociera do mnie, że zrobiliśmy to okrążenie tempem poniżej 5 min/km. Dycha w 50 minut. Maraton w 3,5 godziny. I tak przez całą dobę? Zdecydowanie za szybko. Biegowa eutanazja. Jak tak dalej pójdzie zajedziemy się nawzajem, a wisienki na torcie zostaną dla tych bardziej rozsądnych z tyłu, którzy potrafią dać sobie na wstrzymanie i nie ścigają się od pierwszego kilometra. Mimo to nikt z nas nie chce odpuścić. Pocieszam się faktem, że nie jest to jeszcze tempo, którego utrzymanie sprawia mi problem. Zatem muszę jedynie pociągnąć ten stan przez kolejne 140 kilometrów.

W Kretobusie po trzeciej pętli Daniel serwuje mi żurek z tostem. Mocno kwaskowy doskonale przełamuje wytrawny smak poprzednich zupek. Wchodzi idealnie, choć zastanawiam się czy to wystarczy. Moja strategia żywieniowa „mało i często” oznacza jeden kubek zupy o pojemności 200 ml na każdej przerwie. W konsekwencji mam wrażenie, że jeszcze bym coś opędzlował na ciepło. Delikatne ssanie odrobinę mi przeszkadza, jednak nie chcę przeholować w drugą stronę i obciążyć żołądka, żeby nie skończyło się kolką, a w najgorszym przypadku wykręceniem jeszcze szybszego okrążenia w pogoni do toalety. Bardzo mi ona przypadła do gustu, jednak mimo wszystko w miarę możliwości chciałbym uniknąć wpadania do niej na większości okrążeń.

Ciężko znaleźć idealny środek, tym bardziej, że jeszcze muszę zmieścić w brzuszku izotonik, colę, białko i herbatkę. Niemniej dopycham się jeszcze kilkoma garściami chipsów i żelkami Haribo, które również przyjmują mi się zadziwiająco dobrze i mam nadzieję, że już za chwilę poczuję odrobinę więcej sytości. Zostaje mi jeszcze kilka minut na kompletny relaks, a po drugim gwizdku 35 osób rusza ponownie na trasę. Jedna potwierdziła koniec rywalizacji po trzecim kółku, a druga została zdyskwalifikowana. Natomiast dla nas zostaje jeszcze tylko 7 razy tyle i również będziemy mogli odpocząć.

Na tym etapie nastroje nadal gdzieś w okolicach stratosfery.

CZWARTA PĘTLA: 6,7 km (26,8 km)

20 km w nogach powoli stabilizuje rozkład pionków na planszy. W zasadzie cały czas biegniemy z Przemkiem ramię w ramię zostawiając resztę ekipy w tyle. Przynajmniej od połowy trasy, gdzie szerokość ścieżki na to pozwala. Natomiast pierwszą połowę jedziemy pociągiem. Ja robię za lokomotywę, a on jest krok za mną. Tempo mamy cały czas stabilne, w okolicach 5 min/km, co pozwala na pogłębienie naszej znajomości, jednak z tyłu głowy cały czas zadaję sobie to jedno najważniejsze dla mnie pytanie. Kiedy on przyśpieszy? Patrząc na niego, spokojnie mógłby lecieć odrobinę szybciej. Wmawiam sobie, że ja również, jednak wolałbym tego nie weryfikować. Jeszcze zbyt wcześnie na planowanie mata i mam nadzieję, że Przemek podziela ten pogląd.

Sprawdza mnie dopiero na ostatniej prostej, gdy wychodzimy z zakrętu na pięćdziesiąt metrów przed metą. Nieznacznie przyśpiesza, wysuwając się odrobinę na prowadzenie. Moje oczy natychmiast przekazują tę informację do pnia mózgu, który podejmuje akcję obronną i zanim zdążę o tym pomyśleć nakazuje nogom szybsze przebieranie. Przemek nie odpuszcza i rozpędza się jeszcze bardziej starając się uzyskać jakąkolwiek przewagę na ostatnich metrach, jednak teraz, już zupełnie świadomie, bronię się przed jego atakiem wszystkimi swoimi siłami. Udowadniam, że sprint można wykonywać bez udziału godności, próbując dramatycznie nie utracić przyczepności, ale przynajmniej udaje mi się odrobić stratę tych kilku metrów.

Wbiegamy na metę równocześnie po 32 minutach i 37 sekundach. Kolejni zawodnicy pojawiają się dopiero minutę po nas. W konsekwencji przywdziewam wyimaginowaną żółtą koszulkę lidera i czuję się jak Adam Małysz po konkursie w Salt Lake City w 2001 roku. Przynajmniej właśnie tak sobie wyobrażam jego radość po odebraniu Martinowi Schmittowi plastronu lidera. W tamtym sezonie Orzeł z Wisły utrzymał prowadzenie do samego końca, a historia przecież lubi zataczać koła. Da się? Da się!

Nad Przemkiem nadal mam 5 sekund przewagi, a Rumun traci do mnie ponad minutę. Uradowany własnym sukcesem przybijam z Przemkiem piątkę i biegnę do łazienki odcedzić kartofelki. Los mi nadal sprzyja i nie muszę czekać w kolejce, zresztą całe szczęście, ponieważ wizyta odrobinę mi się przedłuża. Brak zrzutki porannej już sam w sobie był złamaniem mojej żelaznej i najbardziej podstawowej zasady biegowej. Tłumaczyłem to sobie zbyt wczesną pobudką, do której dorzuciłem teraz wcale niemałą ilość pożywienia przyjętą przez ostatnie cztery godziny. Całość konkretnie wytrząsłem na trasie, przez co niestrawione treści żołądkowe przesunęły się na koniec jelita grubego i muszę teraz zrobić więcej miejsca na przyszłe odpady, bo kolejna dostawa jest już w drodze.

Po kilku minutach jestem nieznacznie lżejszy i nadal mam mnóstwo czasu na tankowanie, przebranie się i odpoczynek. Zupka meksykańska z tostem zagryziona kolejną porcją chipsów, popita kompletem specyfików w płynie i zagryziona kilkoma żelkami na chwilę zaspokaja mój wilczy apetyt. W kwestii ubrań zmieniam tylko Buffki na głowie i na szyi, bo pomimo mrozu są kompletnie mokre, więc wyjście w nich na kolejne okrążenie to strzał w kolano. Reszty konstrukcji nie ruszam. Czuję wilgoć w skarpetkach i na plecach, ale żeby zmienić koszulkę, musiałbym zrzucić z siebie wszystkie trzy warstwy i zwyczajnie nie chce mi się tego robić, natomiast założenie nowych skarpetek oznacza konieczność zdjęcia stuptutów i rozsznurowania butów.

Same stuptuty nie są mi do niczego potrzebne. Śnieg wokół jest ubity i mógłbym je zostawić, a ich brak z pewnością dałby mi odrobinę więcej przyczepności, jednak w tym momencie zapewniają mi one dodatkowe wsparcie trzymając zwięźle buty. Bez nich przemoczone sznurówki mogłyby się rozwiązać w trasie, a przy tak małej przewadze nad Przemkiem nie mogę sobie pozwolić na przystanek celem zasznurowania buta. Z dwojga złego wolę mieć pewność braku przymusowych przystanków.

DreamTeam i TeamPlutt w jednym.

Niecałe dwie minuty przed startem piątej pętli po raz kolejny wychodzimy z cudownie ogrzanego wnętrza Kretobusa wprost w mroźną otchłań skazując się ponownie na znój, ziąb i w dalszej perspektywie cierpienie. Taki trochę fetysz jakby. Na szczęście zaczynam się przyzwyczajać do tego typu aspektów ultra. Dobrze, że chociaż ciemno nie jest.

PIĄTA PĘTLA: 6,7 km (33,5 km)

Do połowy okrążenia mam powtórkę z rozrywki. Absolutnie nic się nie dzieje, śnieg wszędzie, wokół ani żywej duszy poza uczestnikami Backyard Ultra, ja prowadzę, a za plecami słyszę sapanie. Po drugim zakręcie do moich uszu dochodzi odgłos przyspieszonego kroku i spodziewam się po chwili zobaczyć Przemka, tymczasem jakiś koleś w czerwonej kurtce wyrywa do przodu zostawiając mnie w tyle. Nie kojarzę go z poprzednich okrążeń, a na finiszowanie jest zdecydowanie za wcześnie, więc jedyne rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy, to wyjątkowo intensywne parcie na stolec, które nie pozwala gościowi utrzymać rozsądnego tempa i nakazuje ratować swoją godność. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do Rumuna facet nie zwalnia po kilkuset metrach, tylko pędzi, jakby gonił do Lidla przed zamknięciem w obawie, że mu się przeterminują kupony promocyjne.

Tymczasem, zgodnie z oczekiwaniami, Przemek wychyla się zza moich pleców chwilę później i dalszy ciąg pętli to kopiuj, wklej z poprzedniego okrążenia. Biegniemy razem, gadając bez końca, a na ostatniej prostej Przemek ponownie atakuje. Jego zryw jest delikatny, zupełnie jakby chciał sprawdzić, czy podejmę rękawicę, ale nie trzeba mnie namawiać. Muszę bronić swojej pozycji, więc ruszam przed siebie, przyjmując jak najbardziej aerodynamiczną pozycję i starając się zostawić rywala w tyle. Z pewnością wygląda to pokracznie, ale przynosi oczekiwany rezultat. Sędziowie rejestrują mój czas 33:27, wynik o sekundę lepszy niż Przemka, więc powiększam moją przewagę o jedno uderzenie serca. Pozostali zawodnicy są już ponad 2 minuty za nami w klasyfikacji generalnej.

W kretobusie Daniel dostosowuje się do moich narzekań na głód i zamiast kolejnej porcji zupki serwuje mi klopsiki drobiowe przygotowane przez moją małżonkę. Cała porcja nadal przyjmuje się znakomicie. Żołądek w najmniejszym stopniu nie odczuwa tego zwariowanego połączenia, którym traktuję go już od pięciu godzin, jednak Daniel już na tym etapie martwi się, czy nie skończy się to ponadprogramową wizytą w toalecie. Jak to mówią, jest ryzyko, jest zabawa. W tym momencie bardziej zależy mi na zaspokojeniu głodu. Na pustym baku i tak daleko nie zajadę, a z pełnym brzuszkiem będę przynajmniej w stanie dobiec do strefy zrzutu.

90 sekund przed południem po raz szósty ruszamy na linię startu. Śnieg zaczyna intensywniej padać. Jego grube płaty bardzo szybko pokrywają wszystko wokół, tak jakby było go tutaj mało. Wieńczy to wspaniałą zimową aurę, która odrobinę lituje się nad uczestnikami Backyard Ultra, podkręcając wyraźnie temperaturę. Termometr na starcie wskazuje teraz zaledwie -5°C. Przetrwaliśmy najgorsze, teraz powinno być z górki. Nie przekonuje to kolejnych dwóch osób, które rezygnują z dalszej rywalizacji. Na kolejne okrążenie ruszają 33 osoby.

Czy możemy już biec?

SZÓSTA PĘTLA: 6,7 km (40,2 km)

Na tym etapie Backyard Ultra sprowadza się do pętli świstaka. Prowadzę pierwszą połowę okrążenia, za drugim zakrętem dogania mnie Przemek i resztę trasy pokonujemy wspólnie, nawijając o wszystkim i o niczym. Jedyna różnica to końcówka, na której tym razem mój rywal nie atakuje. Lekkim krokiem przekraczamy linię mety niemalże w tym samym momencie. Mimo to sędziowie odnotowują czas Przemka na poziomie 34:08, a mój 2 sekundy gorszy. Ręczne odnotowywanie wyników w kapowniku w miejsce elektronicznego pomiaru czasu niesie za sobą takie ryzyko. Gdybym miał tego świadomość w momencie przekraczania mety, mógłbym się awanturować, jednak dowiem się o tym dopiero w Kretobusie. Wówczas zostaje mi jedynie analiza VAR.

Obawiam się jednak, że przebieg zawodów nie podlega wideorejestracji. Nie ma tutaj też sędziów VAR w specjalnym multimedialnym pojeździe, oglądających sygnał telewizyjny z rozgrywającego się biegu. Zostaje tylko arbiter główny, do którego można wylewać swoje gorzkie żale, ale chyba szkoda zachodu. Przed nami jeszcze 18 okrążeń, na których różnica między nami z pewnością się zmieni. A nawet jeśli nie to przecież piłka jest okrągła i równie dobrze może przytrafić się kolejna pomyłka, tym razem na moją korzyść. Daniel, szkoda czasu na takie pierdoły. W końcu nadal mam 4 sekundy przewagi w klasyfikacji generalnej. Dawa żryć, a ja lecę sprawdzić, czy stoją rowery.

Po trzecim siku szef kuchni serwuje mi powtórkę z rosołku z makaronem, saltsticka i szereg aperitifów bezalkoholowych. Cola idzie z dolewką, bo strasznie chce mi się pić. Sprzętowo zmieniamy chustki na głowie i rezygnujemy z ogrzewaczy na ręce. Temperatura wzrosła na tyle mocno, że w trakcie biegu odczuwałem gromadzącą się wilgoć w rękawiczkach i musiałem je zdjąć. Reszty konstrukcji nadal nie ruszamy, choć nie ukrywam, że cała góra zdecydowanie nadaje się już do wymiany. Siedząc wygodnie na leżance do moich nozdrzy zaczyna docierać już wcale nie taki delikatny smrodek. Najlepszy dowód na to, że te zabawne pałeczkowate bakterie tlenowe zwane potocznie maczugowcami, które dawno temu skolonizowały moje pachy, razem z wydzielającym się potem dostały już odpowiednią porcję pożywki w postaci białka, wody, soli oraz lipidów i teraz metabolizują tę całą mieszankę wybuchową zapewniając osobom w moim bliskim towarzystwie niezbyt przyjemne atrakcje węchowe. Daniel, wybacz. Przebierzemy się po kolejnej pętli, bo teraz zostało już mało czasu.

Ponieważ jest znacznie cieplej, a ja nie chcę uprzykrzać życia mojemu przyjacielowi jeszcze bardziej, ruszamy na kolejne okrążenie już na 3 minuty przed startem. Leciutki zefirek, który hula sobie pomiędzy zawodnikami pozwala również mi zapomnieć o istnieniu maczugowców, niestety każdy kij ma dwa końce. Pomimo zaledwie dwóch stopni poniżej zera, 3 minuty w zupełności wystarczają, żeby wyparowało ze mnie całe ciepło pozyskane w Kretobusie. Na kilkadziesiąt sekund przed rozpoczęciem siódmej pętli, z zimną zaczynam zaciskać mocniej zęby i bardziej intensywnie podskakiwać. Z zazdrością spoglądam na pozostałych zawodników, którzy stoją spokojnie na linii startu, od czasu do czasu machając jedną nogą lub ręką, bardziej jakby chcieli odgonić irytującą muchę, niż podtrzymać krążenie. Zrzuciłbym to na kwestie posiadania naturalnej warstwy ochronnej, której u mnie nie ma za dużo, ale przecież nie ścigam się z zawodnikami sumo. Większość z nich bardziej przypomina suchoklatesów niż beczkowozy, aczkolwiek nie wiadomo, co skrywają pod tymi kilkoma warstwami ubrań.

Ciagle w gazie.

SIÓDMA PĘTLA: 6,7 km (46,9 km)

Jakiś wariat pomylił Backyard Ultra z zawodami typu drag race i stawia sobie na punkt honoru pokonać całą pętlę w jak najkrótszym czasie. Już po kilkuset metrach znika nam z pola widzenia, lecąc po ewidentny rekord. To musi być ktoś z krótszego 7-pętlowego dystansu i najwyraźniej chce nadrobić zaległości. Ciekaw jestem, czy nas po 24 okrążeniach również będzie stać na taki spektakularny finisz. Na ten moment i tak radzimy sobie bardzo przyzwoicie, nadal kręcąc się wokół tempa 5 min/km. Z tą tylko różnicą, że na bieżącym okrążeniu jest nas trzech. Do naszego stabilnego duetu dołącza Andrzej i nagle pojawia się jeszcze więcej tematów do rozmowy.

Nowy okazuje się backyardowym wymiataczem, który w letniej edycji wykręcił 55 kółek. Do tej pory trzymał się z tyłu, ma do nas 3,5 minuty straty w klasyfikacji generalnej, ale najwyraźniej zdążył się rozgrzać i nie zamierza odpuścić dwóm nowicjuszom, z których przynajmniej jeden myślał, że wszystkie karty na stole już leżą odkryte. Andrzej udowadnia to mniej więcej kilometr przed metą, wchodząc na wyższe obroty i rozpoczynając dosyć długi finisz okrążenia. Zaskoczenie pozwala mu zyskać kilka metrów przewagi, jednak na naszą reakcję nie musi długo czekać. Ruszamy za nim w pogoń.

Przepustowość na pogaduchy się skończyła. Nikt nic nie mówi, a jedyne dźwięki, jakie nam towarzyszą to skrzypienie śniegu pod naszymi podeszwami oraz sapanie na przemian z cherlaniem wskutek niskiej temperatury. Panowie, nie macie litości? Może jednak odrobinę zwolnimy? Mój postulat nie spotyka się z zainteresowaniem, zapewne głównie dlatego, że nie mam siły wypowiedzieć go na płytkim oddechu i jestem w stanie jedynie wyartykułować swoje pragnienia w myślach. Chłopaki natomiast to nie mistrzowie Jedi, i w myślach mi nie czytają. Gonią przed siebie bez opamiętania i zastanawiam się jak my się zmieścimy w wąskiej ścieżce przy szlabanie oznaczającym wjazd do lasu. W jakiś nadprzyrodzony sposób dróżka na szerokość jednej osoby dorosłej mieści naszą trójkę i nikt nie kończy w okolicznym rowie, a przed nami zostaje ostatnie 100 metrów do pokonania.

Na ostatnim ostrym zakręcie wypadam z wirażu. Moje buty nie pozwalają na tak agresywną jazdę, więc zostaję delikatnie w tyle. Andrzej jako pierwszy zamyka to okrążenie, Przemek zaraz za nim, a ja 3 sekundy później z czasem 34:05. W konsekwencji, po niecałych 47 km i prawie 4 godzinach biegu, jestem liderem zawodów z zaledwie jednosekundową przewagą nad drugim zawodnikiem. 3 mrugnięcia okiem. 1 machnięcie psim ogonem. Albo uchem słonia. Z drugiej strony, w jedną sekundę może się wydarzyć całkiem sporo rzeczy. Ziemia pokonuje około 30 km wzdłuż swojej orbity. Mucha macha 200 razy swoimi skrzydełkami. Komputery wykonują miliony operacji. Niby mało, ale jeszcze sporo się może wydarzyć.

Jedyny minus to nogi. Ten sprint do mety sporo mnie kosztował. Za nami niewiele ponad 25% trasy, a ja zaczynam odczuwać w mięśniach, że rozgrzewkę mamy już dawno za sobą. Tymczasem przed nami jeszcze ponad 100 km i dobre 10 godzin ładowania, zakładając, że wytrwamy do końca. Miało być na spokojnie, miało być rozsądnie, a wyszło jak zawsze. Najwyraźniej nie są to tylko moje spostrzeżenia, ponieważ Paweł Żuk zaczepia mnie na wyjściu z toalety po moim czwartym już siku, rzucając do mnie zwięzłe „Daniel, Daniel, uważaj…”. Uważam. Serio. Uważam, że mogę to dziś wygrać. Jednak nie mogę odpuszczać, jeśli chcę to dowieźć. Przecież chłopaki również muszą odczuwać maraton w nogach.

Wracam do Kretobusa, na obiad wjeżdza zupka rybna z tostem, a na przebranie dostaję komplet ciuchów na górę. Gaci nie ruszam, bo musiałbym zdejmować również buty. Sucha i ciepła koszulka oraz wszystko co idzie na nią w zupełności wystarcza, żebym poczuł powiew świeżości. Kładę się na leżance, wyciągając kopyta wysoko do góry, żeby one również odrobinę odpoczęły. Czeka je jeszcze sporo pracy, więc wierzę, że te kilka minut lewitacji odbije się pozytywnie na moich kolejnych kilometrach.

Stanowisko regeneracyjne.

ÓSMA PĘTLA: 6,7 km (53,6 km)

Śnieg nadal intensywnie prószy, usypując puchowy dywanik wszędzie dookoła. Uwielbiam ten pierwszy krok na świeżą, grubą i białą warstwę, która wydaje wtedy jedyny i niepowtarzalny chrup-puff-owy dźwięk. Drugie tąpnięcie w tym samym miejscu już nie jest takie samo. Ten suchy i miękki odgłos zachęca mnie swoją stłumioną delikatnością do postawienia kolejnego kroku odrobinę dalej. Wiatru nie ma, temperatura nadal jest bardzo znośna, dlatego korzystam chętnie z tego zaproszenia, tym bardziej że nowiutkie ubranko nie pozwala mi się wychłodzić tak szybko, jak na poprzednich okrążeniach i w końcu mogę udać się na start z uśmiechem na twarzy, którego mróz nie rozbija już po kilkudziesięciu sekundach. Dla takich chwil warto się odrobinę pomęczyć na Backyard Ultra. Choć nie wszyscy podzielają moje zdanie. Jedna osoba nie rusza z nami na kolejne okrążenie, a kolejna zmienia zdanie zaraz po przekroczeniu linii startu, zjeżdżając do bazy najkrótszą możliwą drogą, co oznacza, że na trasę rusza 31 osób.

Nasze trio z czołówki śmiga przez całą pętlę jak przecinak, aczkolwiek przyznaję sam przed sobą, że naprawdę odczuwam już dosyć intensywnie mięśnie nóg. Wierzę, że chłopaki również, choć patrząc na Przemka, wygląda on jakby był na wakacjach. Spokojny, pewny krok za krokiem, zero oznak zmęczenia, zakładając, że jego pokasływanie jest jedynie pochodną niskiej temperatury, do tego swobodna gadka bez gwałtownych haustów powietrza. Jeśli aktorzy, to naprawdę oskarowo. Druga opcja to genetyczna niesprawiedliwość, jednak bardziej przychylam się do pierwszej. Nie może być aż takim gigantem. Przecież musi odczuwać 50 km w nogach. A przynajmniej powinien. Choćby dla przyzwoitości.

Gdy na ostatniej prostej, ku mojemu zdziwieniu, żaden z nich nie atakuje, tym razem ja postanawiam ich przetestować, rzucając zwięzłe: „No to ognia!”. Inicjując sprint, tym razem ja mam lekką przewagę, ponieważ chłopaki najwyraźniej nie spodziewają się natarcia z mojej strony. Bardzo szybko udaje mi się wypracować drobną przewagę, którą oni starają się zniwelować na ostatnich metrach, na szczęście dla mnie, bezskutecznie. Kończę okrążenie z czasem 34:38, a oni 2 sekundy po mnie. W ten oto piękny sposób udaje mi się poprawić swoją przewagę nad Przemkiem o całe 200%. Szkoda, że nominalnie przekłada się to na marne 3 sekundy łącznego zapasu. Zawsze lepiej to niż jedna, ale nie oszukujmy się, w taki sposób nie wygrywa się Backyardów. Przynajmniej nie do tej pory.

Zziajany padam na leżankę w Kretobusie. Ta końcówka sporo mnie kosztowała, więc zanim przejdę do pałaszowania żurku z tostem, muszę uspokoić oddech. Spoglądam na zegarek w obawie przed przekręconym licznikiem na zarejestrowane tempo, a tam 163 uderzenia na minutę. Łeee! Bałem sie, że będzie ponad 200. 163 to nadal moja strefa niskiej intensywności. Nie ma obawy, że skończę na OIOM-ie, zamiast na najwyższym schodku podium. Daniel, gramy dalej! Dawaj izo i białeczko.

Moje +20 do motywacji zostaje podkręcone jeszcze bardziej przez pukanie w tylne drzwi Kretobusa. Gdzie tam pukanie, walenie jak w drzwi od obory, przez co cała karoseria, którą jesteśmy otoczeni, wchodzi w rezonans i mam wrażenie, że za chwilę popękają mi bębenki w uszach. Podczas gdy ja mam obawy, czy to przypadkiem ktoś nie żąda od nas przeparkowania Kretobusa, choć nie mam pojęcia, co moglibyśmy blokować na tym odludziu w sobotnie popołudnie, okazuje się, że to moi najbardziej zagorzali kibice postanowili nas odwiedzić i zagrzać do dalszej walki. Sprzedaję sobie, że sława zobowiązuje, a fani potrafią pojechać naprawdę daleko za wspieraną przez siebie drużyną, choć prawda jest dużo bardziej przyziemna. Dziewczyny z mojej poprzedniej pracy zwyczajnie mieszkają tuż obok i zawinęły do nas przy okazji weekendowego spaceru. Niemniej nadal mnie to bardzo cieszy i podnosi na duchu. Ludzie patrzą, trzeba dać z siebie wszystko.

Kibice!

Nakręcony na kolejne kilometry wyskakuję z Kretobusa, wypatrując Przemka i Andrzeja. Chłopakom zdecydowanie również nie brakuje motywacji, bo już po chwili stajemy obok siebie i czekamy na dzwon rozpoczynający dziewiątą pętle. Jeszcze tylko 2/3 trasy. Nadal ponad 100 km. Dla kolejnych trzech osób jest to wystarczający powód, żeby zrezygnować z rywalizacji, więc zostaje nas 28.

DZIEWIĄTA PĘTLA: 6,7 km (60,3 km)

Ruszamy na ostatnie okrążenie za dnia. Reszta biegu będzie się odbywać po ciemku. Tym razem lecimy we dwóch, Andrzej trzyma się bardziej w tyle, a nam z Przemkiem zostaje coraz mniej tematów na pogaduchy. Już się wystarczająco poznaliśmy, przerobiliśmy swoje biegi odbyte i te ze sfery marzeń, porównaliśmy obuwie, plany treningowe, żywieniowe i regeneracyjne. O czym tu jeszcze pogadać? Przecież nie będziemy sobie opowiadać dowcipów.

Możemy jeszcze przerobić miejsca do trenowania, zaczepić trochę o życie prywatne, a w ostateczności zagaić o pogodę. Natomiast prawda jest taka, że moją głowę coraz bardziej zajmują pytania o to, ile jeszcze będziemy lecieć razem? Czy Przemek w pewnym momencie zaatakuje mocniej i wcześniej niż przed samą metą? Czy po prostu cierpliwie czeka, aż wykończę się sam prowadząc każde okrążenie?

Pod koniec okrążenia ponownie odczuwam zmęczone mięśnie. Cały czas trzymamy ambitne tempo. Jest wprawdzie wolniej niż na początku, bo to nie 5 min/km, ale 5:15 raczej sugerowałoby osobom postronnym popukać się delikatnie w skroń i spojrzeć na nas jak na wariatów niespełna rozumu, biorąc pod uwagę, że raczej obaj liczymy na walkę do samego końca, czyli jeszcze przez ponad 100 km.

Zaraz za ostatnim wirażem, na 50 metrów przed metą, spinam wszystkie mięśnie, gotowy do kolejnego zrywu, który tym razem nie nadchodzi. Przemek nie atakuje. Ja też nie. I jest mi to bardzo na rękę. Zachodzę w głowę, czy on również ma dosyć szarpania, zbiera siły na później, czy zwyczajnie się ze mną drażni, gdy kończymy wspólnie okrążenie z czasem 35:13.

Dwa kocury.

Z wrażenia zahaczam o toaletę, fundując sobie pełny serwis. Kolejne siku w zasadzie przestaje mnie dziwić. Najważniejsze, że kolor jest naturalny i bardzo jasny. Natomiast moje centrum dystrybucji końcowej dopiero teraz daje sygnały, że terminal przeładunkowy jest już pełny i musi nastąpić wydanie towaru.

Z przerażeniem łapie się mocniej muszli klozetowej. Z poprzednich ultra znam bardzo dobrze takie niemiłe zaskoczenia, które po odpowiedniej ilości wstrząsów zapewnionych tysiącami kroków w biegu, wyrzucają na zewnątrz całą zawartość silosu odpadowego i to w formie fontanny radości, a bez prawidłowego zabezpieczenia podbijają właściciela czyniąc z niego całkiem przyzwoitego kandydata do lotów orbitalnych, a przynajmniej zapewniając mu chwilowe doznania stanu nieważkości.

Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Nie ma potężnej siły odrzutu, mogącej swoją falą uderzeniową uszkodzić fundamenty toalety. Nie ma odgłosów gromów, zwiastujących nadejście jeźdźców apokalipsy. Nie ma rykoszetu, przed którym należałoby się chować w obawie o swoje życie lub zdrowie. Jest tylko akcja „czysty przelot”, po której papier toaletowy jest w zasadzie zbędną formalnością. Klasyczna „czwórka” w skali bristolskiej. Do ideału brakuje jedynie ocen sędziowskich za styl i lądowanie.

Wracam do Daniela, zastanawiąc się, jak to jest możliwe, że moje jelita w mrozie, ciągłym ruchu i diecie złożonej z zupki meksykańskiej, rybnej, chipsów oraz żelków nadaj działają jak szwajcarski zegarek. Absolutnie wszystko elegancko się trawi. Straty są minimalne. Zero waste pełną gębą. Z drugiej strony, po co się martwić. Tu się trzeba cieszyć. Niejednokrotnie odczuwałem skutki uboczne zbyt frywolnego miksowania różnych posiłków podczas biegu i tego samego obawiałem się podczas Backyard Ultra, tymczasem żołądek radzi sobie ze wszystkim bez zarzutu i najwyraźniej czeka na więcej, bo ponownie burczy mi w brzuchu.

Mój przyjaciel serwuje kolejny kubek zupki meksykańskiej z tostem, która nie jest w stanie zaspokoić mojego apetytu. Zeruję wyjedzoną do połowy paczkę chipsów, poprawiam żelkami i liczę, że to wystarczy na jeszcze jedno okrążenie. Zadziwiający jest ten bieg dla mnie. Jem bez opamiętania. Piję zresztą też. Mimo to nadal jestem głodny i spragniony, jednak boję się wrzucić więcej na ruszt, żeby nie przesadzić.

Podwójny gong, oznaczający 120 sekund do rozpoczęcia kolejnego okrążenia każe nam opuszczać Kretobusa. Pozostałych 23 zawodników, uszczuplonych o kolejne cztery osoby, również wysypuje się z hali sportowej. Niektórzy są ubrani na tyle lekko, że robi mi się zimno od samego patrzenia na nich. Jak oni to wytrzymują? Mnie zaczyna telepać, zanim jeszcze dochodzimy do strefy startowej. Nie umiem sobie poradzić z mrozem, nawet wykonując dynamiczne ruchy i podskoki. Temperatura przeszywa mnie na wylot, nie pozostawiając cienia wątpliwości kto tutaj rozdaje karty. Zawsze myślałem, że relatywnie dobrze znoszę chłód, ale już teraz rozumiem, że tylko pod warunkiem zapewnienia sobie odpowiedniego ubioru. A trzy warstwy cienkich łaszków do biegania to zdecydowanie za mało, żeby z godnością znosić -9°C w miejscu.

Co innego, jesli celem jest bieganie. W takiej sytuacji to nawet odrobinę zbyt dużo. Z niecierpliwością wyczekuję ostatniego gongu, po którym będziemy mogli w końcu ruszyć na trasę. Od tego momentu jeszcze przez jakieś dziesięć minut będę musiał zagryzać mocniej zęby, co i tak nie pomoże mi na wszechogarniający mnie ziąb. Natomiast po kolejnych dziesięciu rozepnę kurtkę i zdejmę rękawiczki, ponieważ zacznę się gotować od środka. I tak co godzinę.

DZIESIĄTA PĘTLA: 6,7 km (67 km)

Jest dokładnie tak, jak przewidywałem. Zabawa w zimno – ciepło trwa w najlepsze. Co więcej, przedłużająca się cisza znacząco wpływa na odczucie czasu spędzonego na trasie. Mam wrażenie, że okrążenie trwa teraz zdecydowanie dłużej, niż kiedy trajkotaliśmy z Przemkiem o czymkolwiek. Trzeba o coś zagaić, żeby milej się biegło, i żebym nie musiał tak długo czekać na rozgrzanie się.

Ostatnie okrążenie przed zmrokiem.

Zapytany o plany na ten sezon, mój towarzysz zwierza mi się, że celuje w Polską Ligę Backyard. W tym momencie zapala mi się światełko. Zasady są bardzo proste, wygrywa zawodnik, który pokona najwięcej okrążeń we wszystkich Backyardach w skali roku. Potwierdza to jedynie determinację Przemka, z pewnością będzie leciał tutaj w opór. Jednak z drugiej strony nie musi wygrać. Przecież w takiej sytuacji interesuje go jedynie liczba pokonanych pętli. Wystarczy, że przebiegnie wszystkie 24 i będzie miał największą możliwą cegiełkę w drodze do zwycięzcy Polish Backyard Ultra League. Więc po co się żyłować. Mógłby odrobinę zwolnić i dać mi wygrać. Miły dżentelmeński gest. Nie obraziłbym się.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie zaproponować mu tego wspaniałego rozwiązania, jednak ostatecznie gryzę się w język. Chyba rzeczywiście odrobinę za bardzo bujam w obłokach. Przemek wygląda jakby wyszedł sobie na spacer po bułki do sklepu, więc najwyraźniej nie jest to dla niego zabójcze tempo. Tym samym nie ma przesłanek do zwolnienia. Pozostaje mi jedynie nadzieja, że zmięknie prędzej niż ja, a póki co będziemy robić zawody w sikaniu na odległość na ostatnich 50 metrach pętli.

I rzeczywiście na ostatniej prostej mój rywal ponownie atakuje. Jednak oszczędzenie sił na poprzedniej pętli pozwala mi odeprzeć jego natarcie bez problemów. Po raz kolejny wbiegamy na metę równocześnie, z czasem 36:23, wśród śmiechów sędziów i innych osób postronnych, które z zaciekawieniem przyglądają się dwóm wariatom chcącym rozstrzygnąć bieg ultra, jeszcze zanim rozkręci się na dobre.

Daniel lituje się nade mną i serwuje mi posiłek stały. Miałem jechać cały czas na zupkach, jednak głód zbytnio mi doskwiera, dlatego jeszcze zanim mój przyjaciel poda do stołu, już wiem co będzie grane. Wspaniały rybny aromat pomieszany z korniszonami wypełnia wnętrze Kretobusa, drażniąc moje nozdrza, a tym samym powodując skurcz żołądka. Nie muszę długo czekać. Już po chwili w moich rękach lądują dwa naładowane po same brzegi pastą tuńczykową tosty. Jeszcze ciepłe. Chrupiące z wierzchu, ale nasiąknięte roztopionym masłem stanowią doskonałe wypełnienie delikatnej struktury ryby. Jej wyraźny morski aromat przełamany sokiem z cytryny, natką pietruszki, drobno posiekaną cebulką i kaparami zapewnia wrażenia gastronomiczne rodem z Disfrutar w Barcelonie. Nie jestem pewien, jeszcze nie byłem w najlepszej restauracji świata, jednak właśnie tak wyobrażam sobie niebo w gębie, więc tam musi być podobnie. Tylko pewnie stolik z zastawą mają ładniejszy niż ta nasza plastikowa skrzynka i papierowy talerzyk. Jednak wierzę, że test na ślepo nie wykazałby najmniejszej różnicy.

Danie godne finałów MasterChef.

Tego mi było trzeba. W końcu czuję, że zjadłem coś konkretnego. Wiem, że ludzie pokroju Roberta Hardkorowego Koksu Burneiki, wyśmialiby ten konkret w postaci „jakichśtam kanapećek”, jednak schabowy z kartofelkami to trochę dużo jak na posiłek podczas biegu. Tosty doskonale zaspokajają mój głód i dzięki nim, pełen wigoru, którego zabrakło trzem kolejnym ultrasom, wychodzę na następne okrążenie, w towarzystwie pozostałych 20 osób.

JEDENASTA PĘTLA: 6,7 km (73,7 km)

Tosty z tuńczykiem to dla mnie istny sok z gumijagód połączony z wywarem Panoramixa. Już kilka chwil po rozpoczęciu okrążenia czuję, że robi mi się ciepło. Dorzucenie solidnego ładunku do pieca przynosi oczekiwane rezultaty. Kolejna niespodzianka czeka na mnie na podbiegach. Nie są duże, a mimo to na tym drugim udaje mi się wypracować całkiem niemałą przewagę nad Przemkiem. Przełamanie! Pękł! Okapł! Czy to możliwe? Niby 65 km w nogach robi swoje, ale przecież dopiero co biegliśmy ramię w ramię i miał jeszcze wystarczająco pary, żeby zaatakować. Zresztą nieważne, robię swoje. Może uda mi się go zaszachować. Mat to z pewnością nie będzie, ale warto się sprawdzić. Na potęgę posępnego tuńczyka (na tostowym tronie), mocy przybywaj!

Wyzwalam z siebie wewnętrzną siłę, którą trzymałem głęboko w Czesiu na czarną godzinę i kuję żelazo, póki gorące, starając się jeszcze bardziej powiększyć moją przewagę. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku, żeby nie przepalić się za bardzo. Lewa, prawa, lewa, prawa, wdech, wydech, spokojnie i do przodu. Powtarzam tę sekwencję w kółko jak mantrę, mającą pomóc mi utrzymać się na prowadzeniu. Stały rytm pomaga utrzymać skupienie. Każdemu mojemu „prawa” oraz „lewa” towarzyszy charakterystyczne „chrk”, które wydaje zdeptany już wielokrotnie śnieg pod moimi nogami. Nie jest to tak nieskazitelny dźwięk, jak wspomniane wcześniej „chrup-puff”, jednak w zupełności wystarcza do wyznaczania tempa.

Wszystko idzie zgodnie z planem, dopóki coś nie wybija mnie z rytmu. Moje „chrk” – „chrk” – „chrk” zostaje przytłumione przez „chrk” – „chrk” – „chrk” o zupełnie innej częstotliwości. Z przerażeniem zerkam za siebie i widzę Przemka oddalonego ode mnie zaledwie o kilka metrów. A za nim ani żywej duszy. Tylko ciemna noc. Kilka chwil później zrównuje się ze mną, a ja mam bardzo poważne obawy, czy będzie chciał się odegrać i podtrzymać mocne tempo. Jednak nic takiego się nie dzieje i do mety zmierzamy już obok siebie. Wmawiam sobie, że jego pogoń za mną kosztowała go więcej, niż moja karkołomna próba wysunięcia się na prowadzenie i tej wersji będę się trzymać.

Fot: Aneta Mikulska.

Pętlę zamykamy równocześnie z czasem 35:49 i ponad trzyminutową przewagą nad kolejnymi zawodnikami. Przeliczając to na łączny czas zawodów, mamy prawie jedenaście minut zapasu nad trzecim zawodnikiem po tych jedenastu pętlach, natomiast między nami nadal są zaledwie trzy sekundy różnicy.

Zziajany kładę się na leżance w Kretobusie i opowiadam Danielowi o mojej mało efektywnej szarży. Tuńczyk z gumijagód druida Danieloixa zapewnił mi moc na początek, niestety efekt był krótkotrwały i nie byłem w stanie uciec Przemkowi. Co więcej, miałem wrażenie, że gnam jak błyskawica, a wykręciłem jedno z wolniejszych okrążeń do tej pory. Czarno to widzę. Dawaj coś mocniejszego od tuńczyka. Niestety garkuchnia nie przewidziała więcej tajnych receptur, więc funkcję energetycznego kociołka regeneracyjnego przejmuje zupa rybna, a w miejsce sycących lembasów wjeżdża podsmażony na patelni tost obficie posmarowany masłem. Być może nie wygląda to jak siłodajna uczta herosa, ale musi wystarczyć. W połączeniu z lewitacją nóg, dobrym słowem od mojego przyjaciela i chwilą kompletnego relaksu powinno dać mi wystarczająco pary na kolejną pętlę.

DWUNASTA PĘTLA: 6,7 km (80,4 km)

Kolejne okrążenie. Nic się nie dzieje. Drzewa stoją, a śnieg leży. Tylko my we dwóch przebieramy nogami obok siebie. Dopiero teraz dociera do mnie, jak trudnym wyzwaniem jest Backyard Ultra. Ośnieżony las ma swój urok, ale jeszcze gdy YouTube w Polsce raczkował, rekordy popularności biło nagranie o wymarzonym domku w Karkonoszach, na rzecz którego, jego nowy właściciel porzuca wielkomiejski zgiełk i przeprowadza się w góry. Pierwszy śnieg to fala ekscytacji i nieskończony entuzjazm do ośnieżania swojej posesji pośród nadal padających z nieba płatków śniegu. Kilka dni z rzędu poświęcone na tę fantastyczną dyscyplinę sportową, jaką jest zasuwanie z łopatą, której efekty regularnie są niweczone przez przejeżdżający pług śnieżny, bardzo szybko wymusza zmianę zdania odnośnie cudowności nowego miejsca zamieszkania. W konsekwencji nasz bohater ma serdecznie dosyć Karkonoszy, złorzecząc na wspaniałą białą kołderkę przykrywającą wszystko dookoła.

Ja jeszcze nie jestem na tym etapie, nie rzucam jeszcze mięsem na myśl o kolejnych okrążeniach, ale słowo daję, tu się nic nie dzieje. Każde kółko przypomina poprzednie, a jedyny znak zapytania to to, czy uda mi się odeprzeć atak Przemka na końcówce pętli. No właśnie, skoro już przy tym jesteśmy.

Całe okrążenie biegniemy relatywnie wolno, choć i tak w zasięgu wzroku nie mamy żadnego innego zawodnika. Spokojne tempo najwyraźniej sugeruje mojemu rywalowi, że siły mam już na wyczerpaniu, więc wyrywa z zaskoczenia przed siebie. Nie to, żebym oczekiwał jasnego, werbalnego komunikatu z jego strony, jednak zanim udaje mi się zebrać w sobie do odparcia ataku, Przemek jest już dobre trzy metry przede mną, co biorąc pod uwagę nasze tempo, przekłada się na potencjalną sekundę przewagi w wyniku okrążenia. Uwzględniając margines błędu percepcyjnego, wynikający z braku elektronicznego pomiaru czasu, mój kompan ma szansę wyrównać mój czas narastająco, a na to przecież nie mogę pozwolić.

Biodra do przodu! Cycki też! Mam wrażenie, że za chwilę popuści mi suwak w bluzie od tego wypinania klaty, jednak jeśli to ma być cena obrony pozycji, jestem na to gotów. Zaczynam agresywnie machać rękami zgodnie z ruchem nóg, żeby podtrzymać ich rytm, a kopyta wyciągam na tyle wysoko, na ile pozwalają mi zmęczone już czworogłowe mięśnie ud. Wbijam wzrok w Przemka i zamieniam się w Predatora. Mózg wyrzuca ostatnie zapasy dopaminy i endorfin, żeby podtrzymać pogoń na najwyższych obrotach. Wszystko to dzieje się automatycznie, na zasadzie odruchu bezwarunkowego. Zanim jeszcze zdążę zdać sobie z tego sprawę, moje ciało pędzi ile sił w nogach za uciekającym mi przeciwnikiem.

Z radością obserwuję, jak odległość między mną a moim celem zmniejsza się z każdym krokiem. Nie czuję bólu ani zmęczenia, adrenalina wyłączyła wszystkie bodźce zewnętrzne. Ważne jest tylko i wyłącznie dopadnięcie Przemka i utrzymanie przewagi.

Podpatrywanie najlepszych występów Usaina Bolta ma swoje plusy. Dopadam do Przemka w ostatnim możliwym momencie, przebiegając linię mety z czasem 37:22, pośród westchnieć ze strony organizatorów podsumowanych znudzonym „A ci znowu to samo…”, zupełnie jakby kibicowali dwóm strużkom schnącej farby. I rzeczywiście. Kolejne okrążenie z rzędu udaje mi się utrzymać trzysekundową przewagę. Półmetek rywalizacji pozwala mi podejrzewać, że generalnie temat już mamy zamknięty. Andrzej traci do nas prawie 13 minut. Najprawdopodobniej wszystko rozegra się między mną a Przemkiem. Mam nadzieję, że na moją korzyść.

Daniel, odpalamy akcję full serwis. Zmieniamy wszystko poza butami. Buffki, bluzy, koszulka, rękawki, skarpetki i spodnie dają cudowne poczucie komfortu. Jednak zmiana zakiszonych gaci na upoconym przez dwanaście godzin tyłku to prawdziwy game changer. W pełni rozumiem, dlaczego niemowlaki tak bardzo lubią suchą pieluszkę. Gigantyczna różnica. Nawet jeśli nie mam pod ręką Bepanthenu. Całość wieńczy pomidorówka z ryżem, którą Daniel wysępił od organizatorów, poprawiona tostem z dżemem, żebym nie marudził na głodek po pojedynczym kubeczku. Po takim pit stopie mogę z powodzeniem walczyć dalej.

Fot: Aneta Mikulska.

TRZYNASTA PĘTLA: 6,7 km (87,1 km)

Mamy przepołowione. Od teraz z każdym krokiem będziemy mieć bliżej do mety, niż dalej. Osiemdziesiąt kilometrów w siedem godzin, a dla niektórych nawet dziewięć. Dystans i tempo zbyt ambitne dla 22 osób, które już od pewnego czasu regenerują się w ciepłych domkach. A ja razem z 15 innymi zawodnikami podejmuję walkę z drugą połową Backyard Ultra.

Co ciekawe, tym razem na plecach siedzi mi Andrzej. Przemka brak. Nie przejmuję się tym, w końcu nieraz doganiał mnie po kilkuset metrach, jednak gdy na drugim podbiegu nadal mam za sobą tylko jedną osobę, zaczynam się zastanawiać, co się stało. A może zaniemógł? Albo wizyta na klopie go zatrzymała? Doskonale wiem, jak bardzo ciśnienie na ultra potrafi przytwierdzić do sedesu, a Backyard Ultra nie ma taryfy ulgowej. Dwie sekundy spóźnienia na start i jesteś najsłabszym ogniwem, odpadasz. Zero litości.

Kiedy już jestem pewien, że mogę zacząć dzielić skórę na niedźwiedziu, okazuje się, że niedźwiedź nadal żyje i ma się dobrze. Przemek pojawia się dwa kroki za mną i nie odpuszcza już do samej mety. Zacna zagrywka. Już sobie robiłem nadzieję. Już widziałem siebie na najwyższym schodku podium. Już się cieszyłem na powrót do domu przed kolejną nocką. Niestety życie ma bardzo specyficzne poczucie humoru, a nadzieja zniknęła jeszcze szybciej, niż się pojawiła. Nie tym razem. Ta walka jeszcze potrwa.

Na mecie pojawiamy się z czasem 37:06, po raz kolejny ramię w ramię. Po raz kolejny dobre kilka minut przed pozostałymi zawodnikami. Powinienem powiedzieć, że po raz kolejny głodny jak wilk, ale w tej kwestii zaskakuję sam siebie. Chyba w końcu się najadłem. Zajęło to trzynaście godzin, ale w końcu mnie nie ssie. Dla przyzwoitości pochłaniam garść kabanosów, banana i kilka kawałków pomarańczy. Jakiekolwiek paliwo muszę dotankować na obronę przed atakami Przemka.

Komu bije dzwon?

CZTERNASTA PĘTLA: 6,7 km (93,8 km)

Mam wrażenie, że Backyard Ultra sprowadza się do najkrótszego starcia świata, poprzedzonego 6,5-kilometrowym rozbiegiem. Ani ja, ani Przemek nie jesteśmy w stanie wygrać tej potyczki i równocześnie mijamy linię mety. Jedyne urozmaicenie to czas okrążenia, który ulega nieznacznemu wydłużeniu po każdej godzinie i obecnie wynosi już 37:43. Potem następuje serwis w Kretobusie, pożywka, tankowanie, zmiana chust na głowie i dojście na kolejne okrążenie.

Dopiero teraz zaczynam rozumieć, dlaczego najtrudniejszy odcinek Backyard Ultra, to ten pomiędzy własnym krzesełkiem a linią startową i nie mierzy się go w metrach, a w jednostkach oporu psychicznego, który już na tym etapie ma rozmiar Oceanu Spokojnego. Nie mam pojęcia, jak długo będę w stanie odpierać ataki Przemka. Jedyne, czego jestem pewien, to jeszcze większego zmęczenia w nogach i równie ambitnego tempa, jeśli nadal chcę walczyć o zwycięstwo.

PIĘTNASTA PĘTLA: 6,7 km (100,5 km)

Po 38 minutach kolejnej pętli Przemek jeszcze raz przeprowadza swoją szarżę, a mnie ponownie udaje się obronić. Przybijamy piątkę i z zazdrością patrzę na jego twarz. Wygląda świeżo. Kompletnie nie widać po nim zmęczenia. Jak on to robi? Czego on się nażarł? A najważniejsze, jak go złamać?

Po przebraniu i porcji klopsików nie chce mi się wychodzić na zewnątrz. Wizja sterczenia na linii startu w oczekiwaniu na ostatni gong mnie przeraża, więc przedłużam pobyt w Kretobusie do maksimum. Pozostałych jedenastu zawodników, którzy dotrwali do tego momentu, wysypuje się już z hali sportowej, a ja nadal czekam. Wiem, że kilka minut po starcie rozgrzeję się na powrót, ale te kilka chwil stania w mrozie jest dla mnie traumatyczne. Jestem już zmęczony do tego stopnia, że zanim dojdziemy te marne siedemdziesiąt metrów na start, mnie już zaczyna telepać. Zęby wprowadzają mnie w błąd, bo szczękają mi tak głośno, że nie jestem pewien, czy to obsługa trasy nie wzywa do rozpoczęcia okrążenia, czy może moje ciało chwyta się ostatniej deski ratunku i zdesperowane nadaje alfabetem Morse’a sygnał o azyl w jakimkolwiek ciepłym pomieszczeniu. Gdyby nie fakt, że dzwonią nieustannie i bez składu, niczym poczatkująca orkiestra perkusyjna, dałbym się nabrać.

Docieramy do linii startowej dosłownie dziewięć sekund przed rozpoczęciem szesnastego okrążenia, a mimo to mam wrażenie, że jeśli nie ruszymy od razu, popadnę w głęboką hipotermię. W sumie to dreszcze, senność i płytki oddech towarzyszą mi już od pewnego czasu, więc nawet bym się kwalifikował. Bronię się jedynie brakiem bradykardii, bo w trakcie biegu tętno skacze mi powyżej 160 uderzeń na minutę. Matko i córko, ruszajmy już, proszę!

SZESNASTA PĘTLA: 6,7 km (107,2 km)

Obfite opady śniegu znacznie zmniejszają moją przyczepność. Wielokrotnie wpadam w poślizg, nawet na prostych odcinkach, dlatego muszę zwolnić. Ku mojemu zdziwieniu Przemek traktuje to jako zaproszenie i nie zostawia mnie w tyle. Okrążenie kończymy po 40 minutach bez 33 sekund, oczywiście z szaleńczą szarżą na samym końcu, choć z pewnością jej tempo również pozostawia wiele do życzenia w porównaniu z pierwszymi okrążeniami. Mimo wszystko nadal wyciska ze mnie ostatnie siły.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.

W Kretobusie nie jestem w stanie się zagrzać, mimo że Daniel rozkręca jeszcze bardziej piecyk. Piekło bije mi w twarz ogniem piekielnym, który aż szczypie, nieudolnie próbując mnie podgrzać, a od tyłu lodowaty wiatr podwiewa mi plery przez dziurę w drzwiach, wybierając ostatki ciepła z mojego ciała. To ten sam przypadek co słowa rozsądku w głowie durnia o cerze dojrzewającej dynii, stojącego na czele jednego z najpotężniejszych państw na świecie. Jedną stroną wpadają, a drugą wypadają, a w środku zostaje pustka, pośród której hula zimny wiatr. Akcja czysty przelot, tyle że w zupełnie innej formie. Jedyna różnica to odczucia. Nie da się zignorować przeszywającego zimna. Odczuwam to całym sobą, telepiąc się w drgawkach, podczas gdy głupota nie boli. Jeśli ktoś jest durniem, nie jest przecież w stanie tego pojąć. Musiałby posiadać jakiekolwiek minimalne zasoby zdrowego rozsądku, żeby zdawać sobie sprawę z własnej głupoty.

Daniel ratuje mnie przed hipotermią, przykrywając mnie kurtką zimową, co znacznie poprawia sytuację, jednak równocześnie przeraża, ponieważ wiem, że za chwilę będę musiał ją zdjąć. Odpalamy też tajną broń numer dwa w postaci raczków, z nadzieją, że to zniweluje nadmiar poślizgów na trasie.

SIEDEMNASTA PĘTLA: 6,7 km (113,9 km)

Raczki to jest to! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Teraz przy każdym kroku kolce przebijają się przez twardy i zbity śnieg, zupełnie jakbym miał na nich glebogryzarki. Aż żałuję, że trasa nie prowadzi przez pole pod uprawę warzyw, przynajmniej ktoś by skorzystał z mojego mielenia i napowietrzania gleby. Użyźniam tak całe okrążenie, zastanawiając się, czy przypadkiem sam pod sobą nie kopię dołków poprzez zostawienie za sobą bruzd przeciwpiechotnych. W końcu najprawdopodobniej będę musiał jeszcze siedem razy pogonić tę samą trasą. Niemniej warunki będą równe dla wszystkich, a mnie przynajmniej nie będą rozjeżdżać się nogi na zakrętach.

Niczego więcej nie oczekuję po kolejnym okrążeniu poza lepszą przyczepnością. Wszak już od kilkunastu godzin klepiemy w kółko to samo, tymczasem Backyard Ultra po raz kolejny pokazuje, jak bardzo potrafi zaskoczyć. Po niecałych 40 minutach i kolejnym sprincie do mety, czeka na mnie niespodzianka, której kompletnie się nie spodziewam. W ten mroźny, sobotni wieczór wszyscy normalni ludzie zajmują się relatywnie przyziemnymi sprawami. Netflix, piwo, wieczór z drugą połówką, walka z usypianiem dzieci, tego typu atrakcje, aczkolwiek być może istnieje coś jeszcze. Nie do końca się znam, mój repertuar jest mocno ograniczony. Ci z odrobinę zerwanym śmigłem, po położeniu pociech spać, przyjeżdżają po 11 w nocy do Chotomowa pokibicować kilku wariatom, którzy naparzają tutaj kilometry od dobrych 17 godzin. I jeszcze przywożą im tajną broń numer 3 w postaci świeżo upieczonego ciasta marchewkowego. Takich ludzi jest na świecie bardzo niewielu, nie dla każdego wystarczy. Na szczęście, biorąc pod uwagę wszystkie moje dobre uczynki z przeszłości, karma postanowiła, że to właśnie mi w udziale przypadnie taki ponadprogramowy support i zesłała mi znajomego, który ma mi dać dodatkowe punkty motywacji w pakiecie ze wspomnianym wypiekiem.

Ciasto marchewkowe wspaniale zmienia wytrawny i trochę wymęczony smak zupek oraz klopsików. Mróz skrzypi za oknem, śnieg sypie obficie z ciemnego nieba, a ja siedzę opatulony w kurtkę zimową, która dla postronnej osoby z powodzeniem mogłaby uchodzić za domowy flanelowy kocyk w kratkę. Wyobrażam sobie, że piecyk gazowy, z którego bije silny żar, to kominek do połowy załadowany pękającymi szczapami drewna, obok którego raczę swoje kubki smakowe cudowną korzenną mieszanką przypraw, doskonale rozprowadzonych w wilgotnym, ciemnym i puszystym cieście marchewkowym. Zapijam ten wspaniały deser gorącą herbatą z pomarańczą i cytryną, gawędząc radośnie z Danielem i dopiero co przybyłym Andrzejem. Wypisz, wymaluj wieczór wigilijny. Brakuje jedynie opłatka i Świętego Mikołaja, a przy tym stanie wycieńczenia to prawdopodobnie również białej myszki.

Prawie jak Wigilia.

Jest za to odpowiednik pierwszej gwiazdki. Jest nim dzwon wzywający zawodników na kolejne okrążenie. Bardzo miło się plotkuje, niestety Backyard Ultra sam się nie wygra. We trzech opuszczamy Kretobusa zaraz po drugim gongu, żegnam się z Andrzejem, który z kompletnie niezrozumiałego dla mnie powodu nie ma ochoty spędzać z nami kolejnych sześciu godzin i zamierza wrócić do ciepłego domku. Urazy żywić nie będę.

OSIEMNASTA PĘTLA: 6,7 km (120,6 km)

Widać wyraźnie spadek formy. Na każde kolejne okrążenie potrzebujemy trochę więcej czasu. Tym razem po raz pierwszy spędzamy na trasie ponad czterdzieści minut. Niestety Przemek nie odpuszcza. Atakuje tak, jak za każdym razem, a ja mam wrażenie, że kolejnej szarży już nie przetrwam. Trzy czwarte trasy za nami. Zostało jeszcze 6 pętli, 47 km i zdecydowanie mniej czasu na regenerację po każdym okrążeniu.

W drodze na kolejną pętlę zaczepia mnie Paweł Żuk, mówiąc, że te dwie sekundy to trochę mało, żeby być pewnym swojego. Statystyki z poprzedniego okrążenia jeszcze nie są dostępne na stronie zawodów, ale byłem przekonany, że wbiegliśmy na metę równocześnie. Być może tylko mi się wydawało. Zresztą ja naprawdę muszę dosłownie wypruwać z siebie flaki, żeby dotrzymać kroku Przemkowi. Być może zostałem odrobinę w tyle i sędziowie urwali sekundę z mojej przewagi. To w zupełności wystarczy, żeby uruchomić mój wewnętrzny system mechanizmów obronnych. Uciekać nie mam dokąd. Nie poddam się. Zostaje mi walka. Muszę przejść do natarcia, w przeciwnym razie mój rywal wykończy mnie tymi krótkimi zrywami. To nie jest moje ultra. Ja rozgrywam swoje inaczej.

Dopiero później dowiem się, że Paweł się pomylił. Różnica między nami to nadal równe trzy sekundy. Jednak to już nie jest istotne. Już wiem, co mam robić. Zmiana strategii. Po raz pierwszy od dawna z niecierpliwością czekam na ostatni gong, pozwalający nam ruszyć na trasę. Teraz albo nigdy. Stawiam wszystko na jedną kartę.

Nawet Kretobusowi jest zimno.

DZIEWIĘTNASTA PĘTLA: 6,7 km (127,3 km)

Ogień. Od samego początku. Ile sił w nogach. Wprawdzie dużo tych sił nie zostało, jednak lata w ultra zdążyły mnie nauczyć, że zawsze jest jakaś rezerwa, po którą można sięgnąć, a czasmi później tego żałować. 2:42 w maratonie i 72 godziny w Biegu Kreta zobowiązują. Jestem pewien, że mogę jeszcze przycisnąć, nawet jeśli kopyta zaczynają powoli odmawiać posłuszeństwa. Na drugim zbiegu widzę pierwsze efekty. Przemek jest sporo w tyle. Wprawdzie ten scenariusz już raz przerabialiśmy, wówczas bez problemu mnie dogonił. Tym razem nie mogę na to pozwolić.

Po wielu godzinach i kilometrach biegu zmęczenie fizyczne bierze górę nad ergonomią biegu. Po dumnie startującym zawodniku z wyprostowaną postawą i wypiętą klatką piersiową nie ma ani śladu. Ciało zaczyna mówić własnym językiem, który ma do przekazania tylko jeden komunikat: „Już wystarczy, to boli„. Choć pewnie bardziej adekwatne byłoby „Czy ciebie już do reszty po… rąbało?! Naprawdę ci mało? Nie możesz jak wszyscy normalni ludzie potruchtać kilka chwil i pójść spać na noc, tylko nap… arzasz kółka do upadłego?!?!„. Zamknięte barki wyglądają, jakby chciały okryć całą zapadniętą klatkę piersiową. Zgarbione plecy i krótszy ruch ramion pchają miednicę w dół. W konsewencji krok znacznie się skraca, a kolana prawie w ogóle nie unoszą się do góry. Gdyby ktoś szukał obsady do nowej ekranizacji Dzwonnika z Notre Dame, powinien zacząć rozglądać się w okolicach mety jednego z dłuższych ultramaratonów, gdzie kandydatów będzie miał w bród i zamiast werbować Quasimodo, z powodzeniem będzie mógł zająć się zatrudnianiem obsady do Poranka żywych trupów. Ewentualnie Nocy żywych trupów, w zależności od pory dnia. Będzie też można przyoszczędzić na charakteryzacji, bo ultras po dobie wygląda w zasadzie na umarłego.

Ta błędna postawa bardzo negatywnie odbija się na ekonomii biegu. Jeśli mam się utrzymać na wysokich obrotach, muszę skorygować wszystkie cechy złej sylwetki. Głowa, szyja, barki, klatka, miednica, ręce, nogi, kolana i oddech. Wszystko musi grać idealnie. Z każdym kolejnym krokiem katuję sam siebie zwięzłym „Postawa, głupcze!”.

Nie odwracam się za siebie. Nie ma sensu. Jeśli nie dam rady uciec Przemkowi, na pewno zaraz usłyszę go za sobą. Szybciej i tak już nie daję rady. Dopiero na pierwszym zakręcie odważam się spojrzeć przez ramię, dzięki czemu czuję, jak ciśnienie ze mnie schodzi. Gdzieś daleko w tyle migocze do mnie pojedyncze światło czołówki. Najprawdopodobniej Przemka, jednak najważniejsze, że nie jest blisko. Ciśniemy dalej!

Postawa, głupcze! Muszę się cały czas pilnować, bo czuję, jak ciało samo broni się przed jeszcze większym łomotem, starając się skulić do pozycji embrionalnej, podczas gdy przede mną jeszcze dobrze ponad połowa okrążenia. Postawa, głupcze! Niestety bieg „w trupa” powoli zaczyna zbierać swoje żniwa. O ile odpowiednią postawę jestem w stanie wymusić na sobie, o tyle nie mogę utrzymać wdychania powietrza nosem. Mam wrażenie, że za chwilę się uduszę, próbując wciągnąć życiodajny tlen przez nozdrza. Niby przewody drożne, a ja mam wrażenie, że emisje zbieżne uniemożliwiają mi swobodną inhalację. Muszę przejść na oddychanie torem ustnym, przez co zaczynam charczeć jak dwudziestoletni Fiat Stilo z przerdzewiałym tłumikiem. Nie rokuje to najlepiej, ale może do końca okrążenia uda się utrzymać mocne tempo.

Dopiero na ostatniej prostej mam odwagę spojrzeć za siebie. Ciemność. Nikogo. Udało się! Dziwne uczucie. Z jednej strony ogromna radość. Z drugiej… Przez 17 godzin miałem towarzysza niedoli, z którym dzieliłem swój los na Backyard Ultra. Przyzwyczaiłem się do niego na tyle, że zostawienie go w tyle wzbudza we mnie tęsknotę. Taki trochę syndrom Sztokholmski. Uwielbiałem go, bo miło nam się razem biegło, równocześnie nienawidząc, bo wymuszał na mnie zwariowane tempo. A teraz czuję się jak żona Lota, która nie była w stanie walczyć z potrzebą odwrócenia się i spojrzenia ostatni raz na Sodomę. Przynajmniej nie zamieniam się w słup soli i mogę gnać dalej do mety.

Za ostatnim zakrętem widzę już namiot sędziowski. Trochę dziwne, że nikt się przy nim nie kręci. Kilka chwil później przekraczam linię mety i zaglądam do prowizorycznej stróżówki. Pusto. Może śpią? W sumie nie powinno to dziwić, zważając na godzinę. O w pół do drugiej w nocy zdecydowana większość społeczeństwa śni w najlepsze o czymś przyjemnym. Aczkolwiek rola obsługi biegu zobowiązuje. Wydzieram się w niebogłosy, z nadzieją, że ktoś z w jakiś nadprzyrodzony sposób pojawi się obok mnie i zaliczy mi okrążenie, ale nic takiego się nie dzieje. Dopiero po chwili słyszę radosne „Tutaj!” i widzę Daniela machającego do mnie z Kretobusa w oddali. Organizatorów nadal brak. Zerkam na zegar. 32:30. Odejmuję 5 sekund stracone na poszukiwania sędziów i biegnę do hali sportowej z nadzieją, że moja własna relacja w zupełności wystarczy na odnotowanie czasu ukończenia okrążenia.

Nikogo wokół.

Pogoniłeś go? – Pyta Daniel, wychodząc mi naprzeciw, ale przez zmarzniętą gębę nie jestem w stanie nic wyartykułować. Nawet najprostsze „tak” nie chce wyjść mi z ust, więc bełkoczę coś w stylu „Yhy…” i wskazuję ręką na budynek obok, a potem na swoje raczki, z nadzieją, że Daniel zrozumie, o co mi chodzi. Na szczęście zbyt dużo czasu spędzilismy razem na przeróżnych ultra. Klepie mnie po plecach, po czym pomaga mi zdjąć kolce z butów, bo skostniałymi palcami nie jestem w stanie tego zrobić sam. Następnie wraca do Kretobusa, a ja mogę udać się do szefostwa.

– P-wł…, t-m… n-k-g… n-ma… – Staram się, żeby zabrzmiało to składnie, jednak nadal mocno skostniała szczęka bardzo utrudnia mi poprawną dykcję.
– Jak to nie ma?! – Pyta zdziwiony Ojciec Dyrektor.
– No… ny-ma…
– A gdzie jest Sebastian? – Nadal docieka Paweł, ale nawet nie próbuję odpowiedzieć, tym bardziej, że drzwi do toalety uchylają się i wychodzi z niej zaskoczony chłopak, który kilka minut temu powinien był przywitać mnie na mecie.
– Pa-wł… Czy-dź-ści dwa… dwa dź-ści p-ńć… – Rzucam do chłopaków i zostawiam ich z tym, wbijając się do łazienki. Spinanie wszystkich mięśni podczas tego okrążenia, łącznie z tymi brzusznymi, zwiększyło znacznie ciśnienie w mojej jamie brzusznej. Samo to być może nie byłoby zgubne, ale połączone siły grawitacji i perystaltyki również dorzucają coś od siebie do głównego zbiornika. W konsekwencji cały odpad biologiczny przesuwa się niebezpiecznie blisko końca układu pokarmowego i bardzo mocno naciska na wrota, żądając wydostania się na zewnątrz.

O czwórce w skali bristolskiej mogę zapomnieć. Tym razem ledwo udaje mi się ściągnąć gacie i wskoczyć na tron, gdy zwieracze nie wytrzymują zwiększonej presji i przegrywają walkę o utrzymanie wszystkiego w ryzach, postulując o wprowadzenie typu ósmego, zaraz po tym opisanym jako „wodnisty, bez stałych elementów (ciecz)”. Coś w stylu „Prędkość przelotowa pocisku balistycznego oraz właściwości fizyczne rozpaczy.”. Żołądek zmęczył się tymi dziewiętnastoma godzinami i nie chce już trawić. Większością treści pokarmowej gardzi, odrzucając wszystko jak leci, z determinacją bliską Izabeli Łęckiej spuszczającej Wokulskiego na drzewo. Skoro on tego nie strawi, a weszło we mnie jedną stroną, muszę sie tego pozbyć sam tylnymi drzwiami. Innego rozwiązania nie ma. A trochę się tego nazbierało. Mam wrażenie, że mogłbym reklamować Pringlesy. Raz wieczko pop i nie chcesz stop. Nie mogę zejśc z kibla i boję się, że za chwile się przeleje. Gdzie to wszystko się zmieściło? Czasami mam wrażenie, że wyhodowałem w brzuchu małą czarną dziurę, która niestety, po kilkunastu godzinach oddaje wszystko, co pochłonęła od ostatniego ultra.

Po kilku minutach jestem przekonany, że teraz będzie mi się biegło zdecydowanie lżej. Naprawdę, dużo, dużo lżej. Chwiejnym krokiem wracam do Kretobusa, a Paweł zaczepia mnie w drodze, potwierdzając, że uwzględnili mój czas w oficjalnych wynikach. Dodaje, że nikogo nie było na mecie, ponieważ zwyczajnie nie spodziewali się, że na tym etapie ktoś jeszcze będzie tak mocno gonił. W sumie ja też nie, więc luz. Bez urazy.

Padam na leżankę, trzęsąc się z zimna. Naprawdę dużo mnie kosztowało to okrążenie. Nie mogę się zagrzać. Piecyk chodzi na najwyższej mocy, leżę pod kurtką, a ja szczękam zębami jak dzwon wzywający na kolejną pętlę. Daniel proponuje coś do jedzenia, ale nie jestem w stanie się uspokoić. Musi mi dać chwilę na opanowanie konwulsji, choć nie jestem pewien, czy to zimne i przemarznięte ciało jest w stanie się ogrzać. Mija dobre 10 minut, zanim drgawki ustępują i jestem w stanie swobodnie odpowiedzieć mojemu przyjacielowi. Tak, tost z dżemem może być.

Niecałą minutę przed drugą w nocy ruszamy na linię startu. Pomino grubej, puchowej kurtki, którą zrzucam na kilka sekund przed rozpoczęciem okrążenia, mróz i tak przeszywa mnie na wylot, wymuszając wierzgające nogi, trzęsące się ręce i mimowolne skurcze całego ciała. Muszę wyglądać jak cudem ocalała ofiara lawiny śnieżnej, będąca o krok od hipotermii. Mimo to jestem z siebie niesamowicie dumny. Ponad czterominutowa przewaga, którą wywalczyłem na poprzednim okrążeniu, wydaje się być przepaścią w porównaniu z trzema sekundami, które utrzymywały się pomiędzy nami przez ostatnie 17 godzin. Pół sukcesu za mną. Teraz jedynie muszę utrzymać się za Przemkiem. Zakładam, że będzie teraz walczył o zniwelowanie tej różnicy.

Jeszcze tylko pięć pętli.

DWUDZIESTA PĘTLA: 6,7 km (134 km)

Tak jak podejrzewałem, Przemek rusza z kopyta, starając się odrobić stracone minuty. Dosłownie siadam mu na plecy i robię wszystko, żeby nie oddalił się ode mnie bardziej niż na długość ramienia. Oczywiście ponownie wymaga to ode mnie pełnego skupienia na postawie, jednak tym razem zupełnie odpuszczam kwestię poprawnego oddychania. W zasadzie od początku pętli nie robię sobie nic z wdechów przez usta. Najważniejsze to nie zgubić Przemka.

Bez najmniejszych skrupułów uprawiam drafting, choć nie ma się co oszukiwać. Przy zerowym wietrze i tempie niewiele poniżej 5 min/km benefit w postaci zaoszczędzonej energii jest zbliżony do podmuchu powietrza w plecy wywołanego przelatującą obok muchą. Wprawdzie na tym etapie i przy aktualnym zmęczeniu nawet to wziąłbym z pocałowaniem ręki, choć raczej kompletnie tego nie odczuwam. Bardziej chodzi tu o efekt psychiczny. Zwyczajnie czuję się lepiej, wmawiając sobie, że przynosi mi to jakąkolwiek korzyść.

Ku mojemu zdziwieniu, zamykamy okrążenie równo po 33 minutach. Zachodzę w głowę, dlaczego Przemek nie przycisnął bardziej na poprzedniej pętli, skoro teraz ma wystarczająco pary, żeby mocniej dokręcić śrubę. Niestety dla niego, jest już za późno. Narastająco moja przewaga nadal wynosi cztery minuty i nie zamierzam oddać mu już ani sekundy. Idziemy z Danielem po złoto!

Ponownie ramię w ramię.

W drodze do Kretobusa zaczynam ponownie wpadać w delirkę. Na szczęście mój przyjaciel czeka na mnie z tajną bronią numer 4. Piecyk chodzi na najwyższych obrotach, zakładam puchową kurtkę, a na brzuch kładę termofor wypełniony wrzątkiem. O ile zmiana gaci na świeże była game changerem, to to jest ostatecznym triumfem nad mrozem. Istny Święty Graal termoregulacji. Wystarcza kilka chwil, żeby konwulsje ustały. Dlaczego wcześniej tego nie użyliśmy? Skąd ty właściwie wziąłeś termofor na biegu ultra?! Co tam jeszcze masz?!

Dla jeszcze większej poprawy samopoczucia przyjmuję pełny kubek żurku z tostem i obfitą ilość napojów, a następnie wychodzimy na kolejne okrążenie. Cała trójka: Ja, Daniel i termofor. Chciałbym z nim pobiec, ale jest dosyć ciężki i wypadnie mi zza gumki w gaciach w trakcie biegu, a ręką nie dam rady go utrzymać. Trudno, oddam go Danielowi przed samym startem. Zresztą bieg z termoforem w gaciach byłby obrazem wyjątkowej desperacji, a gumowy balast mógłby mi utrudnić płynny krok. Jesteśmy na dobrej drodze do wygranej i myślę, że dam sobie radę na trasie bez niego.

DWUDZIESTA PIERWSZA PĘTLA: 6,7 km (140,7 km)

Spodziewam się zażartej walki od wycieraczki, jednak tym razem nic takiego nie następuje. Ruszamy bardzo spokojnie. Czekam, aż Przemek wyrwie do przodu, podejmując jeszcze jedną próbę odebrania mi żółtej koszulki lidera. Niedoczekanie. Toczymy się turystycznym tempem, a ja zastanawiam się, czy on czeka na lepszą okazję, czy pogodził się już z wynikiem. Na pierwszym podbiegu taka prędkość zaczyna mi przeszkadzać. Myśl o wygranej, która jest jeszcze bliżej, niż dwie pętle temu wyzwoliła ponadprogramową produkcję adrenaliny przez mój układ nerwowy. Jestem zmęczony, ale jestem również zgrzany na ukończenie kolejnego okrążenia i trzech następnych bardziej niż kiedykolwiek.

Wyprzedzam Przemka i bardzo szybko zostawiam go w tyle, razem z pozostałą szóstką zawodników, która dotrwała do tego momentu i pokonuję resztę okrążenia w samotności, meldując się na mecie po 37 minutach. Mój rywal dobiega ponad 5 minut później. Daniel! Daniel! Pozamiatane! Chodź cię uściskam! Zrobiliśmy to! No prawie! Ale teraz tylko katastrofa może nam odebrać prowadzenie! Nie zdążam ugryźć się w język, wszak w ultra naprawdę nie trudno o katastorfy po kilkudziesięciu godzinach i setkach kilometrów biegu. Ale może chociaż nie tym razem?

To już chyba pozamiatane.

DWUDZIESTA DRUGA PĘTLA: 6,7 km (147,4 km)

Jeśli wcześniej wydawało mi się, że na pętlach na Backyard Ultra wieje nudą, to teraz dopiero mam huragan monotonii. Od samego początku okrążenia do ostatniego metra jest to samotny bieg. Wszędzie panuje kompletna ciemność. Jedyne źródło światła w zasięgu mojego wzroku to własna czołówka. W lesie nie ma ani żywej duszy, co zresztą nie powinno dziwić. W zasadzie zdrowy rozsądek każe mi się zastanowić nad ewentualnymi intencjami postronnych osób, które spotkałbym w środku lasu po czwartej nad ranem. Na szczęście zwyrole wybrali inne miejscówki. Nawet świecenie czołówką na boki nie wyłapuje ani jednego ślepia dzikiego zwierzęcia, pomimo że niektóre z nich prowadzą nocny tryb życia. Najwyraźniej przy takiej aurze nawet dziki, jelenie i sarenki postanowiły pozostać w swoich ciepłych barłogach, a las na wyłączność zostawić ultrasom.

Kompletna samotność w ciemnym lesie na tej samej pętli powtarzanej od prawie doby ryje banię bez litości. To prawdziwy test dla psychiki, który uruchamia kolejny mechanizm obronny sprawdzony na niejednym ultra. Przekładam sumiennie jedną nogę za drugą i gadam do samego siebie w myślach. Rozmowa na głos przynosi lepsze rezultaty, ale jest obarczona znacznie większym wydatkiem energetycznym, a że na tym etapie i tak jadę już na rezerwie, postanawiam zaufać temu z pozoru gorszemu rozwiązaniu. Mało wciągający dialog z samym sobą z powodzeniem urozmaica mi czas spędzony na okrążeniu, trwającym niecałe 40 minut. Na mecie melduję się ponad pięć minut przed Przemkiem i nadal mam wystarczająco czasu na serwis i przekąski.

DWUDZIESTA TRZECIA PĘTLA: 6,7 km (154,1 km)

Adrenalina już dawno wyparowała, ale termofor robi robotę. W końcu nie marznę tak bardzo przed startem. Muszę jedynie wytrzymać dosłownie dziesięć sekund pomiędzy zdjęciem kurtki i oddaniem Danielowi gumowego grzejnika a ruszeniem w trasę. Później intensywne majtanie wszystkimi kończynami nie pozwala mi się wychłodzodzić.

Nie muszę już rwać do przodu. Po raz kolejny wszyscy zostają w tyle, co jedynie utwierdza mnie w przekonaniu, że medal jest nasz. Teraz zostaje mi ostatnia walka do stoczenia. Jedyny przeciwnik, jaki został na placu boju, to znużenie. Pojawił się jakiś czas temu i teraz napiera na mnie wszystkimi siłami, podsuwając mi pod nos cudowne obrazy ciepłego kocyka, parującego rosołu, szczoteczki do zębów i gorącego prysznica. To wszystko jest na wyciągnięcie ręki.

Trasa, którą mam wrażenie, że mógłbym pokonywać już zamkniętymi oczami, poznawszy każdy jej zakręt, wzniesienie i otoczenie, właśnie mówi „sprawdzam”. Powieki robią mi się ciężke jak skrzynia ze słoikami żarcia, którą tutaj przywieźliśmy, a jasny krąg światła, rzucany przez moją czołówkę zdaje się tracić na intensywności.

Po pół godzinie kryzys przeprowadza na mnie atak frontalny. Muszę przejść do marszu, bo nie mam siły przebierać nogami. Za plecami mam jedynie ciemność. Żadnego światła na horyzoncie. W zasadzie mógłbym teraz iść do mety i nie męczyć się więcej. Przecież i tak przekroczę metę przed upływem godziny. Albo nawet położyć się na chwilę i zdrzemnąć. Dosłownie na minutkę albo dwie. Taki ultra power-nap. Na tyle krótki, że może nawet nie zdążyłbym zmarznąć. A ze śniegu mógłbym usypać sobie poduszeczkę. Gdy budzik zadzwoni, na pewno uda mi się wstać…

Nie… nie, nie, nie, nie! Daniel czeka! Dwie minutki to ja mogę się skimać w Kretobusie. Przecież to ostatnia prosta. Uszczypnąłbym się w uszy, żeby się odrobinę otrzeźwić, ale mam je zakopane głęboko pod Buffkami, a w gębę sam siebie lać nie zamierzam. Nie! Wydzieram się, ile sił w płucach, i mozolnym krokiem ruszam w kierunku mety, zamykając przedostatnią pętlę nieznacznie po 40 minutach.

DWUDZIESTA CZWARTA PĘTLA: 6,7 km (160,8 km)

Trochę pokręcona ta ostatnia prosta, bo mam przed sobą jeszcze jedną pętlę. 20 minut przwagi nad Przemkiem wymaga ode mnie jedynie ukończenia tego okrążenia. Czas jest nieważny. W zasadzie fragmenty mógłbym przejść spacerem, ale zróbmy to z klasą. Nie odpuszczałem przez 23 kółka, więc nie mogę też odpuścić na zwycięskim okrążeniu.

Zwycięstwo!

Spokojnym krokiem, ale bez przystawania na marsz, dobiegam do mety po niecałych 44 minutach. Daniel stoi zaraz za ostatnim zakrętem, wyznaczającym przez przez ostatnie 24 godziny start sprintu, który tak bardzo dał mi w kość. To miejsce pozostanie już w mojej pamięci na zawsze, a tym razem jest to jedynie oznaka końca zawodów. Udało się! Wygraliśmy! To koniec! Jesteśmy najlepsi!

META

Zaraz za linią mety czeka całkiem spora, bijąca brawa delegacja z Pawłem na czele. Ktoś rzuca, że może bym poleciał jeszcze jedną pętlę, jednak tym razem grzecznie odmawiam. Dziękuję, już mi wystarczy. Piąteczi, misiaczki, poklepywania po plecach, brakuje jedynie fajerwerków, cheerleaderek i konfetti. Schłodzonego szampana w zasadzie w ogóle nie żałuję. Jakoś nie mam ochoty. Bąbelki z alkoholem to ostania rzecz, jakiej teraz potrzebuję.

Po odebraniu wszystkich gratulacji jesteśmy wypuszczeni do Kretobusa, żeby się ogarnąć. Z koronacją i tak trzeba poczekać, aż wszyscy zawodnicy ukończą tę ostatnią pętlę.

Pół godziny później bierzemy udział w skromnej koronacji zwycięzców. Wśród nagród same rarytasy biegowe: medal, dyplom, certyfikat i statuetka zwycięzcy. Wartość rynkowa – chyba ujemna. Gdybym chciał to opchnąć na OLX, pewnie trzeba by dopłacić, żeby ktoś to wziął. Wartość sentymentalna – bezcenna. Wspomnienia na całe życie gratis. Osobiście postawiłbym przy kominku, żeby kurzuło się to z godnością, jednak obawiam się, że małżonka nie będzie podzielać mojej ekscytacji trofeami biegowymi.

Przepełnia mnie ogromna radość, choć równocześnie ciało upomina się o zasłużony odpoczynek, więc w zasadzie nie mam nawet siły cieszyć się ze zwycięstwa. Mózg już ogarnął, że wycisk się zakończył i kieruje teraz te marne resztki glukozy do procesów naprawczych w tkankach mięśniowych. Robię co mogę, żeby nie zasnąć na stojąco, wymieniając uprzejmości z Pawłem i pozostałymi zawodnikami, delektując się ciepłem panującym w budynku. Słowo daję, raduję się na te wszystkie gratulacje, słowa uznania i piąteczki, ale nic mnie tak nie cieszy, jak brak konieczności marznięcia na kolejnej pętli. Brak gongu oznaczającego kolejne okrążenie to miód na moje uszy.

Koronacja.

Ostatnie 24 godziny dały mi mocno w kość. Zdecydowanie zbyt wymagające tempo od pierwszego okrążenia i przeszywający mróz sugerowały, że zawody potrwają znacznie krócej niż zakładana doba. Mimo to aż sześć osób pokonało maksymalny możliwy dystans. Tyle samo co w zeszłorocznej edycji ze znacznie bardziej łaskawymi warunkami atmosferycznymi, co jedynie dowodzi, że poziom ultra-psycholi w narodzie rośnie.

Kilka chwil po ósmej rano odjeżdzamy naszą stacją bojową w kierunku domu. Kretobus po raz kolejny spisał się na medal, aczkolwiek na przyszłość trzeba będzie coś zrobić z tą dziurą w drzwiach.

DZIEŃ PO

Każdy szanujący się ultras amator spędza poniedziałek na regeneracji. Warto odespać zarwaną nockę, potraktować zmasakrowane mięśnie okładem, krioterapią lub innym łagodzącym ból czynnikiem. Trzeba się również dobrze nawadniać, uzupełniając sole mineralne oraz odnowić uszczuplony glikogen. Niestety rzeczywistość nie jest zbyt łaskawa i wita mnie kolejnego dnia z czułością na poziomie uderzenia mokrą ścierą w ryj.

Budzik o 6:30 bezlitośnie nakazuje przygotować dzieci do placówek edukacyjnych. Trzeba im zrobić jedzonko, spakować śniadaniówki, a tych najmniejszych odprowadzić na miejsce. Całe szczęście junior jest już na tyle duży, że odprowadza się sam. Wyobrażam sobie tę radosną wizję ultra za kilkadziesiąt lat, kiedy dzieci będą ogarniać się same, a ja będę mógł pospać do południa. Jednak na razie to pieśń przyszłości.

Przed dziewiątą jestem z powrotem w domu i bardzo chciałbym skorzystać z drzemki, niestety kariera w korpo wzywa. Zregeneruję się w kolejny weekend. Jedno wiem na pewno: dzisiaj nie biegam. Jutro z resztą też nie.

To było mocne.

TYDZIEŃ PO

Dawno mnie tak nogi nie bolały po ultra. To tempo było zabójcze. Na dobrą sprawę jeszcze dziś odczuwam zakwasy w mięśniach. Organizm mam nadal zmęczony. Rozum najwyraźniej też, bo nie nadąża on z sygnałami ostrzegawczymi, kiedy serce rwie się do kolejnego wyzwania. Klasyczny przypadek ultraamnezji, w której mózg ultrasa wypiera wszystkie negatywne odczucia po biegu. Mróz nie wydaje się już taki ostry, zmęczenia prawie nie było, a mięśnie w zasadzie już nie bolą. Zostawia jedynie dumę i trofeum. Lekarstwa na to cholerstwo jeszcze nie wynaleziono.

Nie zmienia to faktu, że debiut na Backyard Ultra rozegrałem wzorowo. Ciekawe, jakby mi poszło w pełnej wersji tego wyzwania, gdzie czas okrążenia jest kompletnie nieistotnym parametrem w kwestii wyłonienia zwycięzcy. Liczą się tylko pokonane pętle, których trzeba zrobić więcej, niż wszyscy pozostali.

Garść statystyk

WYŻYWIENIE

  • Rosół z makaronem – 4 kubki (2×200 ml);
  • Zupa rybna z ziemniakami – 4 kubki (3×200 ml);
  • Żurek z kiełbasą i jajkiem – 4 kubki (3×200 ml);
  • Zupa meksykańska – 3 kubki (3×200 ml);
  • Pomidorówka z ryżem – 1 kubek (1x200ml);
  • Klopsiki drobiowe z kaszą – ok 500 g;
  • Tosty z pastą z tuńczyka – 2 sztuki;
  • Tosty z masłem – 9 sztuk;
  • Tost z dżemem – 2 sztuki;
  • Paczka kabanosów – 90 g;
  • Ciasto marchewkowe – 4 kawałki;
  • Banany – 2 sztuki;
  • Pomarańcze – 3 sztuki;
  • Dwie małe paczki chipsów (2x80g);
  • Paczka żelek (200g);
  • Cola – ok. 2 litrów;
  • Woda – ok. 9 litrów (pod postacią czystą, izotoniku, białka i herbaty).
Kretobus – Jeden z atrybutów, dzięki którym udało nam się wygrać.

SPRZĘT

  • Buty – Mizuno Wave Skyrise. Być może nie był to najlepszy wybór na tę ilość śniegu, którą przywitał nas Chotomów, niemniej stawiałem na wygodę, a przyczepność rozwiązałem poprzez raczki. Trzeba było jedynie założyć je znacznie wcześniej, jednak „jakoś-to-pójdzie”-owa filozofia ultrasa utrudniła mi trzeźwą ocenę faktów;
  • Ciuchy biegowe – Poranna temperatura na poziomie -17°C zmuszała do narzucania dodatkowych warstw na siebie. Na górze zawsze miałem koszulkę i rękawki, na nich bluzę, a na nich kurtkę. Na dole rajtuzy i spodnie. Na głowie jeden Buff w formie szalika i drugi w formie czapki, a na tym kaptur. Czasami ten komplet był zamieniany na grubą czapkę, ale wtedy rezygnowałem z kaptura. Po 2-3 km ciało rozgrzewało się do tego stopnia, że musiałem rozpinać kurtkę, jednak nie mogłem z niej zrezygnować, ponieważ na każdym starcie było mi sakramencko zimno;
  • Rękawiczki Black Diamond Glissade Gloves – Miały być do -17, jednak albo było zimniej, albo producent ma bardzo optymistyczne podejście do termiki. Zwyczajnie marzły mi dłonie. Rękawiczki idealnie spisywały się gdy temperatura poszła trochę do góry, z kolei przy -6 w ciągu dnia było mi w nich już zbyt gorąco i musiałem je wymienić na cieńsze, czyli klasyk: lodówka albo sauna;
  • Ogrzewacze do rąk i do stóp z Decathlonu – Założone na drugiej pętli. Bez nich bardzo bym płakał na kolejnych okrążeniach. Dopiero po sześciu pętlach było na tyle cieplej, że mogłem się ich pozbyć, ale start przy -17 bardzo dawał w kość. Z ogrzewaczami życie stało się znacznie przyjemniejsze;
  • Zegarek Suunto Vertical – W zasadzie ani razu na niego nie spojrzałem, ponieważ był zakopany głęboko pod warstwami ubrań. Służył tylko i wyłącznie do rejestracji biegu. Po 24h w normalnym trybie aktywności zużył zaledwie połowę baterii;
  • Raczki biegowe Camp Ice Master Run – Lekkie, łatwe do założenia i dające +100 do stabilizacji.
  • Czołówka Black Diamond Deploy 325 Run Alloy na pierwszym okrążeniu, po rozpoczęciu którego szybko wzeszło słońce oraz Ledlenser Neo 10r na drugą noc – Potrzebowałem czegoś lekkiego zaledwie na pierwszą godzinę biegu, więc ważący zaledwie 39 gram Black Diamond sprawdził się znakomicie. Kolejną noc spędziłem z Ledlenserem, który dawał wystarczająco dużo światła nawet na samotny bieg w lesie.

KPI

  • 5:26 min/km to moje średnie tempo na trasie. Uwzględniając przerwy, wyszło 8,42 min/km;
  • Daje to średnio 11 km/h w biegu i jakieś 6,9 km/h uwzględniając przerwy;
  • Spaliłem niecałe 15 000 kcal;
  • Wypiłem około 11 litrów płynów pod postacią wody, herbaty, izotoników, coli i białka;
  • Spędziłem w ruchu ponad 14,5 godziny, co oznacza, że prawie 9,5 godziny odpoczywałem w trakcie 24-godzinnych zawodów;
  • Średnie tętno samego biegu wyszło mi na poziomie 160 ud./min;
  • Pokonałem niecałe 161 km;
  • Najwyższe tętno to 198 ud./min i wielokrotnie zbliżałem się do tego poziomu.

WYNIK

  • Na 24 pętle zapisało się 46 osób, a wystartowało 38 osób. Reszta najwyraźniej wybrała dużo bardziej komfortową alternatywę w postaci ciepłego łóżeczka. I wcale im się nie dziwię;
  • 6 osób (15% startujących) dotrwało do ostatniej pętli;
  • Zwyciężyłem z czasem 14 godzin 35 minut;
  • Przemek ukończył bieg z czasem 14 godzin 58 minut;
  • Ostatni zawodnik, który ukończył 24 pętle, spędził na trasie 20 godzin i 28 minut;
  • W biegu wystartowało 8 kobiet (21%), a jedna z nich ukończyła 24 pętle;
  • Średnio każdy zawodnik pokonał 12,5 pętli, co tylko pokazuje jak bardzo Backyard Ultra przemielił zawodników w Chotomowie. To nie był bieg. To była selekcja naturalna w wersji sportowej.
Sześcioro wspaniałych.

CZY MOGŁEM TO ZROBIĆ LEPIEJ?

Każde dokręcenie śruby powyżej pełnego zazębienia gwintu ma swój koszt. Nie da się jej wkręcać w nieskończoność. Powstają ponadprogramowe naprężenia, a dalsza eksploatacja może jedynie doprowadzić do zerwania gwintu.

W 1961 roku George Stigler opublikował na łamach Journal of Political Economy artykuł traktujący o ekonomii informacji, tłumacząc że nikt nie szuka jej w nieskończoność, ponieważ w pewnym momencie krańcowy koszt dalszego poszukiwania przewyższa oczekiwaną korzyść. Z ultra jest podobnie. Nie da się w nieskończoność dorzucać do pieca. Każdy kolejny krok powyżej pewnej granicy, znajdującej się już hen daleko poza strefą komfortu wiąże się z ryzykiem przeholowania, czy choćby kontuzji. Trzeba się pilnować, bo ciało to nie MS Excel, nie ma przycisku „undo”.

Ja na Backyard Ultra wymierzyłem idealnie. Ten bieg był dla mnie na granicy wytrzymałości, a zrywy Przemka na ostatnich 50 metrach przed metą były wykańczające. Dałem z siebie wszystko, co mogłem i uważam, że bardzo trudno byłoby ten wynik poprawić. Przynajmniej w moim wykonaniu.

Oczywiście można gdybać, co by było gdybym założył wcześniej raczki, gdybym wcześniej zaatakował, gdybym odpuścił pogoń za Przemkiem i zostawił więcej sił na końcowe okrążenia. Jednak każdy z tych elementów to trochę wybór między dżumą a cholerą. Z tego co mieliśmy z Danielem do dyspozycji ukręciliśmy najlepszy bicz, jaki się dało i rozgoniliśmy towarzystwo wygrywając z dużą przewagą.

Według mnie nie mogliśmy tego zrobić lepiej, przy zaistniałych warunkach i przy naszym prawie zerowym doświadczeniu w Backyard Ultra.

JESZCZE RAZ?

Zawsze powtarzałem, że nie wychodzę dwa razy na tę samą trasę. Za dużo jest biegów, na których jeszcze mnie nie było, żeby klepać w kółko to samo. Tymczasem tutaj przebiegłem ten sam szlak 24 razy. Z jednej strony trauma na całe życie, ta pętla będzie mi się śnić po nocach, z drugiej strony formuła Backyard Ultra ma w sobie to pragnienie zrobienia jeszcze jednego dodatkowego kroku. Jeszcze jednej pętli. Ta żądza pokonania samego siebie, która nieuchronnie prowadzi do autodestrukcji, jest niczym nałóg, który zawsze wygrywa. Ultras mimowolnie sunie w stronę, od której powinien się oddalać. Rozsądek każe mu się zatrzymać, ale jego głos jest wytłumiony przez serce rwące się do walki.

Jestem strasznie ciekaw, ile pętli mógłbym pokonać bez limitu czasowego. Wiem, że to absurd. Wiem, że to droga donikąd. Próba zabłyśnięcia w zawodach o pietruszkę. A mimo to nogi same się zbierają, żeby zrobić krok do przodu. Tutaj pożądanie jest zdecydowanie głośniejsze niż logika i rozsądek. Zupełnie jakbym słuchał tego amerykańskiego rapera Drake’a nawołującego w The Motto: You only live once: that’s the motto, nigga, YOLO.

Każdego roku, po ukończeniu Półmaratonu Warszawskiego, dostaję od jego organizatora, Fundacji Maraton Warszawski, wiadomość zawierającą popularny już dzisiaj slogan „Nie zatrzymuj się w połowie drogi„, mający na celu zachęcić mnie do zapisów na zbliżający się Maraton Warszawski. To hasło doskonale wpisuje się w moje odczucia po „ulgowej” wersji Backyard Ultra.

Pierwszy raz kończę zawody i już teraz wiem, że to nie jest moje ostatnie słowo. To nie jest kwestia czy ja chcę tu wrócić. Ja muszę tu wrócić i sprawdzić się w pełnej formule. Może niekoniecznie tu, do Chotomowa, ale koniecznie na Backyard. Stay tuned! To dopiero początek tej absurdalnej przygody.

Z Ojcem Dyrektorem tego całego zamieszania.

KOSZT

  • Wpisowe – 350 zł;
  • Kwatera – 0 zł (zawekowaliśmy się w busie jak menele);
  • Dojazd i paliwo na miejscu – 100 zł (na dwie osoby);
  • Zakupy przed – 150 zł;
  • Koszty na miejscu – 65 zł (i to tylko dlatego , że zapomniałem z domu pieczywa i przekąsek, więc musieliśmy się posiłkować pobliską Żabką);
  • Razem – 665 zł (615 zł moich kosztów).

PLUSY

  • Trasa – Pogoda podkręciła ogólną ocenę do maksimum. Pętla po lesie wszędzie pokrytym śniegiem to magia sama w sobie, a charakterystyczne odgłosy pękającego zmrożonego śniegu przy każdym kroku to istny koncert filharmonii narodowej dla uszu. W takich warunkach aż chciało się biec. Ok, też dlatego, że zimno było, ale oko było na czym zawiesić;
  • Miejscówka – Gdyby nie ciepła hala sportowa z pełnowymiarowym pomieszczeniem sanitarnym zaopatrzonym w papier toaletowy, mydło i ręcznik do wytarcia rąk, bardzo źle wspominałbym tą imprezę. Tutaj łazienka zrobiła robotę i nawet jeśli byłaby płatna, w cenie jak nad polskim morzem, to i tak bym korzystał;
  • Koszt – Jedna z tańszych imprez, w jakich brałem udział. W pakiecie zimowa czapeczka biegowa i punkt odżywczy bez limitu. Bardzo dobra jakość w stosunku do ceny;
  • Koronacja zwycięzców – Od razu po zawodach. Nie trzeba było czekać, tym bardziej, że chyba każdy z nas po 24 godzinach marzył już tylko o odespaniu zarwanych nocek;
  • Punkty odżywcze – Był jeden, ale za to co 6,7 km. Mimo własnego zaplecza gastronomicznego z personelem, zdarzyło nam się skorzystać w punktu, a zupki z ich oferty naprawdę wchodziły znakomicie;
  • Eko – Jest dobrze. Papierowa torba z pakietem startowym, a w niej ani jednej bezsensownej ulotki czy reklamy.

MINUSY

  • Oznaczenie trasy – Można lepiej. Białe wstążki i białe tabliczki na białym tle trochę za bardzo zlewały się z otoczeniem. Na pierwszych dwóch okrążeniach kilka osób gubiło trasę. Najwyraźniej nie jestem jedyną osobą, która nie spodziewała się śniegu;)

PODSUMOWANIE

Jechałem na Backyard Ultra z dużymi wątpliwościami. Przede wszystkim przerażała mnie formuła tłuczenia tego samego kółka przez całą dobę oraz tego, że bieg pokona mnie po raz kolejny. Trauma po 8x Babia Góra jakoś jeszcze w pełni się nie zabliźniła. W skrócie, nie byłem pewien czy odnajdę przyjemność w takiej formule.

Tymczasem przeżyłem jedną z najbardziej niesamowitych przygód w całej mojej karierze biegowej. Po raz kolejny ultra udowodniło mi, że zawsze zaskakuje. Jeszcze nigdy nie doświadczyłem takiego starcia na żyletki, jak pomiędzy trzecią a osiemnastą pętlą. Nigdy też nie biegłem z kimś ramię w ramię przez 15 godzin. Nie wiem czy jest na świecie bardziej uparta i zdeterminowana osoba do walki niż Przemek, co zresztą widać w porównaniu naszych czasów po każdym okrążeniu. Wielki kudos dla Ciebie chłopie za to starcie (i to taki do samej ziemi) oraz ogromny szacunek, że walczyłeś do samego końca. Aż żałuję, że sport jest bezlitosny i rzadko kiedy przyjmuje remis w bezpośredniej rywalizacji, a jeńcami gardzi.

Porównanie naszych czasów narastająco po każdym okrążeniu.

Tym razem to ja okazałem się mocniejszym zawodnikiem, jednak jestem przekonany, że w rewanżu wcale nie miałbym łatwo. Być może kiedyś nadarzy się okazja, żeby to sprawdzić. Na szczęście to na razie pieśń przyszłości. Na ten moment raduję się biegowym jackpotem. Była fantastyczna przygoda, poznałem wspaniałych ludzi, schetałem się do granic możliwości, wygrałem całą imprezę i wróciłem do domu w jednym kawałku. Czego chcieć więcej?

Mogę teraz wypiąć dumnie pierś odzianą w żółtą koszulkę lidera w klasyfikacji generalnej Gaminate Polish Backyard Ultra League. Fajne uczucie. Wprawdzie ciężko będzie ją utrzymać, koszulkę rzecz jasna, z wypiętą piersią raczej nie będę mieć problemu, ale w sumie… Można by spróbować.

OD AUTORA

Oczywiście, dr Prakash Hallenberg to postać zmyślona, celowo przeniesiona w czasie do lat 50., czysto na potrzeby tego wpisu. Nie zmienia to faktu, że podobne badania były prowadzone, jednak zdecydowanie później. Same komory metaboliczne do badania gryzoni zaczęły pojawiać się w latach 60. Co więcej sam Dzik, jeśli takowy rzeczywiście istniał, powinien być prędzej szczurem, ewntualnie myszą, jednak ja osobiście, jako biegacz, bardziej identyfikuję sie z chomikiem, stąd też właśnie to stworzenie występuje w jednej z głównych ról prologu. Wierzę, że puryści wybaczą mi ten zabieg literacki.

Począwszy od lat 80., prowadzono mnóstwo badań laboratoryjnych na gryzoniach, udowadniających, że ruch chroni przed chorobami metabolicznymi i sercowo-naczyniowymi, a także potwierdzających wzrost maksymalnego poboru tlenu wraz z regularną aktywnością fizyczną. Nie sposób przytoczyć tutaj wszystkich prac naukowych, a większość z nich można skompresować do zwięzłego „ruch to zdrowie”, jednak na uwagę zasługuje badanie nad neurobiologią wysiłku, przeprowadzone przez dr Henriette van Praag i udostępnione w National Library of Medicine, które wykazało, że dobrowolne bieganie na kołowrotku u myszy zwiększa neurogenezę w hipokampie, co w skrócie oznacza, że biegając stymulujemy mózgi do produkcji nowych komórek nerwowych.

Wprawdzie badano myszy a nie ludzi, ale skoro już jakieś 97,5% genów mamy podobnych, to wyniki takich badań można śmiało ektrapolować na gatunek ludzki. Wcześniej uważano, że dorosły mózg nie tworzy nowych neuronów, tymczasem van Praag udowodniła, że aktywnośc fizyczna jest jednym najważniejszych czynników aktywizujących ten proces. Istnieje zatem nadzieja nawet dla najbardziej beznadziejnych przypadków i postuluję o obowiązkowe lekcje wychowania fizycznego, w pierwszej kolejności dla naszych parlamentarzystów. Najlepiej 2x dziennie. Po 120 minut. Tym bardziej, że głównym czynnikiem hamującym neurogenezę jest alkohol, a ten problem marszałek Czarzasty już rozwiązał zakazując sprzedaży napojów wyskokowych na terenach pozostających w zarządzie Kancelarii Sejmu. Wszak jak się powiedziało A…

Niestety nie istnieją żadne dowody potwierdzające reinkarnację Lazarusa Lake’a, dlatego dopóki takowe się nie pojawią, fragment ten należy traktować jako fikcję literacką.

Cała reszta – tak było, nie kłamię!

No widać, że lubię biegać.

Related Post

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *