Siedem Szczytów – Dwójka z przodu

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus.
Długo szukałem swojego limitu. Zastanawiałem się gdzie jest ta granica, gdzie jest ten próg, który mnie złamie. Ile kilometrów i przewyższeń musi mieć bieg, żebym powiedział “nie dam już rady”. Z czym się muszę zmierzyć, żebym zszedł z trasy. Chyba go znalazłem. 240 km wokół Kotliny Kłodzkiej to kosmiczna przygoda, którą będę wspominać bardzo długo. A to było tak…

Przygotowania

Kwiecień 2015

Urlop. Żółty szlak od Wodospadu Pośnego w kierunku Pasterki. Powoli zmierzamy do końca naszego trzykilometrowego i bardzo długiego spaceru. Trasy w Górach Stołowych nie są mocno wymagające, ale że małżonka w siódmym miesiącu ciąży, to w wyścigu po serniczek raczej byśmy przegrali. Mimo wszystko szlaki są relatywnie łagodne, więc żona nawet z solidnym nadbagażem spokojnie daje radę. Powoli, ale do przodu, delektujemy się górskim powietrzem.

Zakotwiczamy w Pasterce, żona siada przy oknie i podziwia widok na pobliski masyw Szczelińca Wielkiego, który przy pełnym słońcu i bezchmurnym niebie prezentuje się majestatycznie na tle okolicznych łąk i lasów, ja natomiast czekam na nasze zamówienie. Kilka chwil później wracam do małżonki z dwoma kawałkami jeszcze ciepłej szarlotki, której zapach niesie się po całej sali schroniska. Delikatny dymek niosący za sobą aromat wspaniale podsmażonych jabłek z cynamonem pozostaje za mną drażniąc nozdrza innych turystów, którzy zdecydowali się na pierogi zamiast jabłecznika.

Siadam przy stole, oboje z uśmiechami na ustach bierzemy widelce w dłonie i zabieramy się do uzupełniania kalorii zgubionych gdzieś na żółtym szlaku. Paula nie może się oderwać od jedzenia, w końcu nie tylko ona zgłodniała, dzidziuś też musi się podładować, a ja zastygam z ogromnym kawałkiem szarlotki nadzianym na widelca kilka centymetrów od moich ust. Żona, widząc moją grę w kamienne posągi, z zaciekawieniem pyta co się stało i podąża wzrokiem w kierunku, w którym utkwiłem swoje spojrzenie. No zobacz, wskazuję na ulotkę jakiegoś biegu górskiego. DFBG. Impreza biegowa. Nigdy nie słyszałem. 7 dystansów, najdłuższy ma 240km. Gamonie, przecinka zapomnieli postawić… A może zwyczajnie błąd w druku?

Tutaj wszystko się zaczęło.

Lipiec 2016

Gdzieś w okolicach Lutynii. Lecę w dół górki na złamanie karku. Mam w nogach ponad 17 km, co na ten moment dla mnie jest niesamowitym wyczynem. Do mety Złotego Półmaratonu mam niecałe 4 km. Jest to mój pierwszy bieg górski, ale strasznie mi się podoba i gdzieś z tyłu głowy czuję, że na tym jednym biegu się nie skończy. W oddali przed sobą widzę kolesia który idzie. Gdzie tam idzie. Powłóczy nogę za nogą, snując się od lewej do prawej. Gdyby nie fakt, że gość jest uzbrojony w plecak, kijki i jest totalnie wyczerpany, wziąłbym go za halsującego się do domu uczestnika solidnej libacji alkoholowej, której skutki będzie odczuwał jeszcze dobre kilka dni. Mijam go i klepię po ramieniu rzucając szybkie “dawaj, dawaj, już ostatnia prosta”. Kątem oka dostrzegam jego różowy numer startowy. Kolor odpowiada koronnemu dystansowi festiwalu: 240 km. Bieg Siedem Szczytów.

Wbiegam na metę. Euforia! Żona z juniorem machają do mnie. Cieszą się razem ze mną. Czuję się jakbym wygrał złoto olimpijskie. Jestem totalnie nakręcony, ekscytacji nie ma końca. W tym samym momencie do mety dobiega koleś którego minąłem kilkadziesiąt minut temu. Chociaż dobiega to dużo powiedziane. Bardziej przypomina zombie, które jakąś nadprzyrodzoną siłą jest transportowane nad ziemią w kierunku mety. Brakuje mu tylko wystawionych do przodu rąk i gardłowego charkotu wydobywającego się spośród jego spierzchniętych ust. Bieg Siedem Szczytów powinno przemianować na jego cześć na Bieg Siedem Nieszczęść, jeśli nie dwanaście. Mimo to facet uśmiecha się. Wojtek Heliński, konferansjer, krzyczy jego imię i nazwisko i podkreśla że to jest zawodnik który właśnie przebiegł dwieście czterdzieści kilometrów. Dwa, cztery, zero. Doping dla niego na finiszu jest kosmiczny. Gość wczołguje się na metę i cieszy się jak dziecko. Łał! Aż sam się wzruszyłem.

Emocje powoli opadają. Mimo to kupiłem wszystko. Jestem zafascynowany biegami górskimi. Organizacja DFBG na długo zostaje mi w pamięci. Od razu postanawiam wrócić tu kolejnego roku. Dystansów jest wiele, więc na szybko ustalam plan na kolejne lata. Żeby się nie porywać od razu na maxa, zakładam, że za rok pobiegnę Złoty Maraton 42 km. Za 2 lata zrobię Ultra Trail 68 km. Za 3 lata polecę KBL 110 km. Potem jest jeszcze Super Trail 130 km ale przecież to prawie to samo co 110, wiec szkoda czasu. Za 4 lata startuję w biegu Siedem Szczytów 240km. Potem będzie już tylko sława, chwała i wywiady.

fot: Jan Nyka.

Listopad 2020

Plan planem, a wykonanie jak zwykle żyje własnym życiem. Nie udaje mi się dowieźć żadnego punktu z założeń sprzed 4 lat. Doskonale idzie mi znajdywanie argumentów, przez które omijam kolejne edycje DFBG. Jednak nic w przyrodzie nie ginie. Na mojej drodze pojawiają się inne ultra-kropki, które sumiennie łączę ze sobą.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, dobrze radzę sobie z długimi dystansami. Trzy miesiące wcześniej kończę swoją pierwszą setkę w Tatrach, co nakręca mnie jeszcze bardziej na samo-sponiewieranie się w górach. Zapala mi się lampka. DFGB. Siedem Szczytów. To jest to. Czuje się jakbym wzdychał do niespełnionej miłości z podstawówki spotkanej właśnie na ulicy. Wyimaginowana Britney Spears śpiewa do mnie “… I was born to make you happy…”. Jakby zrealizowanie tego celu spełniło moje wszystkie biegowe ultramarzenia. Taka wisienka na torcie mojej biegowej kariery.

“Paula… ogarnąłem w końcu swój kalendarz biegowy. Chcę pobiec Siedem Szczytów na DFBG”. Na pytanie ile to jest kilometrów, odpowiadam, zgodnie z prawdą, że 240. Jeszcze nie kończę zdania, a już widzę to spojrzenie, które dobrze znam. Mówi mniej więcej tyle, że najwyraźniej bardzo rozbolała mnie głowa i to tak bardzo, bardzo. Być może udzielił mi się koronawirus, nie do końca jestem świadom tego co właśnie mówię i najlepiej jakbym zaaplikował sobie jakieś mocne lekarstwo i położył się na trochę. Tylko żebym jeszcze dzieci najpierw ogarnął.

Małżonka nie zdaje sobie sprawy, że lekarstwo na moje dolegliwości nie istnieje, zatem na szybko prostuję, żeby nie było niedopowiedzeń, że to dopiero za 2 lata. Paula nie jest zadowolona do końca z tego pomysłu, ale ostatecznie zgadzamy się, że plan nie jest aż tak głupi, na jaki wygląda. Z resztą skoro dawno temu zgodziłem się, że nie wezmę udziału w żadnym IronManie, ze względu na moje umiejętności pływackie zbliżone do żenujących oraz obawę żony, że pójdę na dno prędzej niż prom Le Joola, to przynajmniej będę się spełniać w biegach górskich.

Przedstawiam małżonce szczegóły mojego misternego planu. W kolejnym roku pobiegnę coś na dystansie około 100 mil i w zależności od tego jak mi pójdzie, podejmę ostateczną decyzję odnośnie Biegu Siedem Szczytów. Klamka zapadła. Wprawdzie za bardzo się tym nie chwalę, bo doskonale wiem, że wśród moich rozmówców wywoła to w pierwszej kolejności opukiwanie głowy, następnie kręcenie nią, a na koniec komentarz w stylu “a poza tym w domu wszyscy zdrowi?”.

Od tego momentu jest to mój cel nadrzędny, który chcę zrealizować. Po drodze będzie jeszcze kilka innych biegów, których długość będzie systematycznie rosła. Pewnie nie wszystkie uda się zrealizować. Natomiast Siedem Szczytów w Lądku w 2022 wbijam w kalendarz już dziś. Zacementuję swoje postanowienie jak tylko otworzą się zapisy, czyli gdzieś pod koniec przyszłego roku.

O tu chcę pobiec!

24 Października 2021

Rety, ale mnie wszystko boli. Nogi, ręce, plecy, wszędzie zakwasy. Poprzedniego dnia przebiegłem Łemkowynę. 150 km. Poszło mi rewelacyjnie. Przynajmniej według mnie. Jestem przekonany, że gdyby nie kontuzja, która odnowiła mi się w trakcie biegu, zrobiłbym to jeszcze lepiej.

Dzwonią mama z tatą. Pytają się jak było, zdaję im relację i mówię, że na razie wystarczy mi tego biegania, na co ojciec wykrzykuje do słuchawki: “Nie no synu, weź już daj spokój, 150 km to i tak zdecydowanie za dużo. Już wystarczy. Już ten poprzedni co biegłeś to mi się wydawało, że to za dużo”. On jeszcze nie wie, że ja już wiem co pobiegnę za rok. Siedem Szczytów. 240 km. Półtorej Łemkowyny i jeszcze trochę. Na razie się nie chwalę tym wspaniałym pomysłem. Dobre wiadomości trzeba dawkować.

Teraz zostaje mi cudowny okres roztrenowania, kiedy przez najbliższe 4 tygodnie nie będę w ogóle biegać. Muszę się pozbierać po kontuzji, zregenerować w pełni, a następnie rozpocząć przygotowania do totalnej wyrypy.

25 Grudnia 2021

– Misiek! No i co teraz? – pyta poddenerwowana żona.
– Z czym? – odpowiadam zdziwiony.
– No nie możesz biec w Lądku!
– Dlaczego?
– A jak ty sobie to wyobrażasz? Będziesz ganiał 2 dni po górach, a ja mam sama ogarnąć nasze dwa demony z wielkim bebzonem? Przecież to będzie ósmy miesiąc, wtedy będę już jak beczkowóz wyglądać! A potem mam jeszcze ciebie niańczyć przez kilka dni, bo nie będziesz mógł chodzić?!
– Yhy…

Jeszcze kilka miesięcy temu głośno było o Oli Polańskiej, świetnie rokującej polskiej pływaczce, która doleciawszy na Igrzyska Olimpijskie w Tokio, na miejscu dowiedziała się, że nawet nie musi się rozpakowywać i może już wracać do domu, ponieważ pustym dzbanom z Polskiego Związku Pływackiego nie chciało się przeczytać regulaminu zgłoszeniowego i zapisali na Olimpiadę więcej zawodników niż przeznaczona była dla Polski ilość miejsc do obsadzenia. O braku akredytacji na najbardziej prestiżową sportową imprezę dziewczyna dowiedziała się od Światowej Federacji Pływackiej dopiero będąc na miejscu, kilka dni przed ceremonią otwarcia igrzysk.

Ola poświęciła 5 lat swojego życia oraz studia na przygotowania do tego jedynego występu. Uniemożliwiono jej start i przekreślono realizację swoich marzeń. 60 miesięcy systematycznych treningów, poniesionych kosztów i osobistych wyrzeczeń idzie w piach, bo jakiś leśny dziadek nie dopełnił formalności. Zostaje załamka i rozpacz. Przez chwilę mam wrażenie, że wiem jak Ola się czuła, ale jednak nie. Tak zawodowo podciąć skrzydła to tylko PZP potrafi.

U mnie aż takiego dramatu nie ma, w końcu sam dziecko zmajstrowałem. Trzeba było nad zarządzaniem czasem lepiej popracować. Jednak nie ma tego złego, DFBG jest co roku, a jak to mawia moja żonka: “co się przejmujesz, jak nie ten bieg to inny”. Ewidentnie ma rację, nie mogę się kłócić, nawet jeśli trochę mi szkoda, że muszę zmienić plan. Chciałbym wziąć udział w biegu Siedem Szczytów, ale rollout będzie gdzieś pod koniec sierpnia. Nie dyskutuję z ciężarną. Siła wyższa. DFBG musi poczekać. Poleci się w kolejnym sezonie. Dobrze, że jeszcze się nie zapisałem i nie zapłaciłem, przynajmniej w plecy nie jestem, tym bardziej, że wejściówka na Siedem Szczytów to kwota, która osoby niebiegające ultra zachęca to mocniejszego popukania się w swoją głowę i głębszego zastanowienia się jak można aż tyle płacić za to, żeby bolało w górach.

fot: Łukasz Buszka.

4 Stycznia 2023

Co roku staramy się z pojechać z małżonką nad morze. Nad nasz ojczysty, zimny Bałtyk charakteryzujący się z reguły niepewną pogodą. Ten dreszczyk emocji, kiedy nie wiadomo jaka aura nas przywita rekompensują polskie plaże. Nie chodzi mi o ten cały bubel pomieszany z wiejskim odpustem, gdzie dmuchaniec dmuchańca pogania pomiędzy stołami od cymbergaja i stoiskami, na których można kupić plastikowe badziewia nikomu do niczego nie potrzebne, ale dzieciaki jak je zobaczą to i tak męczą, żeby im coś kupić, a wisienkę na torcie spełnia kilku dresików podrygujących w nie do końca gorących rytmach muzycznego folkloru Zenka Martyniuka przy akompaniamencie raczej niskiej klasy instrumentu klawiszowego Rysia Warota.

Jednak jak już odejdzie się trochę dalej od tego wszechobecnego wiejskiego odpustu i znajdzie się miejsce z dala od cywilizacji, a wokół będzie tylko ten wspaniały złoty, drobny piasek, szum morza i lekki zefirek podrywający pojedyncze ziarenka do góry i uparcie upychający je we wszystkie części garderoby, które aktualnie ma się na sobie, o włosach, uszach i oczach nie wspominając, można odetchnąć jak nigdzie indziej.

Przyznaję, nie byłem w wielu miejscach na świecie, a lista krajów do odwiedzenia znacznie przewyższa tą z odwiedzonymi, niemniej spośród tych, które zwiedziłem ciężko znaleźć takie z plażami równie bajecznymi jak nasze w Polsce. Nawet jeśli zamoczenie nóg w Bałtyku staje się krioterapią zamiast przyjemnym pluskaniem, a piasek wchodzi już wszędzie z gaciami włącznie, my i tak uwielbiamy polskie morze.

Najczęściej jeździmy autostradą A2 z Warszawy na Stryków, a następnie A1 na północ aż nad wybrzeże. Podróżuje się wygodnie i szybko, ale całość i tak trochę trwa. Jedzie się i jedzie, i jedzie, i jedzie, aż w pewnym momencie dociera się do Torunia, przed którym to droga odbija w prawo. Kawałek dalej znajduje się miejscowość o przyjemnie brzmiącej nazwie Nowa Wieś, potocznie zwana przez zdecydowaną większość kierowców punktem poboru opłat za przejazd Autostradą Bursztynową. Zazwyczaj trzeba się zatrzymać, ponieważ bramki nie mają wystarczającej przepustowości, zwłaszcza w sezonie letnim, co najczęściej komentuję skromnym “Eh… Dopiero Toruń”.

W zależności od destynacji przed nami jeszcze prawie 200 kilometrów, jeśli jedziemy do Trójmiasta. Ale to nie jest istotne. Za nami jest ich 240. Dwieście czterdzieści kilometrów pokonane autem na autostradzie wywołuje u mnie przygnębienie. Nie chce mi się. Nuda jak flaki z olejem. Spać mi się chce od tego. Dłuży się to niemiłosiernie i to nie tylko mi, ale również dzieciakom, które już mniej więcej tysiąc razy zapytały mnie czy daleko jeszcze. Strasznie duża odległość.

Leżę sobie właśnie w łóżku, zbliża się północ, a ja nie mogę spać, bo rozmyślam o biegu Siedem Szczytów. Tam do pokonania jest właśnie 240 kilometrów. Tyle że nie autem i nie po autostradzie. Na pieszo i po górach. Taki dystans chcę pokonać. Do tego trochę w górę i trochę w dół. Tylko czy dam radę? 6 maratonów, jeden po drugim. Bez przerwy. Nie jestem pewien. Nie jestem w stanie się do niczego porównać. To 70 km więcej niż podczas Ultra Trail Małopolska. Dwie noce zarwane, a pomiędzy nimi cały dzień na nogach. Tej drugiej nocy boję się najbardziej. Nigdy tego nie doświadczyłem, więc nie wiem czego się spodziewać. Mimo to nadal chcę to zrobić.

Kilka dni temu Paula zapytała się mnie czy jestem pewien, że chcę przebiec taki dystans. Bez wahania odpowiedziałem, że tak. Nie zmienia to faktu, że czuję respekt przed takim wyzwaniem. Ten dystans nie bierze jeńców. Przez ostatnie 3 edycje tego biegu tylko co trzeci zawodnik dobiegł do mety. Reszta wymięka gdzieś na trasie. 2/3 wszystkich startujących odpada lub nie mieści się w limicie czasowym.

Trzeba się będzie solidnie przygotować. Mimo wszystko podejmuję wyzwanie. Jak mam się inaczej przekonać czy dam radę? Ba, jestem pewien że dam. Odblokowuję telefon i wypełniam formularz rejestracyjny. Cały proces trwa dosłownie chwilę i wszystko robię na miękko. Nawet mi powieka nie drgnie, a gdybym miał na sobie pasek tętna odczyt pokazałby stabilny rytm spoczynkowy. Na stres przyjdzie jeszcze czas przed samym startem. Tymczasem formalności dopięte. Jestem na liście startowej. Płacę od razu, w obawie, że najdą mnie jakieś wątpliwości. Zacementowane. Teraz już wszystko w moich rękach, czy może bardziej nogach. Muszę się dobrze przygotować.

Pyk!

17 Stycznia 2023

Lądek-Zdrój to jedno z najstarszych uzdrowisk w Polsce. Niewielkie miasteczko, które rozwijało się już od XIII wieku, zostało prawie całkowicie oszczędzone podczas drugiej wojny światowej, dzięki czemu mogło prężnie rosnąć w potęgę kurortu dysponującego naturalnymi czynnikami leczniczymi w postaci wód mineralnych z domieszką radonu i siarki. Niestety coś w tej koncepcji nie pykło i Lądek-Zdrój pozostał niewielką, urokliwą, górską mieścinką z populacją nieznacznie przekraczającą 5 tysięcy osób i zaledwie 1 065 miejscami noclegowymi jeszcze 3 lata temu. I to w całej gminie Lądek-Zdrój a nie tylko w jej siedzibie. Przynajmniej według Banku Danych Lokalnych.

Na bieżącą edycję Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego przewidziane jest w sumie około 6 000 miejsc startowych. Część ludzi przyjedzie z rodzinami lub znajomymi. Na kilka dni Lądek-Zdrój zamieni się w wielki pociąg Kolei Mazowieckich relacji Legionowo – Warszawa Wschodnia o 8 rano, w którym strefa komfortu przestanie istnieć, a fakt, że ktoś komuś innemu stanie na bucie nie będzie miał żadnego znaczenia, bo i tak nie będzie gdzie przesunąć nogi.

Ultrasi to dziwni ludzie, trochę oderwani od rzeczywistości, ale mało który z nich jest takim wariatem, żeby przyjechać na sam bieg i wracać do domu od razu po nim. Wyjątek stanowią lokalsi, ale tych raczej będzie mniejszość. Pozostała część musi się gdzieś przespać. Mając na uwadze potencjalny brak przepustowości bazy noclegowej szukam kwatery już teraz. Jedyne kryterium jakie przyjmuję to bliskość startu. Reszta jest nieważna, przecież i tak nie będzie mnie przez większość czasu. Zamierzam ukończyć bieg w sobotę nad ranem i chciałbym mieć do łóżka możliwie jak najmniej metrów do przejścia po pokonaniu 240 km.

Palcem po mapie szukam czegoś obok Parku Zdrojowego. Tu coś jest. Kleo Pokoje Gościnne. 450 metrów od mety. Pokoje z łazienkami. Dostęp do kuchni. Parking. Nic mi więcej nie potrzeba. Dzwonię. Trafiony zatopiony! Są miejsca! Rezerwuję i od razu płacę zaliczkę. Nie sądziłem, że pójdzie aż tak bezproblemowo. Teraz zostaje tylko obmyślić logistykę biegu, zmontować ekipę i można jechać. Lądku! Nadchodzę!

9 Lutego 2023

Puławy. Województwo Lubelskie. Jestem akurat w rodzinnych stronach i wdaję się z moim wujem w pogawędkę na temat biegania. Wujo jest regularnym czytelnikiem mojego bloga, smaruje mi przy każdej okazji, zachęcając do napisania książki, co oczywiście przyjmuję z najbardziej jak potrafię skrywaną satysfakcją. Mało co raduje mnie tak bardzo jak pozytywna reakcja na moje wspomnieniuszki. Co więcej, wujo, pomimo że sam ostatni raz biegał dobre kilkadziesiąt lat temu, chętnie dyskutuje o mojej pasji, więc rozmowom nie ma końca. Jednak w pewnym momencie pada niezręczne pytanie z jego strony. To gdzie teraz biegniesz?

O tam pobiegnę teraz.

Doskonale pamiętam jak 6 lat temu zapisałem się na mój pierwszy Ultramaraton. Supermaraton Gór Stołowych. 54 kilometry. Wtedy był to dla mnie dystans nie do osiągnięcia. Bałem się jak cholera, nie byłem pewien czy jestem w stanie pokonać taką morderczą odległość, ale też wcale nie kryłem się ze swoimi celami. Chętnie opowiadałem wszem i wobec co zamierzam zrobić, nieudolnie próbując znaleźć sobie odrobinę zewnętrznej motywacji oraz towarzysza niedoli. Niestety, nikt nie był taki głupi jak ja, żeby porwać się na ultra, nie mając na koncie przyzwoicie ukończonego maratonu ulicznego. Niemniej każdy ze moich znajomych reagował nadzwyczaj entuzjastycznie na mój plan. Ultramaraton? Super! Powodzenia. Będę trzymać kciuki! Na pewno dasz radę, i tak dalej.

Z kolei po biegu wow-y, gratulacje, wirtualne piąteczki, słowa wsparcia, podziw, że tyle godzin na nogach – dla przypomnienia niecałe 7, co z perspektywy biegu Siedem Szczytów jest zaledwie rozgrzewką. Fajnie, bo każdy doceniał mój wysiłek. Pobiegł koleś trochę więcej niż maraton. Twardziel. Szacun.

Ja natomiast wkręciłem się na dobre w to całe bieganie. Gdyby to tylko ode mnie zależało, już dawno rzuciłbym swoją robotę w pieruny, przeprowadził się gdzieś w Bieszczady, choć Góry Bystrzyckie też by mnie bez problemu przekonały. Kupiłbym kozę, ewentualnie kampera i biegał przez pół dnia, drugie pół spędzał na regeneracji w objęciach małżonki, a w wolnych chwilach pielęgnował swój bioogródek z jarmużem. Szkoda tylko, że nie idzie z tego wyżyć. Przynajmniej ja nie mam pojęcia jak to się robi. Mógłbym wprawdzie spróbować kariery jako jarmużowy potentat i na masową skalę pchać go w Lidlu jako zbiór ekologiczny, ale boję się że to będzie błędne koło, w którym i tak zabraknie czasu na bieganie, więc pewnie jeszcze przez kilkadziesiąt lat będę robił swoje jako korpoludek w stolicy, a raz na jakiś czas uskuteczniał twardy reset solidnym górskim sponiewieraniem.

Niestety mój apetyt rośnie w miarę jedzenia i na każde kolejne ultra szukam dłuższych, wyższych, większych zawodów. Zacząłem również zauważać, że trudność imprez trailowych jest wprost proporcjonalna do ilości puknięć się w głowę przez moich znajomych przy oznajmianiu im co zamierzam zrobić następnym razem. O ile przy pierwszej setce przez noc w górach zalewie kilka osób zapytało się mnie czy poza mną w domu reszta rodziny dobrze się czuje, a ja uważałem że zwyczajnie mnie nie rozumieją, to już przy Łemkowynie, kiedy miałem biec 150 km, na palcach jednej ręki mogłem policzyć tych, którzy podchodzili do tego wyzwania z równie dużym entuzjazmem jak mój własny.

Z czasem przestałem się chwalić. Kilka razy słyszałem pytania co jest ze mną nie tak, dlaczego sobie to robię i że to już patologia. Lubię. Uwielbiam. Jest coś niesamowitego w samotnym biegu przez noc w górach. Wylewny jestem, mimo to nie potrafię oddać literami wspaniałości takiego doświadczenia. Syty też głodnego nie zrozumie. Tego trzeba po prostu spróbować. Mogę się rozpływać nad cudownością permanentnego kontaktu z naturą, fantastycznymi ludźmi tworzącymi poszczególne imprezy biegowe, możliwością totalnego resetu i wyczyszczenia głowy z codziennych problemów, ale to nic nie zmieni. To jest zaledwie preludium do tego co dzieje się w umyśle biegacza podczas ultramaratonu.

A jak już dotrze się do mety… To jest dopiero mieszanka wybuchowa serotoniny, dopaminy i oksytocyny. Człowiek cieszy się jak dziecko, pomimo braku sił na choćby jeszcze jeden krok przed siebie i nie chce usiąść z obawy, że nie będzie w stanie się podnieść. Ta magiczna chwila uwalnia w mózgu związki chemiczne, które natychmiast zubażają przeszłe niewygodne wspomnienia, czytaj cierpienia na trasie, a każda rzecz przetworzona przez pamięć staje się czymś zupełnie nowym i w pełni identyfikuje się z bieżącymi doznaniami, przez co jedyne co zostaje w głowie po ultra to radość.

Zatem ja chcę pobiec jeszcze więcej i jeszcze dalej. Tylko chyba na razie wolę o tym nie mówić. Dlatego na pytanie wuja odpowiadam najzwięźlej jak się da. W wakacje planuję jakiś dłuższy bieg zrobić. On nie dopytuje, a ja zwinnie zmieniam temat, żeby nie musieć się głupio tłumaczyć, że naprawdę mnie nie pojebało.

Góry Stołowe.

9 Maja 2023

No… Ładnie się pan załatwił. Z takimi sprawami nie wolno czekać. Trzeba było od razu działać, smarować chociażbym maścią przeciwzapalną, a u pana minęło już 1,5 tygodnia od kontuzji. Proszę się zwrócić do lekarza prowadzącego i skonsultować wyniki. I radzę odpuścić wszelkie aktywności na kilka miesięcy.

Ze zdumieniem patrzę na poważną minę pani specjalistki od radiodiagnostyki, która właśnie dokonała na mnie badania USG stopy lewej. Nastaje niezręczna cisza, kiedy ja z nadzieją czekam aż pani Jolanta parsknie śmiechem i doda, że to tylko taki żart był, nic mi nie jest i mogę cisnąć dalej, niestety nic takiego się nie dzieje. Przecieram oczy ze zdumienia, widziałem na filmach, że czasami pomaga odgonić to nieprzyjemne doświadczenia, które w rzeczywistości są snem, ale gdy otwieram ponownie oczy widzę jedynie wysoko uniesioną jedną brew lekarki, która zaczyna bombardować palcami klawiaturę swojego komputera, żeby mogła dać mi wszystko na piśmie. Najwyraźniej dotarło do niej, że sam komunikat werbalny nie zupełnie nie przemawia do mnie i potrzebuję pisemnego oświadczenia odnośnie mojego aktualnego stanu zdrowia.

Opis badania chwilę trwa, a ja zastanawiam się co teraz. Półtora tygodnia wcześniej, podczas Ultra Miles of Beskid Wyspowy wydawało mi się, że skręciłem kostkę, ale ponieważ przebiegłem potem jeszcze 70 km, to przecież nie może być tragedii. Jednak nadal odczuwam dyskomfort gdzieś w okolicach stawu skokowego. Niemniej jest zdecydowanie lepiej, niż zaraz po biegu. Znaczy się: goi się, cokolwiek to było.

Już po chwili dostaję do pani Jolanty krótką lekturę, w którą mam przyjemność się zagłębić. Obrzęk fałdów maziowych bocznego przedziału stawu Choparta? ATFL nieco pogrubiałe, naderwanie I stopnia? Naderwanie więzadeł przedziału bocznego stopy lewej miernego stopnia? Powoli podnoszę wzrok znad trzymanej w ręku kartki papieru i już mam zacząć tłumaczyć pani radiolog, że przecież ja nic z tego nie rozumiem, a za 2 miesiące mam w Lądku biec, ale nie zdążam wypowiedzieć ani jednego słowa, ponieważ pani Jolanta grzmi do mnie tonem nie znoszącym sprzeciwu tłumacząc po raz kolejny, że to już wszystko, więcej szczegółów przekaże lekarz i ponownie zaleca mi dłuższy odpoczynek.

10 Maja 2023

Patrzę na Mariusza drapiącego się po głowie, wczytującego się w opis pani Jolanty. Ze zdenerwowaniem przełykam ślinę i czekam aż skończy tą krótką lekturę.

– A powiedziałeś jej co robiłeś? – Pyta mój fizjoterapeuta.
– Żartujesz? – Odpowiadam instynktownie. – Żebym potem słuchał tyrad o tym jaki jestem nienormalny i dlaczego sobie to robię i że nie długo będę jeździć na wózku i że przez sport do kalectwa i że…
– Rozumiem… – Kontruje Mario. – Bardziej chodzi mi o to, że gdybyś jej powiedział i gdyby sprawdziła obie stopy, zapewne okazałoby się, że ten obrzęk występuję również w prawej nodze i jest wynikiem przeciążenia po przebiegnięciu 100 km. Niekoniecznie musi to oznaczać, że się sypiesz.

Potem Mariusz opowiada jeszcze o swoich doświadczeniach związanych z tego typu kontuzjami, ale w sumie bardziej nie musi mnie przekonywać. Kupiłem już ten pierwszy argument, reszty nie trzeba, jednak mój fizjo nie chce odpuścić. Pacjent się położy! Maca z jeden strony, maca z drugiej, kręci i wykręca stopę w każdą możliwą stronę doszukując się jakichkolwiek ograniczeń w mobilności, ale ani to boli, ani nie przeszkadza. Okaz zdrowia. Może pan biegać. Alleluja!

M. in. dlatego chcę tam pobiec.

19 Maja 2023

Od wizyty u Mariusza dałem sobie jeszcze tydzień na regenerację mięśni po przebiegniętej setce. Czas jednak wracać do treningów. Do Biegu Siedem Szczytów zostało 56 dni. Równo 8 tygodni. Bezpośrednie przygotowanie startowe, ostatnie szlify przed totalnym wyciskiem. Trochę mam obawy, bo 100 km w Beskidzie Wyspowym nie do końca przebiegło po mojej myśli, a w Lądku będzie do przebiegnięcia drugie tyle i jeszcze maraton. Ja pieprzę! Dużo. No ale ludzie to robią i żyją. I to całkiem dużo ludzi. Sam chciałem. Nikt mnie nie zmuszał. Wręcz przeciwnie, raczej by mi to odradzano. Nie ma co się martwić na zapas. Wiem co mam robić. Jest sporo czasu, żeby przesłać do moich mięśni informację o tym jakie wciry nas wkrótce czekają.

Ruszam na rozgrzewkę z nadzieją spoglądając na lewą stopę i oczekując jakichkolwiek informacji o prawidłowości lub nieprawidłowości układu kostnego, jednak nic do mnie nie dociera. Biegnie się bez najmniejszego problemu. Mogę odetchnąć, co za ulga. Choć nie ma co chwalić dnia, wszak dopiero ruszyłem. Niemniej godzinna przebieżka nie sprawia mi najmniejszych trudności. Fantastycznie! Kierunek – Lądek Zdrój!

12 Lipca 2023

Poza przygotowaniem fizycznym, przez ostatnie kilka tygodni studiowałem też logistykę biegu. Chciałem się choć raz uczciwie przygotować pod każdym kątem, tym bardziej że support mi się trochę posypał. Role się odwróciły i tym razem mój kompan jest uziemiony w robocie projektem, więc dojedzie na miejsce dopiero w nocy z piątku na sobotę. Ja startuję jutro sam, więc muszę mieć wszystko dopięte na ostatni guzik. Forma, pakowanie, trasa, żarcie przed biegiem, w trakcie, kwatera, transport, a swoje w kopalni też muszę zrobić. Trochę się tego nazbierało, jednak patrząc na moje przygotowania do poprzednich biegów, mam wrażenie, że tym razem udało mi się ogarnąć prawie każdy aspekt.

Trochę mnie to kosztowało, zwłaszcza żeby dowieźć swoje w robocie, ale z czystym sumieniem o 16:45 najeżdżam kursorem w lewy dolny róg ekranu na ikonkę Windows. Rozwijane menu wyjeżdża do góry, a moim oczom ukazuje się opcja zasilania komputera. Już mam na nią kliknąć, dzielą mnie od tego dosłownie milisekundy, kiedy w prawym dolnym rogu ekranu wyskakuje powiadomienie otrzymanego maila, że jeszcze trzeba jedną rzecz ogarnąć. No żesz kurwa! Ważne i pilne. Głęboki wdech i wielokrotne powtórzenie sobie w duchu “tylko spokojnie” pozwala mi nie wyrzucić laptopa przez okno. Postanawiam skończyć szybko temat, żeby wieczorem mieć spokojną głowę, przez co wyjazd mi się opóźnia.

To mi ciągle siedzi w głowie.

Kilka minut po 17 żona zaczyna mnie pośpieszać. Ty nie miałeś wyjechać o piątej? Ano miałem… Ze złością patrzę na to ile mi jeszcze zostało tego szybkiego tematu, który jak zawsze okazał się urosnąć do rozmiarów “major-fuck-up-u”. Nadal dalej niż bliżej. Dobra, masz rację, jednak dokończę wieczorem, przynajmniej dojadę na miejsce za dnia. Wrzucam wszystko do auta, buziakom, uściskom i powodzeniom na trasie nie ma końca, ale ostatecznie pół godziny po czasie ruszam do Lądka.

Środa popołudnie to idealna godzina na wyjazd na urlop. A2 na Poznań trochę tłoczna, ale nadal w granicach rozsądku, natomiast S8 na Wrocław zupełnie pusta. Nikogo tam nie ma. Aż się zastanawiam czy to nie koniec świata, ale od czasu do czasu udaje mi się minąć jakieś auto. Nieprawdopodobne. Włączam tempomat na zjeździe z A1, a wyłączam go dopiero pod Wrocławiem. Tak to można jechać. Krótki przystanek gdzieś pod Chrzanowem i w okolicach 21 melduję się na miejscu.

Pani Monika przyjmuje mnie z uśmiechem, pokazuje pokój, który w porównaniu z hotelem pracowniczym z Łącka podczas majowego biegu wygląda jak Burj Al Arab w Dubaju. Są oddzielne łóżka, jest łazienka i to z toaletą, jest aneks kuchenny, jest parking, jest Internet, jest cisza i spokój. Złoto. Na bieg nic mi więcej nie potrzeba. Za 50 zł za osobę za noc to naprawdę bardzo uczciwa cena. Polecam.

Zostaje mi zjeść i dokończyć robotę, co udaje mi się zamknąć po 22, dzięki czemu zostaje jeszcze chwila na ponowną kontrolę wyposażenia, a to zajmuje mi dobre pół godziny. Niemniej wygląda na to, że tym razem wszystko spakowałem. To mój dwunasty ultramaraton i chyba po raz pierwszy idę spać przed północą ze spokojną głową, nie martwiąc się o plan awaryjny odnośnie jakiejkolwiek części ekwipunku.

13 Lipca 2023

Budzi mnie deszcz nad ranem. Ale jak to? Przecież miało nie padać! Prognoza twierdzi, że do południa wszystko się wyprostuje, później będzie już słoneczko przez cały weekend. Świetnie. Szkoda tylko, że teraz mocno pompuje, co oznacza, że na trasie może pojawić się trochę błota, tym bardziej, że poprzedniego dnia również było tu urwanie chmury. Trudno, co ma być to będzie, przechodzę do porannych ablucji, śniadanka i pakowania sprzętu na bieg.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
Jeszcze nie miałem tyle rzeczy na jednym biegu.

Wszystko układam na 6 kupek. To co założę na siebie, to co wezmę do plecaka oraz to co wsadzę do czterech depozytów, z czego trzy będą czekać na mnie na trasie, a jeden na mecie. Całość wygląda jak łup z kontenera na odzież używaną i zastanawiam się czy ja w ogóle dam radę zanieść to wszystko do punktu skupu, na szczęście mam zaledwie pół kilometra na start, więc jestem dobrej myśli.

Chwilę po 11, kiedy otwiera się biuro zawodów, ruszam po odbiór pakietu startowego. Liczę na to, że większość ludzi jeszcze się nie ogarnęła, a może nawet nie dojechała i będę mógł załatwić swój temat sprawnie. Nogi się pode mną załamują, gdy dochodzę do domu zdrojowego, z którego wystaje wężyk zawodników chcących przechytrzyć system i załatwić formalności w spokoju podobnie jak ja. Nie mieszczą się w środku i zawijają się wokół placu przy muszli koncertowej. A pakietu przecież nie wyciągamy z paczkomatu, obsłużenie jednego interesanta to dobre kilka minut.

Nie mam wyjścia, ustawiam się za tłumem i pół godziny później trzymam w ręce swoją upragnioną karteczkę w kolorze różowym z numerem 1229. Mój ci on! Przez chwilę wpatruję się w niego z zamiłowaniem. To właśnie taki kolor widziałem siedem lat temu przytwierdzony do finiszującego zawodnika, kiedy ja dobiegałem do mety półmaratonu. To była ta mała iskierka, która tliła się we mnie przez ostatnie lata, czekając na odpowiedni moment, żeby dać o sobie znać. Dla mnie ten kolor to właśnie symbol biegu Siedem Szczytów. Moje skryte marzenie, które jeszcze do niedawna brałem bardziej za pobożne życzenie.

Nie sądziłem, że będę w stanie podjąć takie wyzwanie pod kątem fizycznym. Przecież ja zawsze byłem tylko biegaczem amatorem, bez trenera, bez profesjonalnego planu treningowego i żywieniowego. A mimo to jestem tutaj w Lądku i trzymam w rękach taki sam różowy imienny numer startowy z wyraźnie widocznym napisem “Daniel”. Ten jest mój i tylko mój. W końcu! Przez ten cały czas, odkąd zobaczyłem go po raz pierwszy siedem lat temu, gdzieś w środku skrycie chciałem mieć na sobie na taki numer i teraz nareszcie go posiadam. Dzięki niemu zamierzam sobie udowodnić, że dam radę pokonać te 240 km na własnych nogach.

Oto i on! Mój różowy numer 1229.

Powzdychawszy jeszcze przez chwilę, unosząc się w obłokach marzeń i już teraz wyobrażając sobie siebie samego na mecie biegu Siedem Szczytów powoli kieruję się z powrotem na kwaterę. Mam do zrobienia jeszcze jedną rzecz w imię pomyślnego ukończenia biegu. Drzemka. Zupełnie nie jestem zmęczony, jednak dobrze byłoby złapać choć odrobinę świeżości. Pierwszej nocy zupełnie się nie boje, już to przerabiałem. Z resztą kto z nas nie zarwał nocki, bo impreza była zbyt fajna? Kolejny dzień przy dobrej pogodzie również powinien minąć przyzwoicie, ale to drugiej nocy najbardziej się obawiam. Tego jeszcze nie testowałem, dlatego zależy mi, żeby baterie były naładowane do pełna. Liczę, że dzięki temu uda mi się pokonać cały dystans bez drzemki.

W desperacji będę się ratować punktami noclegowymi. Aż trzy są rozstawione na trasie, gdzie można położyć się na materacu i odpocząć, jednak wolałbym tego uniknąć. Wiem jak ciężko jest podnieść się z krzesełka po kilkuminutowej przerwie na jedzenie, mając w nogach ponad 100 km, więc przypuszczam, że realizacja głównego hasła XI edycji Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich pod szumnie brzmiącym tytułem “Rusz 4 litery” jest jeszcze trudniejsza po kilkudziesięciominutowej drzemce, kiedy nogi ze sztywnych przechodzą w stan gruzu i jedyne do czego się kwalifikują to wywóz w workach typu Big-Bag, jeśli nie w tradycyjnych kontenerach KP-5.

Ku mojemu zdziwieniu dość szybko udaje mi się zapaść w krótki sen. Niewiele ponad godzina powinna pozwolić mi przetrwać całą trasę bez drzemki, przynajmniej tak to sobie sprzedaję. Tymczasem zabieram się do przygotowania ostatniego posiłku przed biegiem i jeszcze jednej kontroli wyposażenia. Gdy mniej więcej po raz dziesiąty upewniam się, że ilość gaci i innych części garderoby zgadza się w odpowiednich workach do przepaków, siadam do jedzenia i rozmyślania. Co jeszcze może pójść nie po mojej myśli? Czy na pewno wszystko przygotowałem? Będę musiał liczyć tylko na siebie, więc szukam na siłę dziury w całym. Pochłonąwszy ogromną michę makaronu i nie wymyśliwszy żadnego nadprogramowego problemu, z czystym sumieniem przywdziewam kostium ultrasa. Decyduję się lecieć na krótko, pomimo zapowiadanej chłodnej nocy. Zakładam, że cały czas będę w ruchu, więc rozgrzeję się mechanicznie. Dodaję jedynie rękawki biegowe, które za dnia ochronią mnie od słońca, a w nocy zapewnią dodatkową warstwę ciepła. Czas ruszać na start.

Plecak na plecy, kije na biodra, po dwa worki na śmieci, wróć na przepaki w każdą rękę i w końcu wyglądam jak rasowy zawodnik biegów górskich. Chociaż nie… poczekaj… Chyba bardziej jak koleś opróżniający kontenery z używaną odzieżą. Cóż, to nie rewia mody, oddam wory do depozytu i jest nadzieja, że wszystko wróci do normy. Tymczasem w drogę!

Prawo Murphy’ego zawsze na propsie. Gdy już odstałem swoje do biura zawodów w południe w ponad półgodzinnej kolejce i tak samo zrobiła zdecydowana większość zawodników tegorocznej edycji DFBG, na godzinę przed startem brakuje już chętnych do obsługi. Zrzut depozytów załatwiam niemalże od ręki. Zatem wskazówka na przyszłość: do biura zawodów lepiej później niż wcześniej! Przynajmniej na DFGB. Przynajmniej dla najdłuższych tras.

Lżejszy o dobre 10 kilo ruszam na start. Mam jeszcze sporo czasu, który umyka mi błyskawicznie za sprawą znajomych, którzy biegną następnego dnia z Kudowy dystans 110 km, ale przyjechali do Lądka ogarnąć formalności. Krótka wymiana zdań z Danielem i Agatą pozwala znacznie skrócić nerwowy czas oczekiwania na rozpoczęcie biegu Siedem Szczytów.

W strefie startu melduję się na kilka minut przed 18:00. Większość zawodników zajęła już swoje miejsca, więc dyskretnie staram się przesunąć na początek stawki. Po chwili staję gdzieś w trzecim rzędzie uznając, że to dobra pozycja wyjściowa. Dalej będzie jeszcze jakieś 240 km, żeby przetasować się na trasie. Pompa trwa już w najlepsze, z głośników leci AC/DC, ludzie nakręcają się nawzajem, a ja zamykam oczy i zastanawiam się, czy jestem w dobrym miejscu. No jak to? Jasne, że tak! Jestem w pełni przekonany, że uda mi się ukończyć ten bieg, pytanie tylko w jakim stanie? Chciałbym zameldować się na mecie w sobotę przed świtem, niemniej mam świadomość, że przez 240 km może wydarzyć się na tyle dużo nieprzewidzianych rzeczy, że samo dotarcie z powrotem do Lądka Zdroju będzie już sukcesem.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
10 minut do startu.

Konferansjer Wojtek odlicza ostatnie minuty, a ja czuję, że siku mi się chce. Ja pieprzę! Teraz? Jeszcze jest trochę czasu, mogę zdążyć. Ze zdenerwowaniem rozglądam się za toi-toi-ami, ale żadnego nie ma w zasięgu wzroku. Zaraz, zaraz, po co się spinać? Przecież za kilka minut będę w górach, gdzie zamiast śmierdzącej przenośnej toalety, w której aromat podkręcony intensywnym słońcem przyprawia o mdłości, będę mógł podlać jakieś drzewko, bez kolejki, bez spędzania niecałej minuty na bezdechu, w relatywnym komforcie. Świetny plan, dobrze że na niego wpadłem.

Z sikowych rozterek wyrywa mnie okrzyk Wojtka o tym, że zaraz startujemy. 45 sekund do godziny 0. Ludzie wokół krzyczą, dzwonią zbyrcokami, trąbkami i kołowrotkami przy akompaniamencie Personal Jesus, lecącym teraz jakby trochę głośniej. Ktoś z obsługi biegu odpala przed nami czerwone flary i macha nimi niczym koordynator ruchu naziemnego do statków powietrznych lądujących na lotniskowcu, gdy powietrze przechodzi charakterystycznym węglowym zapachem. Trochę dalej zapalają się inne kolory: żółty i niebieski, a dyrektor biegu Piotr Hercog rozpoczyna odliczanie od 10 sekund. Przy 8 zgromadzony tłum radośnie podchwytuje skandowanie i wykrzykuje razem z nim kolejne cyfry aż do jednego.

Gdy pada hasło “start”, wszyscy razem z zawodnikami drą się w niebogłosy, bezmyślnie marnując tak bardzo potrzebną energię na dalszą część biegu, jednak w tym momencie nikt o tym nie myśli. Każdy chce być częścią tego wydarzenia. Biegacze, kibice, organizatorzy, wolontariusze i wszyscy inni przypadkowi ludzie stanowią w tym momencie jednolitą masę o nazwie DFBG, która zaraża pozytywną energią i rozprzestrzenia się w tempie błyskawicznym we wszystkie strony. Nie bierze jeńców. Każdy staje się jej ofiarą i włącza się w celebrację morderczych zmagań przez kolejne kilkadziesiąt godzin. Rozkręcona atmosfera poderwałaby umarłego, a ten rozejrzałby się wokół i stwierdził, że jest tak zajebiście, że on też pobiegnie, albo przynajmniej pokibicuje.

Bieg Siedem Szczytów

LĄDEK ZDRÓJ -> PRZEŁĘCZ GIERŁATOWSKA (9 km)

Równo o 18:00 ruszam z Lądka Zdroju na jeden z najkrótszych odcinków całej mojej trasy. Zaledwie 9 km, ale prawie ciągle pod górę przez Trojak aż do przełęczy Gierłatowskiej. Jednak zanim trail zacznie się na dobre, najpierw trzeba wydostać się z Lądka, a patrząc na to co się tu dzieję zaczynam się zastanawiać czy jednak nie lepiej zostać i pokibicować. Nieprawdopodobną oprawę udało się zorganizować dla koronnego dystansu DFGB. Długi na dobre kilkaset metrów szpaler ludzi po obu stronach ulicy, którą biegniemy podkręca atmosferę jeszcze bardziej niż organizatorzy biegu przed startem. Dym z rac nadal unosi się w powietrzu, a na kolejnych metrach jeszcze więcej osób trzyma w rękach kolorowe pochodnie. Pozostali zwyczajnie robią wrzawę zdzierając sobie gardła i grzmocąc czymkolwiek co akurat mają pod ręką.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piot Dymus.

Ta niesamowita atmosfera tak nakręca, że biegacze również się w tym zatracają. Nikt nie myśli o oszczędzaniu energii. Lecimy na złamanie karku drąc gęby do tego stopnia, że aktorzy grający Szkotów w Braveheart w reżyserii Mela Gibsona włączyliby nas do obsady w scenie bitwy o Stirling, kiedy mierzyli się z armią Anglików. Słowo daję, to się tak udziela, że gdyby zapytać kogokolwiek patrzącego na ten cały ambaras, czy chciałby pobiec z nami, to każdy, łącznie z emerytami, rencistami i matkami z dziećmi bez wahania założyłby trampki i ruszył na trasę. Ja do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo udało się rozkręcić start DFGB. Kątem oka dostrzegłem nawet dinozaura. Jakiś wariat przebrał się za dmuchanego T-Rexa i przyszedł na start pozdrowić biegaczy. Co jak co, ale o wymarłych gadach na ultra jeszcze nie słyszałem.

Niestety jest to miecz obosieczny. Doświadczenie, niewielkie bo niewielkie, ale jednak kilka tych biegów już się zrobiło, nakazuje mi trzymać tempo mocno na wodzy. Jeszcze będzie masa kilometrów, żeby sobie poszarżować, ale najgorsze co można zrobić to puścić się pędem na samym starcie. Odbije się to mocną czkawką pod koniec trasy. Dlatego co krok próbuję się powstrzymać, żeby nie pognać za wariatami z pierwszego rzędu. To zupełnie inna liga. Prowadzenie zostawmy zawodowcom. Ja skupię się na dowiezieniu mojego celu,

W realizowaniu własnego planu pomaga mi trasa zaraz za Trojakiem, gdzie robi się ciasno, a wyminięcie kolejnego zawodnika wymaga przeskoczenia po ogołoconych już dawno krzakach czarnej jagody rosnących przy szlaku. Próby nie podejmuję. Swobodnie truchtam sobie za kolesiem przede mną, mimo że w duchu strasznie chciałbym go pocisnąć, ale wmawiam sobie, że moje mięśnie podziękują mi za tą rozsądną decyzję za jakieś 20 godzin. Czuję, że mam moce przerobowe, żeby wystrzelić do przodu, jednak ja muszę na tej trasie wytrzymać półtorej doby. To nie sprint. Trzeba się oszczędzać, mimo że przychodzi mi to z ogromnym trudem.

To relatywnie spokojne tempo cały czas pod górę pozwala mi się porządnie rozgrzać. Nawet zaczynam się zastanawiać, czy założenie rękawków było dobrym pomysłem, ponieważ czuję jak pot spływa mi już po karku, przeciskając się pomiędzy plecami a plecakiem i już za chwilę zaatakuje ten newralgiczny rowek pomiędzy półdupkami. Niemniej wkrótce zajdzie słońce i prawdopodobnie potrzebna będzie dodatkowa warstwa ocieplenia. Chłodzenia szukam w zimnej wodzie z moich bidonów. Wlałem jej niewiele na początek, z zamiarem uzupełnienia płynów na pierwszym punkcie, w końcu nie ma sensu się niepotrzebnie obciążać na start.

Bieg się dopiero rozpoczął, a na razie mam więcej wątpliwości niż pewności w sobie. Czemu? Chyba za bardzo chcę to poprawnie rozegrać. Zależy mi na uniknięciu głupich błędów, które będę musiał odpokutować w dalszej części trasy, ale może nie ma co szukać dziury w całym? Mącę sobie w głowie zupełnie niepotrzebnie i pewnie zatraciłbym się w tym wszystkim, gdyby nie wzmożone parcie na pęcherz, wstrzymywane od samego startu. Zrobiło się trochę luźniej, mogę na spokojnie odejść w krzaki i załatwić co trzeba, a przy okazji skupić się na czymś ciekawszym niż rozmyślania o potencjalnych przyczynach mojego niepowodzenia na trasie.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Łukasz Buszka.

Truchtając dalej wężykiem za innymi zawodnikami, kilka minut po 19 docieram do Przełęczy Gierłatowskiej. Nie ma tu żarcia, można tylko zatankować. Nie przeszkadza mi to za bardzo, na tym etapie nie jestem jeszcze głodny, nadal na kiszkach siedzi mi potężna porcja makaronu, którą wchłonąłem przed startem, więc dopadam do wodopoju i tankuję bidony. Zaczepia mnie koleś z obsługi i pyta jaki mam numer startowy, a że akurat jestem w trakcie przełykania wody, odkręcam się do niego dupcią i lekko wypinam, żeby mógł sobie swobodnie odczytać moje 1229, a ten mi mówi, że numer musi być z przodu. Macham bez wzruszenia ręką mamrocząc coś z stylu “ok”, ale facet nie daje za wygraną i grozi mi karą czasową. Ja pierdzielę, za numer startowy? Ano za numer. Regulamin mówi wyraźnie, że numer ma być z przodu, więc o ile nie chcę kary to mam go sobie przekręcić.

Oczyma wyobraźni widzę siebie w roli Vincenta Vegi, który Pulp Fiction przychodzi do willi Marsellusa Wallace’a po jego żonę i bezradnie macha rękami będąc w jej salonie i szukając guzika do interkomu, stając się symbolem zmieszania i konsternacji. Szefie, przecież tu prawie każdy ma numer na plecaku albo na dupie! Słuchaj, ja ci odpuszczę, ale na kolejnych puntach już mogą nie być tacy łaskawi. Nie chcesz kary, to przekręć numer startowy na przód.

Już chcę zacząć tłumaczyć gościowi, że tak mi wygodniej z kijkami, ale w duchu macham ręką. Nie chce mi elaborować. Szkoda czasu. Dobra, przekręcę, po co te nerwy? Naprawdę nie ma większych problemów na tym biegu?! Po niecałej minucie zniesmaczony ruszam w dalszą część trasy, ale ani myślę przekręcać tego pasa biodrowego. Po pierwsze dupsko mam już tak spocone, że to ciężko będzie szło, wszystko mi się klei do tyłka, a po drugie chcę mieć kijki z przodu. Komfort przede wszystkim. Jak mi dowalą karę czasową, to trudno, w dupie to mam. Przecież ja nie walczę o podium, więc kilka minut w tą czy w tamtą stronę raczej nie zrobi mi różnicy.

PRZEŁĘCZ GIERŁATOWSKA -> PRZEŁĘCZ PŁOSZYNA (26 km)

Wychodzę z przełęczy na 28. pozycji. Oczywiście nie mam o tym zielonego pojęcia i na ten moment nie stanowi to żadnego przełożenia. Cała stawka jeszcze niejednokrotnie się przetasuje. Trzeba przeć przed siebie i robić swoje.

Przede mną jeden z trudniejszych odcinków całego biegu. Jakieś 25 km wzdłuż granicy z Czechami. Nie ma tutaj agresywnych podejść lub zejść, jedyne co mnie martwi to brak możliwości zatankowania w trakcie. W bidonach mam niewiele ponad litr wody, a liczę, że na kolejnym punkcie odbiję się za około 3 godziny, co i tak jest wariantem optymistycznym, zakładającym że nie zgubię się ani razu po drodze. Chociaż muszę przyznać, że oznaczenia trasy do tej pory są bez zarzutów. Oczojebne żółto-czerwone wstążki są widoczne już z daleka, a stawka nadal się nie rozciągnęła odpowiednio, więc na znakowanie za bardzo nie muszę spoglądać. Na razie jesteśmy trochę jak Lemingi. Wystarczy lecieć za tłumem. Od kiedy wyruszyliśmy z Lądka, cały czas mam w zasięgu wzroku kogoś przed sobą lub za sobą. Naprawdę trzeba chcieć, żeby się zgubić, przynajmniej na tym etapie rozgrywki.

Dużo bardziej martwi mnie woda. Nadal jest dosyć gorąco, co chwila pociągam z bidonów, przez co wkrótce będę mógł zajrzeć na ich dno. Niedługo zajdzie słońce i trochę się ochłodzi, więc może będzie mnie mniej suszyć, jednak nie zmienia to faktu, że o suchym pysku daleko się nie zajedzie. Zawczasu wprowadzam racjonowanie wody, ustalając z samym sobą, że piję nie częściej niż co pół kilometra. Przy okazji będę się rozglądać za jakimś strumykiem, w którym będzie można uzupełnić zapasy życiodajnego płynu. Może uda się znaleźć naturalny punkt odżywczy zaopatrzony w samą wodę.

Przynajmniej jeść mi się nie chce. Na trzy godziny przed startem zeżarłem nieduże wiaderko makaronu co nadal trochę daje mi się we znaki obkurczaniem się jelita. Na szczęście kolka nie jest silna i nie przeszkadza mi w parciu naprzód. Dodatkowo nie muszę na razie zajmować sobie głowy jedzeniem. Czuję się nadal pełny więc muszę jeszcze chwilę poczekać, aż spaghetti się przepali, a w zbiorniku zrobi się trochę więcej wolnego miejsca.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Rafał Bielawa.

Tak to już jest z tym ultra, że przede wszystkim trzeba myśleć o jedzeniu i picu. W sumie dobrze się wpisuję, bo co jak co, ale dobrze się najeść to ja lubię. Zajmuje mi to całą głowę, przez co zupełnie nie zauważam skrętu trasy na siedemnastym kilometrze i żwawo truchtam na wprost. Na szczęście dwóch kolesi za mną natychmiast daje mi znać o pomyleniu drogi, dzięki czemu muszę nadrobić zaledwie kilkadziesiąt metrów i to jeszcze z górki, co rzadko kiedy się zdarza. Oczywiście tracę te dwie pozycje, ale nadal zupełnie mnie to obchodzi. Coś wspominałem o tym, że tutaj nie da się za bardzo zgubić? No cóż, najwyraźniej jestem wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Wpół do dziesiątej jestem na 27. kilometrze, kiedy robi się na tyle ciemno, że jestem zmuszony odpalić czołówkę. Gdzieniegdzie jeszcze dociera naturalne światło, ale jest go na tyle mało, że łatwo nie zauważyć jakiegoś korzenia, przez którego można stracić kilka zębów, albo chociaż obić sobie to i owo. Zmrok powoduje też znaczne ochłodzenie, co podnosi mnie na duchu, ponieważ w moich bidonach już powoli docieram do dna, a do punktu odżywczego jeszcze dobre 8 km. Nie ma opcji, nie starczy mi wody. Muszę rozpocząć racjonowanie. Żałośnie małe łyki co kilometr. Na więcej nie mogę sobie pozwolić. Niestety łatwo powiedzieć, trochę trudniej zrobić, zwłaszcza że przez kolejne kilka kilometrów szlak nadal pnie się do góry. Truchtam spokojnie, żeby szybciej odbić się na punkcie, ale powoduje to również wzmożone pragnienie. W konsekwencji na 3 km przed przełęczą Płoszyna zupełnie kończy mi się woda.

Ma być teraz z górki, więc może nie będzie tak tragicznie. Spokojnym krokiem biegnę do swojego celu z nadzieją, że te górskie kilometry będą tym razem w pełni odpowiadać Międzynarodowemu Układowi Jednostek Miar, a nie będą się ciągnąć drugie tyle, co już niejednokrotnie w górach widziałem. Na szczęście jak na razie Siedem Szczytów jest dla mnie wyjątkowo łaskawe, ponieważ po 25 kilometrach i ponad 3 godzinach od przełęczy Gierłatowskiej, docieram w końcu do drugiego punktu odżywczego.

Oświetlony w nocy namiot daje się zauważyć z daleka, co zdecydowanie podnosi moje morale i pozwala puścić się bez opamiętania do wodopoju. Po kilku chwilach jestem na miejscu i oczom nie wierzę. Jaki tu jest paśnik! Rzucam się na soczyste i czerwone arbuzy. Przez ostatnie kilka kilometrów tak dramatycznie wyschłem w środku, że nie mogę się im oprzeć. Z resztą nie ma się co dziwić. Są słodkie i orzeźwiające. Coś wspaniałego. Jestem tak spragniony, że nawet nie fatyguję się gryzieniem. Prawie połykam jeden kawałek za drugim zostawiając jedynie skórki. Mam wrażenie, że wzbudzam nawet drobne pośmiechujki wśród wolontariuszy, ale zupełnie się tym nie przejmuję. Pić mi się chce. Dawać więcej!

W międzyczasie do arbuzów dopada kilku innych biegaczy, więc zwalniam miejsce i przesuwam się w stronę pomarańczy, bo te jakoś nie mają wzięcia u pozostałych. Spróbowawszy jednej zupełnie nie rozumiem dlaczego. Te cytrusy są jeszcze lepsze niż arbuzy. Zawsze mnie to zastanawia skąd oni biorą takie fenomenalne pomarańcze na te biegi ultra? Niebo w gębie. W Lidlu takich nie ma. Pochłaniam ze 20 ćwiartek zanim udaje mi się opanować samego siebie, żeby nie przesadzić. Matko i córko jak mi teraz dobrze. Mógłbym tu siedzieć do rana i pewnie zżarłbym wszystkie zapasy pomarańczy i arbuzów, gdyby nie to, że czas nagli.

Po kilku minutach przystanku uzupełniam bidony wodą, za namową wolontariuszy chwytam jeszcze 2 żelki, kilka herbatników, dziękuję im serdecznie za wsparcie i ruszam na kolejny odcinek biegu Siedem Szczytów. Dopiero teraz dociera do mnie, że mogłem sobie usiąść na chwilę i dać nogom odsapnąć, ale byłem tak pochłonięty gaszeniem pragnienia, że nawet nie przeszło mi to przez głowę. Koduję pod kopułą, żeby pamiętać o tym w Międzygórzu za jakieś 15 km i zostawiam za sobą jasno oświetlony namiot.

PRZEŁĘCZ PŁOSZYNA -> MIĘDZYGÓRZE GOPR (15 km)

Już za kilka chwil czeka mnie solidna wspinaczka na Śnieżnik. Najwyższy punkt na trasie. Jednak najpierw muszę się do niego dostać. To przed tym odcinkiem ostrzegał mnie Damian Falandysz. Wchodząc na szczyt od strony południowo wschodniej, trzeba pokonać podmokły teren, który często pokryty jest bagnistymi kałużami. Przy przeciętnych opadach rzekomo ciężko przebrnąć ten odcinek suchą stopą. Jednak tegoroczna edycja jest bardzo łaskawa pod kątem błota, ponieważ brak opadów oraz intensywne słońce w ostatnich tygodniach wysuszyły szlak prawie całkowicie. Ulewy z ostatniej doby trochę pogorszyły sprawę, ale nadal da się przebrnąć ten kawałek na sucho. Zostają jedynie większe lub mniejsze kałuże do ominięcia lub przeskoczenia.

W drodze na Śnieżnik.

Gdzieś na 39. kilometrze radośnie omijając błotniste pułapki, błędnie oszacowuję moją koordynację ruchową. Lewy but ląduje na mokrym korzeniu, z którego ześlizguje się w momencie gdy próbuję się z niego wybić. W konsekwencji noga wpada mi do połowy łydki w mokradła, a zimna woda bez problemu przedostaje się przez siatkowy nos buta i przemywa mi stopę z każdej strony. Bardzo marzyłem o odświeżeniu kopyt, ale nie do końca to miałem na myśli.

Całe szczęście, że za namową wspomnianego wcześniej Damiana na początek założyłem moje stare i już bardzo wysłużone Mizuno Daichi, z zamiarem zmiany ich na Altry na pierwszym przepaku. W końcu przekroczenie odcinka przed Śnieżnikiem suchą stopą miało graniczyć z cudem. Ostatecznie prawie mi się to udało i gdyby nie ta pojedyncza wpadka, mógłbym lecieć całą trasę w Altrach. Tymczasem mocno martwi mnie fakt, że zmiana ogumienia będzie dopiero za jakieś 30 kilometrów. Do tego czasu każdemu mojemu krokowi będzie towarzyszyło chlupotanie w butach, a ja będę musiał odmówić kilka litanii do najświętszego serca ultrasowego o brak odcisków i pęcherzy na mokrej stopie. Wprawdzie już to wielokrotnie przerabiałem. Jest całkiem spora szansa, że moje nogi w Długopolu będą nadal w stanie nadającym się do ultra.

Mało przyjemna sprawa, ale pocieszam się faktem, że chociaż prawy but jest suchy. Są gorsze tragedie w życiu, więc puszczam jedynie soczystą wiązankę w kosmos, wyrażając dobitnie swoje niezadowolenie ze spotkanego mnie nieszczęścia i lecę dalej szukając plusów tego zajścia. Jest czwartek, późny wieczór, jestem cały upocony, już całkiem przyzwoicie zmęczony, w bucie mi chlupie, ale na koniec dnia, ja jutro do roboty nie wstaję, mimo że piątek jest. Pozdrawiam więc serdecznie w myślach wszystkich, którzy jutro będę kontynuować swoje kariery w strukturach międzynarodowych przedsiębiorstw i postanawiam skupić się na pozostałych przede mną dwustu kilometrach.

Chwilę przed północą udaje mi się wdrapać na Śnieżnik. Wieżę widokową odpuszczam, raczej panoramy spektakularnej o tej porze nie uraczę. Co więcej jest dosyć chłodno, ponieważ drzew w okolicy w zasadzie brak. Wiatr hula sobie w najlepsze smagając mój spocony kark zimnym powiewem. Brrr, trzeba się czym prędzej ewakuować w jakieś bardziej osłonięte miejsce, dlatego rzucam się w dół czerwonym szlakiem w kierunku Miedzygórza.

Deniwelacja daje mi się mocno we znaki. Na 7-kilometrowym odcinku schodzimy w dół prawie 800 metrów, co powoduje u mnie obawy przed rozpędzeniem się. Boje się, że zatrzymam się dopiero na jakimś drzewie, albo zwyczajnie wyrżnę orła o pierwszy lepszy korzeń, dlatego muszę się hamować. Bardzo intensywnie odczuwają to moje czworogłowe ud, jednak w tym momencie nie jestem w stanie znaleźć lepszego rozwiązania. Nie mogę przyśpieszyć, tym bardziej że przed chwilą zaczęło padać. Żaden deszczyk, na razie to bardziej bździ niż leje, ale o wywrotkę w takich warunkach znacznie łatwiej.

Schronisko na Śnieżniku.

Na jakieś dwa kilometry przed punktem odżywczym przyjemny kapuśniaczek zamienia się już w przyzwoitą ulewę. Słabo trochę, mam nadzieję, że punkt odżywczy nie będzie pod chmurką. Niedaleko mnie zatrzymuje się jakiś koleś i wyciąga kurtkę z plecaka. Podpytuję go biegnąc, czy myśli że aż tak będzie pompować, na co on odkrzykuje, że prognozy deszczu są na kolejne 1,5 godziny. Nie mogę się powstrzymać i znowu rzucam mięsem w eter. Miało przecież już nie padać. Dlaczego życie jest takie okrutne?

Zostaje mi jakiś kilometr do punktu, trochę szkoda mi czasu na przystanek i wykopywanie kurtki z plecaka, tym bardziej, że i tak jestem już cały mokry. Nachylenie delikatnie zelżało, więc rzucam się w dół bez hamulców z zamiarem zatrzymania się dopiero w Międzygórzu. W ten sposób pokonuję swój najszybszy kilometr na trasie biegu Siedem Szczytów. 4 minuty i 18 sekund każą mi się dobrze zastanowić nad rozsądnością tej strategii, mając do pokonania jeszcze 190 km, jednak w tym momencie bardzo zależy mi na ucieczce przed deszczem. W zasadzie teraz to już nawet nie leje, mam wrażenie, że nade mną oberwała się chmura.

Bieg w takich warunkach ma w sobie coś niesamowitego. Jest noc, szlak przede mną oświetla tylko wąski promień mojej czołówki. Padający prosto w żarówkę deszcz wygląda jak scena z Gwiezdnych Wojen, kiedy statek kosmiczny wchodzi w nadprzestrzeń. Jest też dosyć chłodno, więc wydobywająca się z ust para trochę ogranicza widoczność. Niesamowity klimat. Brakuje tylko Niszczyciela Gwiazd pod wodzą Dartha Vadera odstrzeliwującego kolejnych uczestników biegu Siedem Szczytów.

Przemoczony do suchej nitki wbijam na punkt odżywczy nadzorowany przez samego Rafała Kota. Rekordzista trasy biegu Siedem Szczytów tym razem osobiście wspiera innych w tym przedsięwzięciu serwując zupę pomidorową. Fantastycznie, w końcu coś na ciepło i do tego jeszcze w płynie. Moja ulubiona forma suplementacji podczas biegów ultra. Z radością biorę dokładkę, równocześnie trochę ubolewając, że jest to sam płyn. Liczyłem, że będzie jakaś wkładka w postaci ryżu albo kluchów, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Przynajmniej walory smakowe są na bardzo przyzwoitym poziomie, dlatego pochłaniam aż 3 kubki, które zagryzam sękaczem.

Dodatkowo jest gdzie dupcię posadzić, więc nóżki choć odrobinę mogą odetchnąć. Pomiędzy kolejnymi kubkami zupy Rafał informuje mnie, że jestem na 14 pozycji. Łoooo! Serio? Ale kosmos! Do podium jeszcze daleko i walki nie zamierzam podejmować, ale lokata jest na bardzo przyzwoitym poziomie. Nakręca mnie to do dalszej walki. Dobrze idzie, więc nie mogę odpuszczać!

Spędziwszy u Rafała niecałe 5 minut, już chcę ruszać w dalszą część trasy, ale widzę, że deszcz ani na chwilę nie odpuszcza. Trzeba wyciągnąć ciężką artylerię. Zdejmuję plecak i wykopuję moją ultracienką kurtkę biegową, którą zakupiłem jakieś 3 lata temu, ale jeszcze nie miałem okazji jej wypróbować. Zwyczajnie jeszcze ani razu nie padało, gdy biegłem ultra. Sam się temu dziwię. Przywdziewam seksowny zielony kubraczek i ruszam do Długopola.

W kubraczku.

MIĘDZYGÓRZE GOPR -> DŁUGOPOLE ZDRÓJ (17 km)

Po opuszczeniu punktu odżywczego jeszcze kawałek truchtam przez miasto, aż docieram do Rezerwatu Przyrody Wodospad Wilczki. Przepiękne miejsce, w którym można podziwiać jeden z najwyższych wodospadów w Polsce. W 2018 roku teren ten przeszedł gruntowną rewitalizację i jest dostępny urokliwą ścieżką dydaktyczną, wzdłuż której prowadzi czerwony szlak turystyczny. Sam wodospad można oglądać z mostku przerzuconego nad nim oraz z wielu punktów widokowych wokół. Otoczony skałami robi niesamowite wrażenie, prezentując się fenomenalnie z każdej strony.

Niestety z mojej perspektywy niewiele jest widać. O pierwszej w nocy mogę podziwiać jedynie zmrok i odrestaurowane schody prowadzące na szczyt góry parkowej w Międzygórzu. Muszę przyznać, że to właśnie na stopniach skupiam całą swoją uwagę. Nie mam pojęcia ile ich tam jest. Dużo. Głównie w segmentach po trzy, oddzielonych od siebie dwumetrową platformą, co znacznie utrudnia wbieganie po nich, bo przerwa wybija z rytmu. Chociaż chyba nie powinienem się dziwić, w końcu to miejsce zostało stworzone z myślą o spacerowiczach, którzy prawie z każdego miejsca mogą podziwiać piękno wodospadu Wilczki, a nie biegaczach lecących na złamanie karku, bo im się międzyczas muszą spiąć na Stravie.

Wejście na szczyt to jakieś 100 metrów w górę. Zajmuje mi to kilka minut, w trakcie których po raz kolejny okazuje się, że te całe prognozy pogody to o kant dupy można potłuc, bo zupełnie przestaje padać, a ja w swojej kurteczce zaczynam się już gotować. Z resztą zaraz po wyjściu z punktu odżywczego deszcz trochę zelżał, ale chciałem dobiec w kurtce do kolejnego przystanku, żeby nie musieć się rozbierać w ciemnym lesie. W tym momencie nie mam innej opcji. Kolejne 16 km z dodatkową warstwą odzieży spowoduje jedynie, że upiekę się od środka. Robię krótki postój, chowam kurtkę do plecaka i po minucie ruszam na dalszą część szlaku.

Po niecałych 8 godzinach pęka mi 60-ty kilometr. Głowa jeszcze nadal pracuje całkiem sensownie, więc jestem w stanie w pamięci ekstrapolować ten międzyczas na całość biegu, co powoduje u mnie niemałą ekscytację. Lecę na 32 godziny. To już naprawdę kozak wynik. Co więcej, naprawdę staram się nie szarżować, wręcz co jakiś czas przystopowuję się, żeby zostawić trochę sił na później. Niemniej pierwsza ćwiartka biegu Siedem Szczytów była najbardziej wymagająca pod kątem przewyższeń. Kolejne są już dużo bardziej biegowe, przynajmniej w teorii. Choć zapewne truchtanie nawet po płaskim, mając 200 km w nogach nie należy do najłatwiejszych zadań. Zobaczymy co będzie za jakieś 20 godzin.

W okolicach 63. km powoli dobiegam do Długopola-Zdroju, ale zaczynają się drobne problemy. Trasa wiedzie polami, które przecina uklepana wiejska droga, jednak jej podłoże jest usypane jakąś gliniastą mazią. Poprzyklejało się to cholerstwo do butów, obkleiło całe, nie idzie tego wytrzeć w trawę, bo siedzi to na podeszwach mocniej niż twarzołap Xenomorpha z Obcego na głowie Kane’a. Nie do ruszenia. Mam wrażenie, że każdy z moich Mizuno ważny dobry kilogram więcej, a są one i tak relatywnie ciężkie jak na obuwie trailowe.

Już się nie mogę doczekać przesiadki na Altry za kilka kilometrów. Mizuno dobrze mi leżą i świetnie się dogadujemy, jeszcze nigdy nie zmasakrowały mi stóp, jednak w porównaniu z Altrami to inny świat. Są zwyczaje zbyt sztywne. Twarda cholewka wbija się z skórę pod kostkami po kilku godzinach biegu, a przecież ultra to nie spacer po mięciutkim czerwonym dywanie. Częściej stopa ląduje pod nienaturalnym kątem niż układa się zgodnie z oczekiwaniami, więc stawy skokowe narażone są na wystarczającą ilość niedogodności. Dobrze byłoby nie dokładać im jeszcze więcej do pieca, swoje i tak musza wycierpieć. A jakby tego było mało, na każdą nogę dodałem sobie trochę błocka. Słabo, ale punkt odżywczy już niedługo. Zostawię tam Mizuno razem z tym cholerstwem pod nimi, które pewnie dowiozę ze sobą aż do samego Długopola.

Noc na trasie.

Przed 3 nad ranem docieram w końcu do pierwszego przepaku. Parkuję na ławeczce i z zazdrością patrzę na konkurentów, którym towarzyszy support. Chłopaki siadają sobie wygodnie na krzesełkach polowych, kopyta zarzucają trochę wyżej, a pomoc przynosi ubranko, żarełko, napoje, pomaga się przebrać. Jak na wakacjach All Inclusive. Wzdycham głośno i pytam wolontariuszy gdzie mój depozyt. O tam! Jakaś dziewczyna wskazuje namiot oddalony o zaledwie kilka metrów. Niemniej ja już dupcię posadziłem na ławeczce. Nastaje niezręczna cisza, podczas której zastanawiam się, w jaki sposób można teleportować tutaj worek z moimi świeżymi łachami. Dziewczyna z obsługi najwyraźniej jest superbohaterem ze zdolnościami telekinezy, więc bez problemu rozszyfrowuje moje rozterki i prędko dodaje: wiesz co, przyniosę ci ten worek, odpocznij sobie. Złoto kobieta.

W międzyczasie druga wolontariuszka pyta co mi podać do jedzenia. Na ciepło nic nie mają, więc decyduję się na kanapki. Biorę kęs do ust i już wiem, że właśnie zaczęło się prawdziwe ultra. To jest ten moment, kiedy żarcie jest już suche. Nieważne co bym wziął do ust. Wszystko muszę przepić obficie wodą, albo jakimkolwiek innym płynem. Ja po prostu lubię zupki. Gdybym miał swój support, pewnie Daniel miałby w zanadrzu przygotowane kilka pozycji do wyboru i czekał tylko na komendę, którą podgrzać. Ale nie mam. Więc zmuszam swoje mięśnie żucia do nadmiernego wysiłku, żuchwa zaczyna procesować kolejne kęsy suchej jak wiór kanapki. Mastykacja sobie, a ja w międzyczasie zaczynam się przebierać w suche ciuszki, bo wspomniana wcześniej złoto kobieta już wręczyła mi worek z depozytu.

Wiem, że namiot z przepakiem stanowi równocześnie przebieralnię. Wiem, że nie wypada świecić gołym tyłkiem w miejscu publicznym, ale o 3 nad ranem w takim miejscu jak Długopole-Zdrój podczas biegu Siedem Szczytów niewiele sobie z tego robię. Oszczędzam energię, nie idę do tego cholernego namiotu. Gacie w dół, szybka podmiana, chyba nawet nikt się nie zorientował, a nawet jeśli to dla wolontariuszy wokół to raczej chleb powszedni oglądać gołe dupy ultrasów.

Kilka minut później stoję ubrany w komplet świeżych ciuszków, w niesamowicie wygodnych Altrach na stopach, z relatywnie pełnym żołądkiem, bo udało mi się wmusić w siebie dwie kanapki i trochę pomidorów. Delektuję się tą wyjątkową chwilą suchych ubrań na sobie. Nie mam złudzeń, już za moment to wszystko będzie na powrót przepocone, ale teraz towarzyszy mi komfort nie do opisania. Gacie, skarpetki, buty, koszulka, rękawki, wszystko jest jak niemiecki Volkswagen z Otomoto, w zasadzie nie używane, myte, znaczy się prane regularnie, będzie pan zadowolony. Tak mi dopomóż Altro. W drogę!

DŁUGOPOLE ZDRÓJ -> SPALONA (17 km)

Większość tego odcinka to podejście na Jagodną. Długie, prawie dziesięciokilometrowe z 500-metrową różnicą poziomów, ale jest relatywnie łagodnie, więc miejscami można trochę podbiec. Nogi już mam zmęczone, bo mija właśnie dziesiąta godzina na trasie, jednak pocieszam się faktem, że nie tylko ja jestem miękką frytką. W połowie podejścia doganiam innego zawodnika i kolejne kilometry łykamy razem, biegnąc ramię w ramię.

To jest właśnie jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w ultra. Na dobrą sprawę dogoniłem swojego konkurenta i powinienem robić wszystko co w mojej mocy, żeby go odstawić. Prawda jest taka, że mało kto z nas walczy tutaj o konkretną lokatę. Każdy chce przede wszystkim pokonać samego siebie. Sprawdzić się na trasie. Pokazać na co go stać. Lokata to rzecz drugorzędna. Jasne, są wyjątki, ale zdecydowana większość przybiera właśnie takie podejście. Dzięki temu spotkany na trasie towarzysz niedoli na dzień dobry staje się moim kompanem na kolejne kilka kilometrów. To nie tylko ziomek od pogadania. Wspieramy się nawzajem, motywujemy do dalszego biegu, w razie potrzeby poratujemy żelem, wodą czy innym specyfikiem. Tak sobie myślę, że to słynne hasło można by sparafrazować na “make ultra, not war”.

Lecimy z Pawłem przed siebie i rozmawiamy, jakbyśmy znali się od dawna. Najczęściej temat nie odbiega daleko od ultra, a to o butach, a to o zawodach, a to o dzieleniu życia prywatnego z bieganiem. Wszystko to temat rzeka i spokojnie wystarcza na wspólne klepanie kilometrów. Bieganie łączy, bez kitu. Jednak Paweł najwyraźniej ma trochę bardziej dosyć niż ja. Zastanawia się nad zejściem z trasy w Kudowie ze względu na kontuzję. Próbuję go jeszcze przez chwilę trochę zmotywować, ale ostatecznie oddalam się od niego doganiając kolejnego zawodnika, tym razem Michała i historia zatacza koło. Najpierw tak zwany small-talk z dupy, a po chwili dyskutujemy o wszystkim i o niczym tylko po to, żeby kolejne kilometry szybciej nam mijały.

Kilka minut po 5 rano dobiegam do punktu odżywczego w Spalonej, prowadzonego przez ekipę Biegu Rzeźnika. W zasadzie jestem na nim sam, bo dwóch pozostałych zawodników doskakuje do swoich supportów, więc wolontariusze mogą skupić się na mnie. Na początek wjeżdża ciepły posiłek. Ryż z warzywnym curry. Nie powiem, żeby to była jakaś eksplozja kulinarnych doznań, ale jak się ma ponad 80 km w nogach, za sobą chłodną i nieprzespaną noc oraz mały głodek ze względu na skromne wyposażenie poprzedniego paśnika, to za proste i ciepłe danie jestem gotowy dać się pokroić. Nawet nie trzeba mnie namawiać na dokładkę. Naprawdę to jest to czego mi teraz potrzeba. Gęsta, pożywna, rozgrzewająca zupa. Pochłaniam obie porcje, mamrocząc niezrozumiale z gębą pełną ryżu, jakie to zajebiste jest, co wyraźnie cieszy chłopaka z obsługi, który dumnie wypina pierś i dodaje, że 20 lat na rynku ultra robi swoje, a oni zwyczajnie rozumieją czego potrzeba biegaczom.

Wśród dzików.

Nie mogę się z nim kłócić, doskonale pamiętam rosołek podczas Ultramartonu Bieszczadzkiego na siedemdziesiątym kilometrze. Wtedy był to dla mnie dystans graniczący z ludzkimi możliwościami, byłem wypruty z energii, a wspomniana zupka podziałała na mnie jak szpinak na marynarza Popeye’a. Dzięki temu zastrzykowi energii udało mi się pokonać ostatnie 20 km do mety. Liczę, że teraz będzie podobnie. Wprawdzie 2 miski curry na kolejne 160 km to może być jednak trochę mało i pewnie trzeba będzie jeszcze odrobinę dotankować, ale jestem dobrej myśli. Mam nadzieję, że kolejne punkty z ciepłymi posiłkami będą serwować podobne smakołyki.

Dla formalności wpycham w siebie jeszcze trochę pomarańczy, które doskonale dodają orzeźwienia, uzupełniam bidony wodą i ruszam do Zieleńca.

SPALONA -> ZIELENIEC GOPR (19 km)

Przede mną bardzo przyjemny odcinek. Będzie relatywnie płasko, więc mięśnie odrobinę odsapną, a ja staram się wykorzystać ten czas na podładowanie sprzętów. Po 11 godzinach mam w telefonie jakieś 33% baterii, więc próbuję wyciągnąć okablowanie z opaski biodrowej, ale ogarnięcie tego w biegu przypomina próbę nawleczenia nitki na ucho igielne przy trzęsieniu ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera i to z zamkniętymi oczami. Mam tylko 2 kable. Jeden od telefonu i jeden od zegarka. Nie mam pojęcia jak to się dzieje, że zawsze, ale to zawsze wychodzą one z kieszeni zaplątane. Nienawidzę tej wrodzonej złośliwości rzeczy martwych, które bezczelnie wykorzystują każdą okazję, żeby mi dopiec, a zemsta nie przynosi żadnego efektu, bo rzucenie drwiącym ze mnie przedmiotem o ścianę nigdy nie powoduje, że robi mu się przykro, o bólu nie wspominając.

Nie ma opcji, muszę się zatrzymać. Po krótkiej chwili udaje mi się rozplątać biały kabelek, podpinam telefon pod przenośną elektrownię w postaci powerbanka i znowu zaczynam się złościć. Nie działa. Co jest? Obracam wtyczkę USB-C, jakby to miało cokolwiek zmienić i z nadzieją wtykam ją w port ponownie, ale fizyka jest bezlitosna, telefon nadal się nie ładuje. Rzucam całkiem pokaźną porcję inwektyw w kierunku telefonu z nadzieją, że zrobi mu się głupio, zmięknie i w jakiś cudowny sposób zacznie odbierać prąd, ale ten pozostaje nieugięty.

Słabo. Sprawny telefon dobrze mieć w mojej sytuacji. Wprawdzie oznaczenia trasy są jak na razie doskonałe i mimo że trasę mam wgraną tylko w telefonie, to jeszcze ani razu nie musiałem po nią sięgać. Niemniej w razie tfu tfu odpukać wypadku dobrze byłoby móc poinformować kogokolwiek czy też zwyczajnie wezwać pomoc. Co więcej, zgodnie z regulaminem muszę mieć sprawny sprzęt w trakcie całego biegu, a ten, choćbym nie wiem jak bardzo go błagał, nie wytrzyma kolejnych 20 godzin.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Rafał Bielawa.

Tego nie przewidziałem. Tym bardziej, że jeszcze przed startem ładowałem swój telefon i okablowanie działało bez zarzutów. Kontynuuję rozładowywanie emocji poprzez kolejne bluzgi rzucane w eter, równocześnie wdrażając w życie plan awaryjny. Telefon przełączam w tryb oszczędzania baterii i zaczynam liczyć kiedy będę w Kudowie. Tam w przepaku mam zapasowy powerbank. Wmawiam sobie, że to on nawalił podczas ulewy przed Międzygórzem. Przemokłem wtedy zupełnie, więc woda miała prawo zalać mi porty w przenośnej ładowarce. Mam tylko nadzieję, że kable są nadal sprawne, bo jeśli one również padły to podmiana powerbanków na niewiele mi się zda.

Zadziwiony jak wiele wulgaryzmów można wystosować w kierunku sprzętu elektronicznego postanawiam ulżyć sobie jeszcze odrobinę i dalej wyzywam swój ekwipunek. W międzyczasie dla sprawdzenia podpinam zegarek, na którego tarczy ku mojemu wielkiemu zdziwieniu pojawia się ikonka błyskawicy. Zaczyna się ładować w pół mojego bluzga, przez co żuchwa zamiera mi w bezruchu, potok wyzwisk ustaje, a oczy wpatrują się pustym wzrokiem w mały ekranik. Cud. Znaczy się, że powerbank działa. Znaczy się, że zamiana na inny w Kudowie nic nie da. Znaczy się, że jestem w ciemnej dupie. I znowu leci mięso. Chociaż! Moment! Jeszcze jest nadzieja! Może to jednak tylko port wejściowy a nie sam kabel. Może podmiana przenośnej ładowarki pomoże jednak! Nie spróbuję, to się nie przekonam. W drogę! W prawdzie do Kudowy mam jeszcze dobre 5 godzin drogi, co może się okazać zbyt długą próbą czasu dla mojego iPhone’a, ale nie mam za bardzo pola manewru.

Zaczyna się. Po 6 rano mija mi 12 godzin na trasie. Nogi już odczuwają zmęczenie, frustracja elektroniką zżera mnie od środka, udziela mi się znużenie po nieprzespanej nocy, jednym słowem kryzys. Spodziewałem się tego, aczkolwiek liczyłem że marudzenie włączy mi się później. Że nogi bolą to normalne, nie mogą przecież być świeże po setce w górach. To brak możliwości ładowania telefonu mnie dobija i działa jak efekt domina. Z jedną rzeczą, która nie idzie po mojej myśli łatwo sobie poradzić, ale gdy dołączy druga, bardzo łatwo znaleźć jeszcze jedną, a potem kolejne. Muszę zająć czymś głowę, żeby nie skupiać się na negatywnych rzeczach. Przecież to zaledwie 1/3 trasy.

Dobrze, że słońce już wstaje, liczę że razem z nowym dniem spadnie na mnie trochę dodatkowej energii. Spoglądam w prawo na oddalony las za zarośniętymi polami przed Lasówką. Jakieś 40 km dalej w linii prostej leży mój cel, Lądek-Zdrój. A gdzieś nad nim powoli do góry pnie się poranne słoneczko. Akurat schowało się za ławicą pofalowanych i poszarpanych stratocumulusów, które blokują przepływ promieni słonecznych nadając niebu żółto-pomarańczową barwę. W połączeniu z delikatną poranną mgłą osiadającą właśnie na okolicznych polach buduje to niesamowity krajobraz. Jest na czym oko zawiesić. Właśnie po to tu przyjechałem. Cudownie. Chwila przerwy. Staję, biorę głęboki oddech i chłonę wszystko wokół siebie. Ależ fantastycznie. Mógłbym się położyć teraz w tej wilgotnej od rosy trawce, leżeć i pachnieć. No dobra, może z tym ostatnim to lekko przesadziłem, bo spocony jestem niemiłosiernie i śmierdzę jak stary cap, niemniej wyłączając tej jeden element, byłoby naprawdę przyjemnie.

Tego mi było trzeba. Bunkrów nie ma, wróć widoku na Tatry, ale i tak jest zajebiście. Ta króciutka przerwa pozwala mi odciągnąć uwagę od małych niepowodzeń. Znowu jestem w grze. Znowu mogę grzać do przodu i nie przejmować się zmęczeniem. Zostaje tylko kwestia ładowania telefonu, ale trzeba być dobrej myśli. Być może drugi powerbank da radę.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
Zrobione iPhonem. Widok na żywo wycinał z butów.

Przed 8 rano docieram do Zieleńca. Poza mną jest tu Michał i jeszcze jeden zawodnik. Obaj mają swój support, więc gdy tylko obsługa punktu odżywczego zauważa mnie, krzyczą z daleka czy mam pomoc. Kręcę tylko głową na boki, bo akurat jest pod górkę i ciężko mi złapać oddech, na co wolontariusze aż podskakują z radości dodając, że zapraszają w takim razie do siebie, chętnie pomogą, co oczywiście jest mi na rękę.

Dochodzę do bufetu, a chłopaki zasypują mnie pytaniami. Co zjesz, jak tobie pomóc, co potrzeba, co ci nałożyć.
– Schabowego bym zjadł.
– No tego akurat nie mamy, ale mamy zajebiste pączki!
Pączki? Nie no masakra, nie mam ochoty na nic słodkiego. Zupka jakaś mi chodzi po głowie, ale niestety, w Zieleńcu tylko smażone w głębokim tłuszczu ciasto drożdżowe. Słabo. Myśl. Coś przecież muszę zjeść, na pustym baku daleko nie zajadę. Można tu gdzieś usiąść? Chłopaki odprowadzają mnie na ławeczkę, uzupełniają bidony wodą, a ja zastanawiam się czym się ratować. Podchodzi jakaś dziewczyna. Słuchaj, może jednak spróbujesz tego pączka, są naprawdę świetne, przygotuję ci z herbatką, może cię postawi na nogi. Z braku innej opcji z niezadowoleniem kiwam głową. Niech będzie.

Po chwili w mojej lewej ręce ląduje świeżutki pączuszek z różanym nadzieniem a w prawej kubek gorącej herbaty, do której proszę o 2 łyżeczki cukru, bo jak ładować węgiel to po całości. Z obawą wgryzam się w delikatne ciasto, spodziewając się oporu ze strony wyschniętego przez całą noc wyrobu, który jak domniemywam został przygotowany dawno temu i czeka sobie cierpliwie w Zieleńcu na konsumentów czerstwiejąc w porannym słoneczku. A tu niespodzianka! Puszyste, mięciutkie ciasto rozpływa się w ustach przy pierwszym kęsie. Idzie bez konieczności obfitego polewania herbatą. Wow! Świeży pączek. Zajebisty! Łapczywie pochłaniam jego pozostałą część. Ale dobre! Mogę jeszcze jednego? Dziewczyna z radością biegnie do bufetu i przynosi mi kolejną połówkę, która po kilku sekundach jest już w moim brzuszku.

Niesamowicie dobrze wchodzą mi te przysmaki. Tego się zupełnie nie spodziewałem. Z pewną dozą obawy spoglądam na pudełka wypchane pączkami i zastanawiam się czy jeszcze jeden nie będzie przegięciem pały. Nie mogę przesadzić, ponieważ kolka nie pozwoli mi swobodnie kontynuować biegu, ale tak mi smakują, że strasznie ciężko jest mi się powstrzymać. Chłopaki! Chłopaki! Rzućcie proszę jeszcze jednym pączkiem! Niby co za dużo to niezdrowo, ale przecież to tylko pół pączka. Przyjmuje się, więc trzeba korzystać, bo nie wiadomo co będzie na kolejnych punktach odżywczych.

ZIELENIEC GOPR -> JAMROZOWA POLANA (10 km)

Po niecałych 10 minutach odpoczynku ruszam w dalszą drogę startując zaraz za Michałem. Wspinamy się wzdłuż wyciągów narciarskich w kierunku granicy z Czechami dyskutując o bzdetach, gdy nagle doznaję olśnienia. Słuchaj, a nie masz jakimś cudem kabelka do iPhone’a? No nie ma. Nie lubi Apple’a i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Ale! Jego support powinien mieć, więc jak dojdziemy do Duszników-Zdroju, powinni być w stanie pomóc.

Od razu mi się humor poprawia. Fantastyczna wiadomość. Nadal mam 21% baterii, więc może nawet dowiózłbym to do Kudowy, ale wolę dmuchać na zimne. Tymczasem zostawiam Michała trochę w tyle. Statystyczne 500 kcal, które pochłonąłem pod postacią pączków stanowi wystarczający zastrzyk energii. Odzyskałem wigor i zamierzam go w pełni wykorzystać. Biegnie mi się lekko i już po kilkudziesięciu minutach docieram do najwyższego punktu na tym odcinku, czyli wieży widokowej na Orlicy. Potężna 25-metrowa konstrukcja wybija się ponad otaczające ją lasy, a z jej wierzchołka przy takiej pogodzie jak dzisiaj rozpościera się malowniczy widok na Góry Bystrzyckie i Stołowe.

Do tej pory nie byłem na wielu takich wieżach i aż mnie korci, żeby wdrapać się na górę, jednak te 90 schodków przemawia mi do rozsądku. Przede mną jeszcze ponad 130 km, będzie się gdzie zmęczyć i będzie się gdzie wspinać. Widoki również powinny być niczego sobie w dalszej części trasy, więc po raz kolejny ze smutkiem odpuszczam. Rzucam się prawie 500 m w dół na kolejnych 7 kilometrach aż do Duszników-Zdroju.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus.

Chwilę po 9 rano wbijam na parking pod Centralnym Ośrodkiem Sportu na Jamrozowej Polanie i rozglądam się za Citroenem Cactusem, którym podróżuje support Michała. Na parkingu stoi tylko jeden Francuz, więc teraz trzeba jedynie zidentyfikować jego właścicieli, jednak to również nie stanowi problemu, bo na kilka metrów przed autem macha do mnie dwóch kolesi i krzyczy czy to ja jestem tym ziutkiem od kabla. Z radością kiwam głową i jeszcze w biegu wykopuję swój powerbank. Sapiąc i stękając opowiadam im streszczoną wersję mojej wzruszającej historii o zalaniu sprzętu, ale oni tylko kiwają głowami dodając, że Michał im już wszystko wyjaśnił i podają kabelek pasujący do mojego telefonu. Lekko trzęsącymi się rękami podpinam oba łącza z nadzieją zobaczenia ikonki ładowania aparatu. Obok mógłby stać John Williams ze swoją orkiestrą i wygrywać motyw przewodni do filmu Szczęki, kiedy sekundy zwalniają a ja prawie wychodzę z siebie trzymając kciuki za poprawne przewodzenie prądu.

Du-du-du-du-du-du-du-du-du-du-du… tu-dudu…. Du-du-du-du-du-du-du-du-du-du-du… tu-dudu…. i jest! Ładuje się! Aż mam ochotę wyściskać tych chłopaków. Dzięki wielkie, życie mi ratujecie, a przynajmniej kontakt ze światem zewnętrznym. Oszczędzam im jednak czułości ze względu na mocno nieprzyjemny aromat unoszący się wokół mojej osoby. Szybko ustalamy, że podładuję telefon na kolejnym odcinku, a kabelek oddam im w Kudowie.

A teraz do paśnika! Violka z ekipy Gorce Ultra Trail pyta czy zjem zupkę na co aż oczy zaczynają mi się świecić. Jednak najpierw trzeba zrobić trochę miejsca. Po 15 godzinach w trasie i całkiem solidnym miksie przeróżnych niekoniecznie najzdrowszych specyfików mój organizm postanowił pozbyć się śmieci i zarazem zrobić miejsce na dalsze dostawy paliwa. Zwieracz wewnętrzny nie czeka na odpowiednią chwilę. Działa niezależnie od moich chęci i świadomości. Ma proste zadanie. Pozbyć się problemu, by żyło mi się lepiej. Próbka zbędnego balastu została już wypchnięta w kierunku zwieracza zewnętrznego, komórki receptorowe jednoznacznie stwierdziły, że klasycznym pierdem nie pozbędziemy się nadbagażu. Rozwiązanie jest tylko jedno. Trzeba gnać do łazienki. Violka! Gdzie tu jest toaleta?

Całe szczęście, że ze zwieraczem zewnętrznym idzie się jeszcze dogadać. Ja robię co mogę, żeby ulżyć kiszkom jak najprędzej, a on lojalnie zaciska się jeszcze mocniej, żeby nie skończyło się to przykrą niespodzianką. Co więcej, on jako jedyny ma jakikolwiek wpływ na swojego partnera, czyli zwieracz wewnętrzny. Ten ostatni szanuje decyzję szefa i również zatrzymuje śmieci w środku ustawiając je w kolejce do wyjścia. Choć trzeba przyznać, że cierpliwości mu brak i musze znaleźć rozwiązanie tej sytuacji jak najszybciej.

Po kilku chwilach zasiadam na tronie Centralnego Ośrodka Sportu i pozwalam mojemu światu fizjologicznemu żyć własnym życiem. Niech wychodzi co ma wyjść. W końcu przede mną jeszcze kawał drogi i o komfort muszę dbać.

Zrelaksowany i odrobinę lżejszy wracam do wolontariuszy z uśmiechem na twarzy i komunikatem, że teraz chętnie przyjmę zupkę. Dostaję do rąk duży kubek aromatycznej zupy dyniowej. Gęsta i ciepła wchodzi mi idealnie, więc gdy moim oczom ukazuje się dno naczynia, natychmiast proszę o dolewkę. Najedzony, wypróżniony, napity i odrobinę wypoczęty jestem gotowy do dalszej drogi, ale dziewczyny z punktu proponują mi jeszcze nawadnianie pod prysznicem. Co za fenomenalny punkt odżywczy. Wszystko tu mają. Nie muszą mnie długo namawiać, natychmiast wsadzam głowę pod strumień zimnej wody. Buff nasiąka, dzięki czemu jeszcze przed dobre kilka chwil będę odczuwać ulgę, a cienkie chłodne strużki będą przyjemnie ściekać mi po karku. A teraz w drogę, zanim dotrze do mnie, że wkrótce nie będzie już tak przyjemnie!

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus. Spinanie pośladów level hard.

JAMROZOWA POLANA -> KUDOWA ZDRÓJ (17 km)

Wychodząc z Centralnego Ośrodka Sportu kątem oka dostrzegam pokrojony w kostkę ser żółty. Uwielbiam ten przysmak. U nas w domu ser idzie równie szybko jak woda, a gdy w Lidlu trafia się promocja na kilogramowe kawałki Cheddara, biorę na wszelki wypadek ten większy wózek z parkingu, żeby wszystkie zapasy się zmieściły. Dlatego teraz bez zastanowienia chwytam całą garść kawałków na drogę. Jeszcze nie jadłem tutaj sera żółtego, więc będzie to miła odmiana od wszystkiego co spożyłem do tej pory.

Wybiegam w kierunku miasta, podnoszę do ust dłoń wyładowaną serem żółtym, otwieram gębę, ale zanim zdążę wziąć choćby jeden kęs, do mojego nosa dociera ostry serwatkowy zapach, który natychmiast obierany jest przez receptory węchowe jako największe zagrożenie i zamach na moją osobę. Alert ten w mgnieniu oka przekazywany jest do żołądka, który pośpiesznie wysyła sygnały ostrzegawcze wzorem Sir Iana McKellena w roli Gandalfa z Władcy Pierścieni: YOU SHALL NOT PASS!! Ja pieprze, prawie puszczam pawia wprost na ulicę. To było grube. Totalne zaskoczenie. Nie wiem o co chodzi, ale ser żółty tym razem nie. Z wielkim smutkiem zmuszony jestem wyrzucić zapasy zabrane na drogę i dotrzeć do Kudowy jedynie na zupkach dyniowych.

Lecę czerwonym szlakiem razem z jakimś kolesiem z Super Trail. On w zasadzie już finiszuje. Jego dystans ma metę w Kudowie-Zdroju. Ja jestem w połowie swojej trasy. 120 km za mną. 120 km przede mną. Kosmicznie to brzmi. Już jest naprawdę ciężko, słońce wschodzi coraz wyżej i odpowiednio przygrzewa, a nogi w dupę wchodzą. Moje ukochane buty trailowe doskonale leżą mi na stopach, jednak mają relatywnie cienką podeszwę, przez co mocno odczuwam kamienie, po których puszczona jest trasa, a trzeba przyznać, że ktoś tu się bardzo wysilił i sporo tych odłamków skalnych porozrzucał na szlaku. Ambitne wyzwanie sobie wymyśliłem i to jeszcze z własnej, nieprzymuszonej woli. Nikt mnie nie zmuszał, sam zapłaciłem. Nawet niektórzy mnie zniechęcali twierdząc, że to nie jest rozsądny pomysł. Będąc w połowie trasy przyznaję, że częściowo mieli rację, nie jestem pewien czy dam radę ukończyć Siedem Szczytów, tym bardziej, że regulamin zawodów zostawia zawodnikom w chwili kryzysu bardzo wygodną furtkę.

Każdy uczestnik biegu Siedem Szczytów może zejść z trasy w dowolnym momencie. Jeśli jednak zrezygnuje za Kudową, zostanie sklasyfikowany jako finiszer dystansu Super Trail 130 km. To już nie jest DNF. To ukończony bieg. Zaliczony. Zielony ptaszek. Odhaczone. Zapłacone i zjedzone. Pokusa odpuszczenia po nieprzespanej nocy jest przeogromna. Tym bardziej, że biegnąc rozmawia się z innymi zawodnikami, z których masa decyduje się na zakończenie swoich zmagań w połowie dystansu biegu Siedem Szczytów, przekonawszy się że drugie tyle to nie byle jakie wyzwanie dla pierwszego lepszego ultrasa.

Mnie również dopada ta zagwozdka. Po co się męczyć? Druga połowa z pewnością nie będzie łatwiejsza. Mam możliwość położyć się, dać stopom odpocząć, zdrzemnąć się, zjeść coś sensownego. Z Kudowy kursują nawet autobusy organizatora z powrotem do Lądka. Kuszenie level hard. Ciężko się oprzeć. Tym bardziej, że zdecydowanie oklapłem z sił. Pierwszy raz od dłuższego czasu dogadania mnie zawodnik z mojego dystansu. Uśmiechnięty, podskakuje lekko nad ścieżką. Ja wyglądam przy nim jak ściera do podłogi. Zmaltretowany i zmęczony powłóczę noga za nogą ubolewając nad każdym kamieniem wbijającym się w podeszwy moich butów i przeszywających mnie dyskomfortem od piszczeli przez kolana i uda wprost aż do dupy.

Koleś zauważa to i pyta dlaczego nie zmieniłem butów na przepaku. Odpowiadam, że zmieniłem, ale niewiele to pomaga mając 130 w nogach, na co on wskazuje na swoje i dodaje z uśmiechem, że on zdecydował się na biegówki. Rzeczywiście od Długopola sporo było odcinków asfaltowych. Gdybym o tym wiedział, pewnie zrobiłbym tak samo. Ot przewaga tych robiących rekonesans trasy. Chłopak powoli oddala się ode mnie, dopytując na koniec czy zamierzam lecieć do końca czy odpuścić w Kudowie, bo marnie wyglądam. Toś mnie zmotywował. Dzięki wielkie. Rzucam, tylko że chciałbym powalczyć, ale bardziej do siebie niż do niego, ponieważ mój wątły głosik raczej nie pokona dystansu pomiędzy nami.

fot: Łukasz Buszka.

Nie wiem co robić. Pieprzona Kudowa! Po co zostawiali takie rozwiązanie dla Biegu Siedem Szczytów?! Możliwość ucieczki od dalszego łomotu ryje banię po całości. Czuję się przytłoczony bodźcami usilnie wmawiającymi mi, że łatwiej i prościej będzie zejść z trasy. W Lidlu, w którym najczęściej robię zakupy, ostatnia alejka przed kasami to ta z chipsami, paluszkami i całą masą pozostałych śmieciowych przekąsek. Zawsze boję się tamtędy przechodzić. Robię to po cichutku na paluszkach, tup tup tup, ale te cholerne opakowania zawsze mnie dostrzegają i wtedy się zaczyna. Psssst… Daniel… kup sobie nas… jesteśmy smaczne i chrupiące… zobaczysz, będzie ci smakować… no weź choć małą paczuszkę… spróbuj… nie pożałujesz… chrup chrup chrup… Niby nie jem chipsów, ale jakoś z reguły przegrywam tą nierówną walkę i Reksie o smaku ketchup’owym lądują zazwyczaj w koszyku. Teraz jest podobnie. Wszystkie części mojego ciała wysyłają jasny sygnał: parkujemy! Bez sensu to bieganie! Kończymy! Do domu! Opuścić okręt!

Dobra, dobra, spokojnie. Nie dajmy się zwariować. To tylko chwilowy kryzys. Nie pierwszy i z pewnością nie ostatni. Jeśli stanę w Kudowie, to jest całkiem spora szansa, że transport do Lądka zajmie mi niewiele mniej niż dalsza podróż na piechotę. W głębi serca wiem, że sam sobie wciskam tanie wały, ale jakoś muszę sobie to sprzedać. Poza tym chcę swoją bluzę finiszera. Biec 240 km tylko po to, żeby dostać upragniony ciuch? Z pozoru totalnie bez sensu. Tym bardziej, że na allegro taką bluzę najprawdopodobniej można kupić znacznie taniej niż wartość wpisowego na Siedem Szczytów. Ale w tym przypadku to tylko kolejny zakup online. Moja będzie zdobyta w walce. Wyszarpana z ziemi własnymi rękami. Bez rękawiczek. Połamię sobie przy tym pazury, ale nie odpuszczę. To jeszcze nie jest ten moment, żebym się poddał. Jeszcze mogę pokazać na co mnie stać.

Przed południem docieram do słynnego uzdrowiska ziemi Kłodzkiej. Wbiegam do Parku Zdrojowego od strony czerwonego szlaku. Kilkadziesiąt metrów przede widzę punkt odżywczy, wokół którego zebrała się całkiem spora grupka kibiców. Wolnym krokiem przebiegam obok pijalni wód leczniczych, przy której na ławkach poustawianych wzdłuż głównej alejki odprężają się kuracjusze. Gdy Wojtek Heliński zauważa mnie z oddali, zaczyna nawijać do mikrofonu o zbliżającym się zawodniku, na co wszyscy emeryci i renciści podrywają się ze swoich siedzisk i zaczynają bić mi brawo. Nie to, żeby były ich tłumy jak na starcie w Lądku. Zaledwie garstka starszych osób postanawia wesprzeć mnie na ostatnich metrach. Nieprawdopodobnie mnie to wzrusza. Biegnę zupełnie sam. Nikogo nie ma w pobliżu, tymczasem kilka zupełnie obcych mi osób robi wszystko, żeby podnieść mnie na duchu. Urocza chwila. Gęba mi się cieszy od ucha do ucha i choć na chwilę zupełnie zapominam o kryzysie sprzed kilku minut.

Wpadam na punkt z obawą, że wolontariusz, który właśnie do mnie podchodzi zapyta mnie czy biegnę dalej czy odpuszczam. Na szczęście on chce się jedynie dowiedzieć czy przynieść mi worek z depozytem, na co ochoczo kiwam głową i w międzyczasie próbuję znaleźć coś do jedzenia. Niestety ciepłego posiłku brak, a arbuzy jakoś mało słodkie. Są jeszcze bułki drożdżowe na słodko i słono, ale wydają mi się strasznie suche. Z braku lepszych opcji decyduję się na banany, a następnie zmierzam ze swoim workiem do namiotu, żeby się przebrać, a 20 minut od przybycia do Kudowy ruszam w dalszą część trasy, przy okazji oddając kabelek do telefonu supportowi Michała.

KUDOWA ZDRÓJ -> SCHRONISKO PASTERKA (15 km)

Ciężko mi ruszyć. Coraz więcej czasu potrzebuję na punktach odżywczych, a w trakcie tych przerw mięśnie mi zastygają. Pierwsze 2 km po ruszeniu z pit-stopu to prawdziwe wyzwanie, kiedy nogi są totalnie sztywne i nie chcą współpracować. Dziwne jest to uczucie, kiedy próbuję zgiąć nogę w kolanie, a ta nie reaguje. Trykam jak Forrest Gump w stalowych szynach ortopedycznych zanim na dobre się rozhulam. Nienawidzę tego uczucia. Wolałbym biec bez przerwy, ale to jest właśnie paradoks ultra. Fizycznie jest to niemożliwe bez tych krótkich przerw na punktach, które z jednej strony pomagają złapać odrobinę świeżości, a z drugiej totalnie wybijają z rytmu. Powrót na właściwe tory to zwyczajnie droga przez mękę.

Gdy już udaje mi się wrócić na odpowiednie obroty, a kolana zginają się zgodnie z oczekiwaniami, tempo nadal pozostaje ślimacze. Na jego niekorzyść działa nachylenie trasy w kierunku pasterki. Dobre 8 km ciągle prowadzi pod górę. Dopiero w okolicach Błędnych Skał jestem w stanie przejść do biegu, niemniej ten 15-kilometrowy odcinek niczym jakiś pieprzony Nosferatu wysysa ze ostatni sił witalnych. Przystanek w Kudowie niewiele pomógł, a decyzja o ruszeniu w dalszą trasę zajmuje mi teraz głowę. Po co mi to było?

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus. Kryzys.

Wygłodniały, totalnie wypruty z energii i obolały wtaczam się do Pasterki. Z trudem podchodzę do altanki na tyłach schroniska, gdzie znajduje się punkt odżywczy. Na kilka metrów przed bufetem zatrzymuję się. Nie mam już siły. Opieram ręce na kolanach i zastanawiam się jakim cudem mam pokonać kolejne 90 km i co tu się właściwie zadziało. Przecież rok temu pokonałem większy dystans i więcej przewyższeń. Teraz jedyna na co mam ochotę to popłakać się. Spadek formy. I to tak po całości.

Wolontariuszka podchodzi do mnie i pyta co mi może podać. Metę poproszę. Naprawdę mam już dość. Nie wiem jak pokonać resztę dystansu. Obok niej stoi Piotrek Dymus i patrzy na mnie z politowaniem, jakby wiedział, że temu ciężkiemu przypadkowi wiele już nie pomoże. Dziewczyna z punktu zachęca, żebym usiadł na chwilę i zjadł coś. Nie oponuję. Chwiejnym krokiem pokonuję ostatnie metry i ciężko siadam na ławeczce. Na ciepło są do wyboru naleśniki z dżemem lub ze szpinakiem. Naleśniki? Nie macie zupki jakiejś? Jest ogórkowa, ale taka do picia bardziej niż do jedzenia. Głęboki wdech, podczas którego bogate w tlen powietrze przechodzi przez moje drogi oddechowe aż do płuc. Ze szpinakiem poproszę. Ostatnio jadłem pączki, nie mam ochoty na nic słodkiego.

Wolontariuszka wraca do mnie z naleśnikiem. Patrzę na niego ze smutkiem. Już wiem jak to się skończy, ale Pluta nie poddaje się bez walki. Do boju. Powolnym ruchem podnoszę go do ust i biorę mały kęs. Mielę go w gębie kilka sekund i z trudem połykam popijając obficie resztkami swojej wody. Musiałbym być kozą albo owcą, żeby skonsumować całą porcję. Nie zmęczę tego. Z podobnym skutkiem mógłbym zasiąść teraz do jedzenie stojących obok pudełek tekturowych. Zwyczajnie mi nie wchodzi. Pękam i zaczynam ryczeć. Ja pierdolę! No nie dam rady! Piotrek ze wzruszenia opuszcza aparat i proponuje mi przerwę. Słuchaj odpocznij, złap trochę świeżości. Jakiś koleś obok pyta czy lufę chcę. Ale że promile? Nie dzięki… chociaż czekaj…

W maju podczas Ultra Miles of Beskid Wyspowy Ksiądz Krystian opowiadał mi, że zawsze na biegach ma przy sobie małpkę Jägermeister’a w celach przewalczenia kryzysu. Co kto lubi, jakoś nie przekonała mnie ta argumentacja, nadal uważałem, że procenty nie przyczynią się do poprawy samopoczucia na dłuższą metę, a Chris biega z pewnie z tym konkretnym trunkiem, bo na logo Jägermeister’a jest krzyż, więc to pewnie deputat z Kościoła Katolickiego albo jakiś inny benefit od jego pracodawcy. Jednak później mój fizjo sprzedał mi ten sam patent, tłumacząc, że nie chodzi o samo tankowanie. No chyba, że ktoś lubi to już jego sprawa. Słodko-gorzki smak likieru uzyskany połączeniem niestworzonej ilości ziół macerowanych w dębowych beczkach ma na celu doprowadzić do chwilowego szoku dla organizmu i odwrócenia jego uwagi od bieżących bolączek i ten sam efekt można uzyskać bez połykania, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi. Dlatego na Siedem Szczytów zabrałem ze sobą małą lufkę Jägermeister’a. Lepiej mieć i nie użyć i tak dalej.

Gorzej już dzisiaj nie będzie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Tfu tfu! Przecież ja dobiegnę na metę dopiero następnego dnia, więc oby gorzej nie było na tym biegu! Czas sięgnąć po ostatnią deskę ratunku, Mario, obyś się nie mylił! Za śliwowicę uprzejmie dziękuję, ale proszę wolontariuszkę o wykopanie małpki z Jägermeister’em z mojego plecaka. Bez zastanowienia wlewam zawartość do gęby i intensywnie przepłukuję jamę ustną. Przyznam się, że wolę Colgate Plax i to ten bez procentów, jeśli chodzi o odświeżanie paszczy, ale tego akurat nie mam pod ręką. Już od pierwszego kontaktu alkoholu ze śliniankami dociera do mnie relatywnie łagodny ziołowo-pieprzny smak. W rurę nie pali, pijałem już gorsze specyfiki, po których człowiek zastanawiał się czy wątroba przetrwa taki proces. Tutaj zdecydowanie nie będzie tego problemu.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus. Walka z kryzysem.

Złoty strzał zaliczony, czekam na efekty zanurzając twarz w dłoniach i zastanawiając się co jeszcze mogę począć, żeby poprawić sobie samopoczucie. Wolontariuszka proponuje mi łóżko. Zdecydowanie odmawiam, za bardzo boję się, że nie będę w stanie podnieść się później, ale ona nalega. Może chociaż na chwilę się położysz, nie musisz nawet nastawiać budzika, my o ciebie zadbamy. Chwila konsternacji. Może by spróbować. Jeśli mi się nie poprawi, będę musiał zejść z trasy. Zwyczajnie nie dam rady w takim stanie ciągnąć kolejnych 90 km. To przynajmniej 13 godzin na nogach. Dobra, 15 minut, ale obiecujecie mnie obudzić? Obiecują.

Wstaję i od zaplecza wchodzę do schroniska. Pokój numer 7 jest na pierwszym piętrze. Sadyści. Jeszcze mi schodów dokładają. Dobrze, że wiatr w twarz tu nie wieje. W progu ściągam moje sfatygowane buciory oraz plecak i w pełnym opakowaniu zwalam się na wyro. Poduszki brak, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Zamykam oczy. Ale błogo. Czas przestaje lecieć, a wszystko wokół znika. Jestem tylko ja i moja miękka leżanka. Spodziewam się zasnąć w mgnieniu oka, ale maksimum moich możliwości to drgawki przechodzące przez całe moje ciało ze zmęczenia. Czuję że odpływam. Jestem na granicy i mam wrażenie, jakby moja świadomość odrywała się od ciała i za chwilę będzie lewitować bezwładnie w bliżej nieokreślonym kierunku, jednak gdy już ma odlecieć, moje zwłoki przeszywa wyimaginowany ładunek elektromagnetyczny, który powoduje, że w jakiś magiczny sposób podskakuję o milimetr do góry tylko po to, żeby za chwilę z impetem spaść z powrotem na materac z tej samej zatrważającej wysokości i wytrącić mnie z półsnu.

Po kilku takich delirkach robi mi się zimno. Na spoconym karku czuję powiew chłodnego powietrza, które byłoby cudownym orzeźwieniem podczas ciągłego biegu w środku upalnego dnia. Niestety w tym momencie jest to nic więcej poza bólem w dupie uniemożliwiającym mi oddanie się w objęcia Morfeusza. Ze smutkiem podnoszę głowę i spoglądam na otwarte na oścież okno, przez które delikatny zefirek smaga mnie swoimi zimnymi mackami. Najbardziej na świecie chciałbym w tym momencie posiadać w swoim organizmie znacznie większe stężenie midichlorianów niż statystyczny ultras, dzięki którym mógłbym zamknąć okno mocą Jedi, niestety okrutny świat jest bezlitosny i jedynie rozwiązanie jakie mi zostaje to poniesienie się o własnych siłach i mechaniczne zabarykadowanie wolnego wlotu powietrza. Ja pierdolę, całe życie pod górę.

Po kilku sekundach wracam na łóżko i próbuję ponownie się zdrzemnąć. Standardowa procedura zasypiania, uskuteczniam ją każdej nocy od ponad 38 lat, więc powinienem być już ekspertem, a przynajmniej weteranem, jednak coś nie działa tak jak powinno. Zamykam oczy, rozluźniam wszystkie elementy mojego ciała, no może poza tymi w tyłku, czuję że oddech staje się wolniejszy, a gdybym zmierzył sobie ciśnienie krwi zapewne wyniosłoby mniej niż 90/60. Czekam na utratę świadomości, ale to nie następuje. Mimo wszystko czuję się cudownie. Beztroska chwila bez obowiązku przebierania nogami, bez prażącego z góry upalnego słońca, bez żadnego wysiłku pozwala mi na moment odprężyć się całkowicie. Jest tak wspaniale, że w zasadzie nie mam ochoty odpływać, chcę doświadczać tego stanu jeszcze przez chwilę. Reset. Udaje mi się oczyścić głowę ze wszystkiego. Żadne bodźce nie docierają do mnie. Dźwięki przelatują nade mną omijając mnie jak przeszkodę. Świat przestaje istnieć. Jestem tylko ja unoszący się gdzieś we wszechświecie. Wspaniale…

Wspaniale, ale nic z tego nie będzie. Podnoszę się z łóżka, wkładam buty i u progu spotykam ponownie Piotrka, który z najszczerszą ludzką życzliwością pyta czy mi lepiej. Przecieram oczy i z uśmiechem odpowiadam, że zdecydowanie. Nie wciskam mu kitu. Te kilka minut spędzone w pozycji horyzontalnej było na wagę złota. Mam wrażenie, że opustoszałe z glikogenu mięśnie w jakiś cudowny sposób uzupełniły swoje zapasy energią z kosmosu. Wypocone minerały i witaminy spadły na mnie z nieba, w magiczny sposób przedostając się przez dach Pasterki. Zmasakrowane nogi zregenerowały się jak po masażu limfatycznym. Zaciągnięty dług energetyczny w postaci zarwanej nocki został spłacony z nawiązką 10-minutowym leżakowaniem, ponieważ najwyraźniej łóżka w schronisku to wyra typu Supercharger zbudowane przez Teslę. Tak, dzięki, naprawdę mi pomogło. Piotrek uśmiecha się tylko i wraca do dalszego fotografowania zawodników, a ja zmierzam jeszcze do łazienki. Jak reset to już niech będzie twardy po całości. Poza tym Pasterka to jedno z niewielu miejsc na trasie biegu Siedem Szczytów, gdzie można skorzystać ze stacjonarnej toalety. Większości punktów odżywczych jest pod chmurką i oferuje jedynie te przenośne kabiny sanitarne.

Regeneracja zaliczona, teraz jeszcze koryto. Muszę coś zjeść, bo kolejny paśnik dopiero za 25 km. Kręcę nosem bo zjadłbym coś konkretnego, ale żołądek chciałby już skończyć te zawody. Ja w sumie też, ale przecież tu nie zostanę. W duchu dziękuję L’Orealowi, że zatrzymał mój support w robocie. Gdyby Daniel był tu ze mną, tak jak się umawialiśmy zdecydowanie wsiadłbym do auta i odpuścił. Zszedłbym z trasy. Poddałbym się bez dwóch zdań. Ale go nie ma, więc muszę cisnąć sam. Dlatego wpycham w siebie pomidory i pomarańcze z nadzieją, że to mi wystarczy na kolejne kilka godzin.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus.

SCHRONISKO PASTERKA -> SCHRONISKO NA SZCZELIŃCU (3 km)

Ponad 30 minut po zakotwiczeniu w Pasterce ruszam na najkrótszy odcinek Biegu Siedem Szczytów. Niepewny tego co się za chwilę wydarzy powłóczę nogami w kierunku Szczelińca. Zmierzając żółtym szlakiem na południe zastanawiam się ile jeszcze dam radę wytrzymać. Najbardziej martwi mnie głód. Za mało dołożyłem do pieca w Pasterce, będę musiał posiłkować się batonami, które zostawiłem sobie na czarną godzinę, albo wymyślić coś lepszego.

Jakieś 100 metrów za moim ulubionym schroniskiem, w którym niejeden turysta zostawił swoje serce, mijając Hostel Szczelinka, zastanawiam się co można wymyślić do jedzenia na szlaku turystycznym, kiedy spod wspomnianego domu wypoczynkowego ochoczo machają do mnie gęsta śmietanka, mleko oraz pokaźna ilość cukru, wszystko dobrze zmieszane i bardzo mocno schłodzone.

Lody? Lody! Chcę! O matko! Jak cudownie! To nie może być przypadek! Nawet nie muszę zbaczać z trasy. Lodówka Schöller’a stoi dosłownie metr ode mnie i natychmiast inicjuje odruch warunkowy w postaci wzmożonej produkcji śliny, że aż boję się odezwać, żeby nie opluć kobiety stojącej za ladą. Źrenice wyraźnie mi się rozszerzają, a za moment pojawi się zapewne gęsia skórka. Tabliczka obok informuje o cenie 7 zł za porcję. Po warszawsku. Nieistotnie, w tym momencie dałbym nawet 77 za kulkę. Chęć sięgnięcia po lody jest u mnie tak silna, że nic nie jest w stanie mnie powstrzymać.

Siedem Szczytów to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. To tutaj pierwszy raz miałem okazję skorzystać z kurtki biegowej, a teraz w końcu przyjdzie mi posłużyć się gotówką. Zawsze się zastanawiałem czy jest sens ją brać na biegi, przecież co chwila są punkty odżywcze, więc nie do końca rozumiałem dlaczego jest ona zawsze w wyposażeniu obowiązkowym. Teraz już wiem. W końcu się przyda.

– Dzień dobry, poproszę lody – Patrzę na dostępne smaki i nie mogę się zdecydować. Są moje ulubione, czekoladowe, albo boję się, że na ten upał będą zbyt wytrawne. Jeszcze przez chwilę się zastanawiam, ale delirka każe mi przyśpieszyć wybór. Zaczynam się telepać na myśl o zmrożonej śmietance w ustach. Chęć skonsumowania lodów jest tak silna, że za chwilę wyrwę tej kobiecie cały pojemniczek z lodówki i zeżrę go rękami na miejscu. Tylko bez spiny. Głęboki wdech. Tylko spokój może nas uratować. – Dobra, poproszę śmietankowe i słony karmel.
– Dzień dobry, już się robi. – Dziewczyna z obsługi nabiera naprawdę hojne porcje.
– O rety, widzę, że mi pani nie żałuje – Zaczynam prawie ze wzruszeniem.
– No… ja z Krakowa wprawdzie jestem, ale patrząc na pana to chyba się panu przyda, więc proszę – Odpowiada z uśmiechem i podaje mi obficie wypełniony słodki rożek. Trzęsącymi się rękami odbieram od niej swój upragniony zmrożony deser i natychmiast przechodzę do konsumpcji.

Strategiczność -10. Mogłem najpierw wykopać gotówkę z plecaka. Zakładając przed biegiem, że nie będę musiał z niej korzystać, upchałem ją na samiuteńkim dnie. Ogarnięcie tego z lodem w ręku będzie przypominać mistrzostwa świata w ekwilibrystyce, na szczęście z pomocą przychodzi mi pani obsługująca lodówkę pytając czy chcę zapłacić kartą czy gotówką. To można kartą?! Ano można, tylko trzeba wejść do środka. Posłusznie dreptam za dziewczyną do hostelowego baru ciesząc się, że tym razem nie jest po schodach i cały czas wgryzając się w lodziki. Omnomnom, jakie przepyszne! Aż się zastanawiam czy nie dokupić sobie jeszcze jednej porcji, ale z drugiej strony nie chcę przegiąć pały. Powinno wystarczyć. Przynajmniej na razie. Rozliczam swoje zobowiązanie i ruszam na Szczeliniec.

Zbawienie.

Skonsumowanie całego lodzika zajmuje mi czas aż do parkingu pod Szczelińcem. Całkiem dobrze się składa, bo teraz będzie mocno pod górę i przydadzą się obie ręce. Zaledwie 300 m przed siebie i prawie 100 m w górę po korzeniach i kamieniach skrupulatnie poukładanych tutaj przez ruchy górotwórcze środkowego Paleogenu i Neogenu. Czasy przemian geologicznych odcisnęły tutaj swoje piętno, co przełożyło się na przepiękną i malowniczą trasę, ale również konieczność zarzucania kopyt relatywnie wysoko, a mając już 150 km w nogach nie jest to łatwym zadaniem. Co jakiś czas muszę przystawać i odsapnąć, co pozwala mi podelektować się otaczającym mnie Parkiem Narodowym, ale też wydłuża czas podróży.

Dopiero w okolicach 15:30 docieram do schroniska na Szczelińcu wypatrując punktu odżywczego i ekipy wolontariuszy sprawującej nad nim pieczę, ale nic takiego nie dostrzegam. Jest masa turystów pozdrawiających mnie serdecznie, ale nikogo z zespołu DFGB. Może to w środku? Nie no przecież to po schodach jest. Co jak co, ale chyba aż takimi sadystami nie są? Nie sprawdzę to się nie przekonam. Szybko pokonuję pozostałe kilka schodów, zaglądam do schroniska, czym wzbudzam zaciekawienie kilku osób, jednak nadal nie jest to nikt z obsługi trasy. To nie tu, pudło. Wracam z powrotem przed wejście i dopiero wtedy dostrzegam punkt odżywczy.

Otoczony taśmą organizatora stolik z jebitną kartką informującą, że należy odsłużyć się samemu i uzupełnić wodę lub izotonik zdaje się machać do wszystkich przechodniów. Nie mam pojęcia jak to zrobiłem, że nie zauważyłem tego miejsca wcześniej. Bardziej wyeksponować się tego już chyba nie da, no chyba że na środku przejścia postawią, ale umówmy się, przy samym wejściu do schroniska raczej nawet ślepiec natknąłby się na ten punkt. W duchu gratuluję sobie percepcji na poziomie mocno żenującym, zrzucając to drobne niepowodzenie na ogólne zmęczenie organizmu. Nie ma się co przejmować, najważniejsze że zmierzam w dobrą stronę. Tankuję bidony pod sam korek w obawie, że i tak może mi zabraknąć wody, ponieważ przede mną jeden z najcięższych odcinków. 22 km do Ścinawki w mocnym słońcu.

SCHRONISKO NA SZCZELIŃCU -> ŚCINAWKA ŚREDNIA (22 km)

Ruszam za schronisko, zgodnie z oznaczeniem trasy i wchodzę w jedno z najbardziej magicznych miejsc w całych Górach Stołowych. Labirynt Skalny na Szczelińcu. Timing mam nienajlepszy, ponieważ środek dnia sprowadził tutaj całe rzesze turystów, a że szlak jest dosyć wąski w zasadzie lecę przed siebie powtarzając mniej więcej co sekundę przepraszam-przepraszam-przepraszam-przepraszam… Całe szczęście zawody biegowe wzbudzają sporo entuzjazmu wśród mijanych przeze mnie ludzi, którzy ochoczo zagrzewają mnie do szybszego przebierania nóżkami i nie robią najmniejszego problemu, żeby przepuścić mnie przodem.

Najpiękniejsze miejsce na trasie.

Przechodzę przez cały zakres taksonomiczny zwierząt uformowanych przez otaczające mnie skały. Jest dzik, niedźwiedź, baranek, kaczki, wielbłąd, wiewiórka, sowa, koń, słoń, żółw i no oczywiście małpolud. Fenomenalne miejsce, które za każdym razem gdy tu jestem wzbudza niesamowicie pozytywne emocje. Dodatkowo trasa jest wytyczona w taki sposób, że nie da się tutaj zgubić, jednak trzeba się trochę namęczyć. Jeden przesmyk pomiędzy głazami zmuszony jestem pokonywać na czworakach, a mimo to nadal mi się podoba.

Dopiero przed 16 docieram do Rozdroża pod Skalnymi Wrotami i kieruję się na Skalne Grzyby. Jest to pierwszy odcinek od Pasterki, który nie jest nachylony do góry. Pełen obaw przechodzę do biegu i ku mojemu zdziwieniu nie mam z tym najmniejszego problemu. Odżyłem. Nie mam pojęcia czy to te lody, Jägermeister, drzemka, która tak naprawdę nie była drzemką czy wszystko razem do kupy, ale zdecydowanie mi pomogło. Matko i córko jakie szczęście, przecież jakbym miał iść przez kolejne 90 km z braku przepustowości na bieg, szedłbym do niedzieli. A ja tu sobie na luzaku truchtam, lody nadal wypełniają mi żołądek w satysfakcjonującym stopniu i za bardzo nie odczuwam głodu. Gotów jestem powiedzieć, że w 2/3 trasy, mając 160 km w nogach czuję się relatywnie świeżo. Pytanie tylko jak długo to potrwa? Nie mam złudzeń, Bieg Siedem Szczytów powinien się nazywać Bieg Siedem Kryzysów. Z pewnością czeka mnie jeszcze niejedna walka z samym sobą, jednak wszystkie wygrane do tej pory powolutku przybliżają mnie do mety. Jeszcze kawał drogi przede mną, ale już bliżej niż dalej. Nie opłaca się wracać.

Dalsza część tego odcina przebiega przez rejon Skalnych Grzybów i jest całkiem przyjemna. Grzybobranie przynosi pozytywne efekty, jest na czym zawiesić oko, leci się głownie z górki w lesie, który zapewnia cokolwiek ochrony przed palącym słońcem, chociaż czuję, że swoje i tak będę musiał odcierpieć, bo kark mam spieczony, mimo że posmarowałem się kremem w Kudowie. Nie ma się co dziwić, przy takim wysiłku wszystko spłynęło ze mnie kilka chwil po wyjściu z punktu odżywczego.

Zamyślony łykam kolejne kilometry do momentu, gdy gdzieś na horyzoncie ukazuje mi się sylwetka biegacza. Dogoniłem kogoś? Niemożliwe! Przecież zmarnowałem w Pasterce dobre 45 minut i nie mogę powiedzieć, że teraz gnam na złamanie karku, raczej przypominam zawodnika z radością uprawiającego niedzielną turystykę biegową w tempie mocno komfortowym. Jedyne wytłumaczenie to kryzys i to tym razem nie mój. Wszak zbliżamy się do pełnej doby na nogach, a to już wyzwanie niczego sobie. Może chłopak zaniemógł i teraz będzie cierpiał jak ja niecałe 3 godziny temu. Wspieram go duchowo i życzę mu owocnej walki z chwilami słabości zbliżając się do niego z każdym krokiem.

W drodze.

Im bliżej do punktu w Ścinawce, tym mniejsza odległość nas dzieli i teraz jestem już w stanie rozpoznać Michała. Nie mam pojęcia jak szybko przede mną opuścił Pasterkę, jednak zwyczajnie coś musiało mu się przytrafić, w przeciwnym razie byłby hen daleko przede mną. Z drugiej strony nadal biegnie. Wolniej niż ja, ale do przodu.

Przed 18:30 docieramy w końcu do punktu odżywczego, Michał zaledwie 2 minuty przede mną. Gdy odbijam się na macie pomiaru czasu, on siedzi na wygodnym krzesełku polowym ze swoim supportem i minę ma nietęgą. Ja zmierzam do wolontariuszy, wesołej ekipy organizującej ultramaraton Rykowisko. Chłopaki dwoją się i troją, żeby mi pomóc. Jeden podstawia leżaczek, drugi go zabiera i podaje krzesełko, bo łatwiej z niego później wstać. Ktoś inny uzupełnia bidony, jeszcze ktoś proponuje pożywną zupkę indyjską. Być może są to te same osoby, ale ja jestem tak zdezorientowany, że nie do końca kontaktuję kto co robi, jednak na hasło “zupa” natychmiast wstępują we mnie dodatkowe siły. Tak! Poproszę.

Wciskają mi kubek tłumacząc że to wspaniała zupa od JemyJemy. Gotowiec? Mam pewne obawy, ale chłopaki głowy kładą pod topór ręcząc za jakość tego produktu. Żadnej broni białej aktualnie pod ręką nie posiadam, chyba że kijki można za takową uznać, ale urżnąć komuś łeb w ten sposób to chyba jeszcze większe wyzwanie niż pokonać Siedem Szczytów, więc zwyczajnie pokładam wiarę w ekipie z Rykowiska, z resztą nie mam za dużego wyboru.

Biorę do ust pierwszy łyk w obawie, że będzie to wywar klasy łagodny kurczak marki Vifon, a tu niespodzianka. Gęsta zupa pełna grochu, marchewki i soczewicy uderza w moje nozdrza intensywnym aromatem kardamonu i imbiru. Niesamowite. Być może wyzerowałem już swoje zapasy w żołądku przez co nie jestem w stanie obiektywne ocenić walorów smakowych, ale indyjska od JemyJemy naprawdę daje mi dużo radości. Skutecznie zapełnia brzuszek, doskonale się przyjmuje i przy okazji świetnie smakuje. Uwielbiam zupki na ultra. Mimo, że jest gorąco, dla mnie to najlepsza forma uzupełniania utraconych kalorii i wartości odżywczych.

Z ochotą sięgam po kolejny kubek, a koleś który mi go podaje pyta czy biegnę dalej, czy schodzę z trasy. Patrzę na niego z niedowierzaniem i intensywnie mrugam, jakbym nie zrozumiał zupełnie o co mnie pyta.
– Ale jak to? – Pytam i wywalam na niego gały.
– No pytam tylko – Odpowiada podnosząc ręce do góry – U nas taka impreza, że możesz zostać
– Nie ma takiej kurwa opcji! – Krzyczę opluwając go resztkami zupy, ale na szczęście nie robi to na nim najmniejszego wrażenia, być może doświadczył już dziś gorszych rzeczy, obsługując przede mną 10 zmaltretowanych ultrasów – Po tym co ja tu dzisiaj przeżyłem, po kryzysie, który przewalczyłem, ukończę ten pierdolony bieg choćbym miał się czołgać do mety!
– Spoko, spoko, tylko pytam – Odpowiada bez wzruszenia i wręcza mi drugi kubek zupy.

Pozytywna moc zupki indyjskiej.

Po zupce dopycham się jeszcze pomarańczami i analizuję kolejny odcinek. Ponownie czeka mnie półmaraton. Zbliża się wieczór, więc będzie znacznie chłodniej, ale nadal ciepło. Trzeba się będzie nadal mocno nawadniać, a dochodząc do Ścinawki już byłem wyzerowany z wody. Niewiele myśląc chwytam puszkę bezalkoholowego Miłosława i pytam chłopaków czy mogę zabrać sobie na drogę. Nikt nie oponuje, więc ruszam w trasę wolnym krokiem osuszając chłodne piwko duszkiem.

ŚCINAWKA ŚREDNIA -> PRZEŁĘCZ WILCZA (21 km)

Po opróżnieniu browarka zbliżam się do 172. km. To mniej więcej tutaj. Jeszcze jeden krok i będę dalej niż kiedykolwiek dotarłem na piechotę. Mniej więcej w tym miejscu byłaby meta Ultra Trail Małopolska. Każdy kolejny krok to mój nowy osobisty rekord. Głęboki wdech, noga do przodu i mam swoją życiówkę. Teraz już tak w kółko aż do Lądka-Zdroju.

Niebezpieczne zajęcie to całe bieganie ultra. Jak raz człowiek ruszy na szlak, to nie wiadomo dokąd go nogi poniosą. Ja 7 lat temu biegnąc swój pierwszy górski półmaraton zupełnie nie spodziewałem się, że kiedyś wyląduje na trasie Biegu Siedem Szczytów z własnej nieprzymuszonej woli. Aż się trochę boję pomyśleć co będzie za kolejne 7 lat, ale to na razie pieśń przyszłości. Zajmijmy się w pierwszej kolejności ukończeniem pozostałych 70 km. Nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu.

Na kolejnych kilometrach dogania mnie Michał i część trasy pokonujemy razem, wymieniając doświadczenia kryzysowe. Ja opowiadam o swoim w Pasterce, on o swoim odwodnieniu i mini udarze, który zatrzymał go na dłużej w Ścinawce. Mimo to każdy z nas prze do przodu. Chwilowo wysuwam się na prowadzenie, ale czuję, że jestem potwornie zmęczony. Nie tak bardzo jak w schronisku 25 km wcześniej, ale znużenie daje mi się mocno we znaki. Nogi sakramencko mnie bolą, ale nie odpuszczam i walczę z każdym krokiem.

10 km dalej powoli zachodzi słońce, ale zaczyna się też druga noc i wiem, że będzie ona długa. Powraca uczucie senności i braku sił. Oczy mi się kleją. Usypia mnie ta monotonia permanentnego podchodzenia pod górę. Bez kitu od samej Ścinawki jestem praktycznie cały czas na podejściu. Ja już po płaskim ledwo wyrabiam i bardziej idę niż biegnę. Zostaje mi 50 km do mety, ale kiedy ja tam dojdę skoro od dłuższego czasu w zasadzie tylko maszeruję? To będzie długa noc. Co więcej kończy mi się woda. Do kolejnego punktu mam zaledwie 4 km, ale tym tempem to będzie prawie godzina drogi. Nie starczy mi picia. Ze zrezygnowaniem zwieszam głowę i ciągnę nogę za nogą. Co za anihilacja.

Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego sobie to robię, ale nie znajduję żadnego dobrego argumentu. W tym momencie jest bardzo źle. Ponownie. Mam ochotę rzucić się na chwilę w krzaki i poleżeć, może pomogłoby jak w Pasterce, ale z drugiej strony boję się, że tym razem już nie wstanę. Zatrzymuję się. Nie mam siły. Powiszę sobie chwilę na kijach. Tylko kapeczkę. Minutkę dosłownie. Zamykam oczy i sapię. Rety co za smród. Spociłem się, Etiaxilu brak, no nie idzie wytrzymać. Wszechobecny amoniak powoduje łzawienie, mimo że powieki mam zamknięte. Chociaż na dobrą sprawę nie jest tak źle. Traktuję to jako naturalną zachętę do poruszania się naprzód.

Na punkcie w Ścinawce.

Odwracam się na dźwięk kroków za mną i ponownie widzę Michała dzielnie brnącego przed siebie. Pyta czy może jakoś pomóc, ale nie może. Przecież mnie nie zaniesie. Chyba. Śmigaj. Pyta czy mam wodę. Mam jakąś marną resztkę, więc on oddaje mi swoją, twierdząc że już nie potrzebuje. Ja z kolei jestem tak wysuszony, że nawet nie oponuję. Wiem, że jest mi potrzebna. Wiem, że po raz drugi Michał ratuje mi skórę na Biegu Siedem Szczytów. Dobry Samarytanin. No prawie, bo ten zgodnie z ewangelią wsadził rannego na swoje bydlę i zawiózł go najbliższej gospody. Jednak nie narzekam, dla mnie to i tak ogromna pomoc. Michał rusza przed siebie zostawiając mnie w tyle i dodaje na odchodne, żebym pamiętał, że żadnych krasnoludków tutaj w okolicy nie ma.

Uśmiecham się do siebie i mamroczę pod nosem, że wiem o tym. Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia za halucynacjami. Słyszałem, że druga nieprzespana nocka sieje spustoszenie wśród procesów zmysłowych niejednokrotnie robiąc sobie żarty z wycieńczonego biegacza, jednak na własnej skórze nie doświadczyłem jeszcze takich atrakcji. Zastanawiam się na ile bardziej są to prawdziwe haluny a na ile zwykłe zjawisko dopatrywania się znanych kształtów w przypadkowych szczegółach. Chociaż pareidolia sprowadza się wyłącznie do zaburzeń zmysłu wzroku, a w ultra znane są przecież przypadki totalnego oderwania od rzeczywistości, jak chociażby Karel Sabbe, który podczas Barkley Marathon w 2022 roku został znaleziony dyskutujący w najlepsze z koszem na śmieci, prosząc go o wskazówki dotyczące dalszej drogi.

Nie przebiegam nawet kilkuset metrów, gdy samospełniająca się przepowiednia zaczyna działać. W oddali widzę dwa krasnoludki podtrzymujące bujającą się na wietrze tabliczkę z oznaczeniami szklaku. No bardzo zabawne. Przecież to nie Władca Pierścieni. Przecieram oczy ze zdumienia, ale karły uparcie pilnują, żeby wichura nie przewróciła znaku. Wiem, że to nie dzieje się naprawdę. Przecież nie ma takiej opcji, żebym przez ostatnie 38 lat z hakiem nie zauważył ani jednego skrzata o aktywnych procesach życiowych. W kosmitów też do końca nie wierzę, więc zakładam, że nic raczej mi nie grozi, zatem brnę nadal przed siebie na spotkanie z wyimaginowanymi karzełkami.

Podchodząc wystarczająco blisko zauważam, że to krzak za tabliczką ułożył swoje łodygi na tyle charakterystycznie, że przy panującym już półmroku sprawiały one wrażenie małych istotek. W duchu śmieję się sam z siebie. Ta fantasmagoria wyglądała na tyle realistycznie, że byłem gotów uwierzyć w fantastyczne istoty. W sumie to szkoda. Zawsze lubiłem tolkienowskie klimaty.

Przez kolejne minuty umysł płata mi figle jeszcze kilkukrotnie. Natykam się na wielką sowę siedzącą na trawie, która okazuje się być zwykłym głazem. Spotykam też głowę Leonarda diCaprio na drzewie, która w rzeczywistości jest tylko korą odbarwioną w bardzo charakterystyczny sposób. Śmieszne. Jednak to oznacza, że jestem totalnie wypruty z energii i trochę się boje co będzie dalej. Wprawdzie amerykański aktor skutecznie podniósł mi ciśnienie i już mi się za bardzo nie chce spać, to oczy nadal potwornie mi się kleją. Zastanawiam się czy nie będzie konieczna jeszcze jedna drzemka, a przynajmniej jej próba na Przełęczy Wilczej. Wprawdzie następne zorganizowane miejsce na odpoczynek jest dopiero w Bardzie, ale raczej nikt nie będzie miał nic przeciwko, żebym sobie chwilę poleżał w punkcie odżywczym.

Po 28 godzinach docieram wreszcie do 12. punktu odżywczego. Jest już zupełnie ciemno, punkt jest pod chmurką, zrezygnowany siadam na ławce i proszę o coś ciepłego do jedzenia. Na szczęście mają pieczone ziemniaczki z ogniska, na co reaguję z entuzjazmem zagryzając je pomidorami. Wolałbym zupkę, ale pyry też całkiem przyzwoicie mi wchodzą. Gadam sobie z wolontariuszką w przerwie pomiędzy kolejnymi kęsami i dowiaduję się, że jestem na 10. pozycji open. Jak to możliwe? Przecież wychodząc ze Ścinawki byłem 11, a nikogo nie wyprzedziłem. Ludzie rezygnują, nie dziw się, Siedem Szczytów to nie przelewki.

Nogi robią mi się miękkie. Dobrze, że siedzę. Ja pieprzę, ale czad. Top 10. Czołówka. Zupełnie nie spodziewałem się, że przyjdzie mi walczyć o tak wysoką lokatę. Co więcej, kolejny zawodnik ma do mnie prawie godzinę straty, więc jest ogromna szansa utrzymać tą pozycję. Ja jebię! Coś niesamowitego. Zaczynam szybciej wpychać do paszczy pozostałe kawałki ziemniaczków i pomidorów. Nadal z pełną gębą, niezgrabnie próbując przemielić zawartość jamy ustnej, rzucam podziękowania do wolontariuszki, przez co niechcący wypluwam kilka kawałków nieprzełkniętej papki, chwytam na drogę dwa kawałki bananów i ruszam przed siebie.

fot: Jan Nyka.

PRZEŁĘCZ WILCZA -> BARDO (12 km)

Dostałem to czego chciałem. Potężnego kopa. Solidny zastrzyk adrenaliny. Przyzwoity bodziec, który pozwolił mi odzyskać siły witalne. Nie wierzyłem, że uda mi się wykrzesać z siebie jeszcze jakąkolwiek ilość energii, ale jednak rywalizacja robi swoje. Dobrze działa na mnie rola zwierzyny łownej. Godzina zapasu na kolejnych 50 km to sporo, ale przy moim obecnym zmęczeniu bardzo łatwo stracić tą przewagę. Świadomość tego o co się walczy nie pozwala mi odpuścić.

Po wyjściu z punktu odżywczego od razu zaczyna się bardzo strome podejście na Wilczak niebieskim szlakiem. Krótkie i bardzo ostre, ale nic sobie z tego nie robię. Przebieram na przemian nogami i kijami, jakby wstąpił we mnie diabeł. Obejrzałbym się za siebie, pewnie aż się kurzy, ale szkoda czasu. Jak na zamówienie dostaję od kumpla smsa o bardzo zwięzłej treści “nakurwiasz”. Andrzeju, pozdrawiam Cię serdecznie. Wydaje się być bardzo w punkt przy mojej obecnej sytuacji. Nie odpuszczam. Nakurwiam. Bez litości!

Dobra z tym nakurwianiem to jednak trochę popłynąłem. Ciężko się biegnie, mimo że głównie jest z górki. Co jakiś czas muszę przejść do marszu, bo zwyczajnie nie mam już sił. Jednak znużenie w jakiś magiczny sposób zniknęło i nie ma po nim najmniejszego śladu. Zupełnie nie rusza mnie fakt, że zarywam właśnie drugą nockę z rzędu. Wlokę się średnim tempem 8 min/km, ale dzielnie brnę do przodu.

Chwilę przed 23 nastaje ta wiekopomna chwila, kiedy pęka 200 km. Dwieście. Dwa i dwa zera. Z lekkim niedowierzaniem spoglądam na mój zegarek. 200 na liczniku. I tyle samo w nogach. Dwójka z przodu. Marzenie każdego ulicznego maratończyka, jednak w ich przypadku jest to odniesienie do czasu biegu. Każdy biegacz amator chce zejść poniżej magicznej bariery 3 godzin na królewskim dystansie. Dzisiaj ta symboliczna dwójka nabiera dla mnie zupełnie nowego znaczenia.

To tylko statystyka. Najzwyklejsza cyfra na wyświetlaczu, a mimo to czuję się jak dziecko, które otrzymało swoją wymarzoną zabawkę. Jestem zaledwie 3 km przed Bardem, a mam ochotę się zatrzymać i zostać tutaj na zawsze, żeby stan licznika nie uległ zmianie. Cieszę się sam do siebie. Ponad 29 godzin na nogach, potworne wciry zebrane po drodze, stoję gdzieś w ciemnej dupie z jedynym źródłem światła w postaci latarki czołowej na głowie i uśmiecham się od ucha do ucha. Radość. Zrobiłem kolejną zwariowaną rzecz, o której jeszcze niedawno nawet nie przyszłoby mi do głowy pomarzyć. Przystaję na chwilę i podjarany nucę sobie pod nosem refren utworu Starboy w wykonaniu Abela Makkonena Tesfaye’ego, znanego bardziej pod pseudonimem The Weeknd:

Look what you’ve done
I’m a motherfuckin’ starboy
Look what you’ve done
I’m a motherfuckin’ starboy…

A najlepsze jest to, że ten wyczyn mogę jeszcze bardziej podkręcić. Przecież to jeszcze nie koniec. Jeszcze 40 km mi zostało. 1/6 trasy. Maratonik. Niecały z resztą. Na dobrą sprawę mogę powiedzieć, że powoli zaczynam finiszować. Obawiam się, że będzie to końcówka bez wodotrysków, raczej wleczona, ale co zdobędę do moje. Nakurwiam! Bez Litości!

Przed północą przebiegam przez opustoszałe Bardo. Pojedyncze grupki nastolatków najwyraźniej zmierzających na bardziej towarzyskie imprezy niż samotny bieg Siedem Szczytów patrzą na mnie z lekkim zdziwieniem, momentami dopingując mnie odrobinę. Przydaje się. Teraz to już ten etap, że każde, nawet najmniejsze wsparcie jest na wagę złota. Przypomina mi, że jeszcze odrobinę trzeba pokręcić. Że jeszcze trzeba spiąć poślady i dać z siebie kilka procent więcej.

Bardo nocą.

Po dwóch kilometrach przebiegam przez most nad Nysą Kłodzką i kieruję się ulicą Skalną do ostatniego przepaku. Widzę chłopaka supportującego Michała, który dotarł tu niecałe 4 minuty przede mną, więc zaczepiam go i pytam gdzie ten punkt. Oj jeszcze kawałek i to spory. Jak to spory, to ile to jeszcze? No będzie z 500 metrów. Mięso ciśnie mi się na usta. Nie dało się tego punktu trochę bliżej postawić? Czemu tak daleko?

Po kilku minutach docieram w końcu do punktu odżywczego i od razu proszę o worek z depozytem. Siadam na materacach przewidzianych do drzemki, ale ani myślę z nich korzystać. Dalsza rywalizacja zupełnie spędziła mi sen z powiek. Teraz już tylko walka. Przebieram się po całości w świeże ciuchy, co zajmuje mi dobre kilka minut, następnie uderzam do paśnika. Patrzę ze smakiem na butelkę coli. Do tej pory w zasadzie jej nie piłem, ale teraz jakoś naszła mnie ochota. Wlewam sobie cały kubek i wychylam go duszkiem. Przyjmuje się całkiem nieźle, bo wolontariusze regularnie odgazowują colę na punktach. Ciepła i bez bąbelków w normalnych warunkach nawet nie nadawałaby się do spłukania toalety, a dla ultrasa to przysłowiowe czarne złoto. Kalorie i cukier. Doskonałe paliwo na kolejne kilometry. Mają też kaszę jaglaną z sosem pieczarkowym. Jak się doda więcej sosu to wychodzi taka para-zupa, więc to co przyjmuje mi się najlepiej, dlatego pochłaniam podwójną porcję.

Cała operacja zajmuje mi dobre 20 minut, w trakcie których co rusz nerwowo odwracam głowę w kierunku mostu, z obawą że zobaczę nadciągającą konkurencję, jednak nic takiego się nie dzieje. Kilka razy wolontariusze podnoszą mi ciśnienie widząc świecącą czołówkę i krzycząc, że ktoś nadbiega, ale za każdym razem ten ktoś okazuje się być służbą medyczną lub innych członkiem obsługi Biegu Siedem Szczytów. Zadowolony z obrotu sytuacji ruszam na ostatnie 37 km nadal ze sporym zapasem nad kolejnym zawodnikiem.

BARDO -> PRZEŁĘCZ KŁODZKA (12 km)

Ruszam drogą krzyżową na Kalwarię śladem tysięcy pielgrzymów, którzy pokonali tę trasę przede mną. Ostrzegano mnie przed tym odcinkiem. Rzekomo boli. Chociaż jak sobie pomyślę o tych wszystkich babulinkach, emerytach, rencistach i księdzu w sutannie, którzy wspinali się do samiusieńkiej kapliczki górskiej na szczycie, wielu z nich zapewne wielokrotnie i to prawdopodobnie bez kijków i bez sportowych butów to chyba nie może to być aż taka rzeźnia? Z drugiej strony oni zapewne robili to na świeżo, a nie mając 205 km w nogach.

Zaczyna się niewinnie. Ot trochę pod górę, droga wyłożona kamieniami, obok płynie strumyczek i już po kilku chwilach z mroku wyjawia się kapliczka pełniąca funkcję pierwszej stacji. Jest wielka rzymska jedynka oraz jakiś napis i obrazek, ale w ciemności nie widzę wyraźnie. W każdym razie z pewnością idę w dobrą stronę i to szybciochem. Jak tak dalej pójdzie to chwila moment i będę na górze. Tym bardziej, że w oddali w świetle swojej czołówki widzę kolejny check-point. Uradowany przyśpieszam kroku, ale nie ma tak kolorowo. To nie stacja, tylko jakaś grota z figurką Matki Boskiej. Taka zmyłka chyba. Dobra, nabrałem się, to teraz już do celu.

Kilkadziesiąt metrów dalej stoi kolejna kapliczka. Podchodzę i… co jest? Rzymska jedynka. Pierwsza stacja. Załamanie czasoprzestrzeni czy co? Oglądam się za siebie, ewidentnie to nie jest to samo miejsce co zaledwie minutę wcześniej. Przyglądam się stacji. Jezus skazany na śmierć. Głowy bym nie dał pod topór, ale rzymska jedynka ewidentnie wskazuje na początek drogi krzyżowej. Co oni nie mogli się dogadać i dwie postawili? Nie chce mi się dla pewności wracać kilka metrów w dół i sprawdzać poprzednią pierwszą stację. Z resztą widzę oznaczenia organizatora, więc z pewnością się nie pogubiłem. Ruszam dalej zastanawiając się ile jeszcze stacji numer jeden będę mijać po drodze i w takim razie jak długo zajmie mi wędrówka na szczyt.

Droga krzyżowa nocą.

Po chwili świat wraca do normy, kolejne kapliczki są ustawione w powszechnie stosowanym na całym świecie porządku od najmniejszej cyfry do największej, ale tylko do siódmej stacji. Odliczam sobie je po kolei, żeby zająć czymś ciekawym głowę, więc spodziewam się, że za chwilę minę ósmą stację, a tu niespodzianka. Niewielka kapliczka z rzymską trójką stoi mi na drodze. Staję i ja. Ktoś tu nie uważał na lekcjach matmy i jestem przekonany, że tym kimś nie jestem ja. Wczytuję się w opis pod obrazkiem. Znalezienie pana Jezusa w świątyni. Nigdy nie byłem dobry z kanonicznych formułek, mogło mi się coś pomieszać, ale zawsze mi się wydawało, że droga krzyżowa odzwierciedla wejście na Golgotę i chyba żadnej świątyni po drodze nie było. A już na pewno nie takiej, w której ktoś znalazł Jezusa, bo ten w jakiś dziwny sposób zgubił się po drodze niosąc swój krzyż. Chyba nie ogarniam.

Totalnie zdezorientowany ruszam w dalej pod górę. Nadal widzę wstążki wskazujące przebieg mojej trasy, więc przynajmniej zmierzam w dobrą stronę. Dalsza część podejścia nadal bawi się ze mną mieszając numery poszczególnych stacji. Kolejno mijam ósmą, potem czwartą, następnie poprawne od dziewiątej do czternastej. Pan Jezus złożony do grobu. Tak! Tą pamiętam. Koniec! Nie było tak źle. Dodali kilka stacji bonusowych, być może to jakaś wersja rozszerzona dla spragnionych doznań duchowych, niemniej tu powinna się skończyć ta historia.

Patrzę w lewo, patrzę w prawo, ale szczytu nie widać. Zejścia w dół też nie. Jest za to zachęcająco wyglądający szlak pod górę. Więcej stacji bonusowych? Jakaś droga krzyżowa dla bardziej wtajemniczonych? Wdrapuję się jeszcze wyżej i po chwili mijam dodatkowe stacje o numerach 5, 6 i 7, zachodząc w głowę dlaczego nie opisali tego jako 5a albo 5′ i tak dalej. Muszę zapamiętać, żeby o tym poczytać.

Dopiero kilka dni po biegu dowiem się, że równolegle do drogi krzyżowej ustawili tu jeszcze drogę boleści Matki Bożej. W życiu nie słyszałem o czymś takim, najwyraźniej to jednak ja nie uważałem na lekcjach religii, ale przynajmniej z matmą u mnie nie najgorzej. Poza tym całe życie się człowiek uczy. Lepiej późno niż wcale. Teraz zastanawiam się tylko czy nie lepiej byłby puścić najpierw klasyczną drogę krzyżową, a dopiero później drogę boleści. Według mnie łatwiej ogarnąć jeden temat w pełni, a potem zająć się drugim, natomiast obecne ustawienie kapliczek wymusza multitasking, co nie zawsze jest efektywne.

Wyobrażam sobie zgraję zagorzałych wiernych przy trzeciej stacji boleści Matki Bożej. Bardo miastem cudów, więc pielgrzymów i akolitów zebrało się co nie miara, otoczyli kapliczkę ze wszystkich stron, zastawili cały niebieski szlak drogi krzyżowej i chóralnym głosem odśpiewują dziękczynne pieśni. Ojcze Nasz… Już nabierają głębokich wdechów w swe piersi, już mają wypuścić ze swoich ust melodyjnie brzmiące słowa, a tu konkurencja w postaci drugiej pielgrzymki robiącej właśnie klasyczną drogę krzyżową, która zaliczyła właśnie siódmą stację mknie pod górę do ósmego przystanku. Kultura w górach obowiązuje, więc ci z dołu przybliżają się do lewej strony szlaku i pytają: “Hej, możemy was minąć?”. Ale tych na trasie boleści jest tak dużo, że nawet jakby chcieli, to nie mają gdzie się przesunąć i zrobić przejścia. A potem to już klasyka, czyli korek jak na zakopiance, ludziom puszczają nerwy, ktoś rzuca o jedno słowo za dużo, ktoś inny przechodzi do rękoczynów i po chwili trzeba wzywać służby porządkowe, żeby powstrzymać zamieszki uliczne, w przeciwnym razie rozleją się na cały kraj. Ale w sumie to nie o tym ten bieg.

Przed 1 w nocy docieram w końcu do szczytu Kalwarii i kapliczki na nim stojącej. W sumie nie było tak źle. Swoje wycierpiałem, ale teraz już będzie z górki. Przystaję na chwilę, żeby zebrać siły i zaczynam schodzić z Bardzkiej Góry. Radość jednak nie trwa długo, bo po chwili zaczyna się ponowne długie podejście aż na Kłodzką Górę. Nie jest agresywne i rozciąga się przez dobre 3 km, a ku mojemu zdziwieniu moje nogi odzyskały cokolwiek świeżości. Nawet udaje mi się podbiegać pod górę. Nie wiem od czego mi się poprawiło, ale skoro dają trzeba brać. Korzystam, bo wiem, że na tym etapie to chwilowe. Za chwilę organizm się ponownie ogarnie, że jest totalnie wycieńczony i zacznie wysyłać sygnały zachęcające mnie do odpuszczenia.

Szczyt szczytów – kaplica górska.

Chwilę po 2:30 w nocy zbiegam stromym zejściem do Przełęczy Kłodzkiej w oddali widząc już światła i jakiś hałas.
– Kopytujesz, kopytujesz – Woła jakiś koleś stojący pomiędzy mną a punktem odżywczym – Siemandejro – Dodaje po chwili.
– Oooooo! Siema!! – Dopiero teraz rejestruję, że to Daniel przyjechał wesprzeć mnie na ostatnich kilometrach. Moja mina z markotnej i zmęczonej momentalnie przechodzi w stan ekscytacji. Niesamowicie pozytywny bodziec w postaci znajomego momentalnie podnosi mi morale.
– No siema, jak tam? – Pyta chyba jeszcze bardziej podekscytowany niż ja.
– No stary… przejebane… – Wzdycham głęboko tłumacząc mu przy okazji, że zupełnie go nie poznałem w tych ciemnościach, poza tym w ogóle się go nie spodziewałem tutaj o tej godzinie.
– No przejebane, ale wiesz do przodu! – Dodaje Daniel i odprowadza mnie do samego punktu, skąd dobiega do moich uszu rytmiczne Jump w wykonaniu Van Halena. – No przebierasz nogami to dobrze jest!

Amerykańska grupa rockowa śpiewnie wmawia mi, że powinienem teraz poskakać tekstem:
Might as well jump (jump)
Might as well jump
Go ahead and jump (jump)
Go ahead and jump
Ale jakoś nie przekonują mnie. Siadam na ławeczce, a mój przyjaciel z wolontariuszką przynoszą mi wszystko co potrzeba. Nie ma nic na ciepło, więc zapycham się bananami, uzupełniają mi wodę i podają piwo, a moje nóżki mają okazję na chwilkę odpoczynku. Support pełną gębą. Tak to można biec! Jedno i drugie pyta co jeszcze mogą mi pomóc, ale to co dostałem w zupełności mi wystarczy. Dziękuję bardzo.

W tym samym momencie podchodzi do mnie chłopak z obsługi i przeprowadza kontrolę wyposażenia obowiązkowego. Przyznaję, że pierwszy raz mi się to zdarza i przez chwilę mam obawy czy nie przypieprzy się do numeru startowego na dupci, zamiast z przodu, tak jak koleś na pierwszym punkcie odżywczym, ale ten jest zdecydowanie bardziej wyrozumiały. Zupełnie nie zwraca na to uwagi, bardziej interesuje go naładowany telefon, więc w duchu błogosławię po raz kolejny Michała za kabelek, folia NRC oraz dowód osobisty. Wszystko mam przy sobie i wychodzę z kontroli na czysto.

Zamieniam jeszcze kilka zdań z Danielem, który deklaruje, że będzie czekać na mnie na ostatnim punkcie w Orłowcu. Tłumaczę mu, że to zaledwie 13 km, ale po drodze są 2 spore hopki, więc zajmie mi to pewnie niecałe 2 godziny, ale jemu to zupełnie nie przeszkadza. Twierdzi, że nie będzie spał skoro ja nadal biegnę. Nie kłócę się, znajoma gęba bardzo podniosła mnie na duchu. Nieprawdopodobnie miło mi się zrobiło. Wprawdzie to już ten moment, że nie da się odpuścić, teraz to siłą musieliby mnie zdejmować z trasy i choćbym miał iść na piechotę to dojdę do Lądka, niemniej towarzystwo fantastycznie działa na samopoczucie. Ostatnie 32 godziny spędziłem głównie w samotności, więc dobrze jest mieć do kogo gębę otworzyć. Aż bym się przytulił, ale mokry jestem i śmierdzę niemiłosiernie, więc raczej oszczędzę Danielowi tych przyjemności.

Jeszcze tylko tędy i meta.

PRZEŁĘCZ KŁODZKA -> ORŁOWIEC (13 km)

Chłopak z obsługi w profesjonalnej kamizelce odblaskowej przeprowadza mnie przez drogę krajową 46. Światła latarek zostawiam za sobą i znowu wchodzę w ciemną noc oświetloną jedynie moją czołówką wprost na pięciokilometrowe podejście na Ptasznik. To już 33 godziny na nogach i senność na powrót zaczyna mi doskwierać. Jeszcze kilka kilometrów wcześniej miałem wrażanie, że wstąpiła we mnie druga młodość, a jak zobaczyłem Daniela, tym bardziej podkręciło to moje morale. Z kolei teraz mam wrażenie, że znowu jestem wrakiem człowieka. Nie mam siły przebierać nogami, głównie to idę cały czas podpierając się kijkami.

Czuję się jak w transie. Mam przed sobą jasne zadanie. Muszę się dostać do Lądka, który jest jakieś 20 km dalej. Nie chce mi się i nie mam na to energii, ale nie poddaję się. Jestem jak zaprogramowany droid. Lewa, prawa, lewa, prawa, i tak jakieś 20 000 razy. Nie zatrzymuję się. Nakurwiam. Bez litości. Na autopilocie. Moja świadomość zaczyna gdzieś odlatywać, a poszczególne kilometry zlewają się w jedną masę, przez co nie do końca zdaję sobie sprawę co dzieje się wokół mnie. Liczy się tylko parcie na przód.

Pareidolia ponownie puka do drzwi mojego mózgu i stroi sobie ze żarty obrazując w dalszej odległości Świętego Mikołaja, który w rzeczywistości jest kilkoma kamieniami ułożonymi w dość charakterystyczny sposób. Później widzę falującą na wietrze gęstą trawę, która w moim przekonaniu jest bawiącymi się dziećmi, jednak najbardziej realistyczny jest leżący przy drodze duży pniak po ściętym drzewie, który do złudzenia przypomina czającego się na mnie wilka. Widząc go jestem gotów uwierzyć, że to nie haluny, tylko prawdziwy psowaty, a przed paniką ratuje mnie jedynie wiedza, że takowe bardzo rzadko atakują ludzi. Ciśnienie z wentyla schodzi mi dopiero po zbliżeniu się do zagrożenia, które tym momencie zupełnie znika.

Sam się z siebie śmieję i zastanawiam co jeszcze będę miał okazję zobaczyć, ale na szczęście dalsza część drogi przebiega nieprawdopodobnie monotonnie. Skupiam się najmocniej jak potrafię nad tym, żeby nie zasnąć na stojąco i wlokę nogę za nogą do Orłowca, gdzie melduję się o 5 rano. Te 13 kilometrów zajęło mi ponad 2 godziny, co daje tempo wyższe niż 11 minut na każdy km. Mam wrażenie, że moja roczna córka szybciej zapyla na czworakach. Trochę mi wstyd. Gdzie tam wstyd, wieś po całości, ale naprawdę w tym momencie nie stać mnie na więcej. Jedyne czego mam pod dostatkiem to determinacja. Ukończę ten bieg choćby skały srały. Nie poddam się. Nie teraz, gdy jestem już tak blisko mety. Nakurwiam. Bez litości.

Na punkcie odżywczym wita mnie Daniel z jedną z wolontariuszek. Druga dziewczyna śpi w najlepsze przy ognisku. Z resztą nie ma się co dziwić, to nie Marszałkowska w stolicy. Ruch bardziej jak w Wólce Kosowskiej w oczekiwaniu na podmiejski do Warszawy. Przez ostatnie 3 godziny przewinęło się tędy zaledwie 6 zawodników, a następny będzie dopiero za 80 minut.

Wymęczony i głodny siadam na ławce, Daniel pyta się co podać, ale zniechęcony kręcę tylko głową. Nie ma nic na ciepło, a ja nie mam ochoty na więcej bananów czy arbuzów. Nic mi nie wchodzi. Żołądek już ma serdecznie dosyć tych wojaży. Zastanawiam się czy na rezerwie uda mi się dociągnąć do mety, ale obawiam się że zaniemogę. Przydałoby się coś na ruszt wrzucić, jednak zupełnie nie mam pojęcia co mi się przyjmie. Daniel zarzuca mnie propozycjami, aż w końcu nie pyta tylko oświadcza, że zrobi mi kanapki. Nawet nie mam siły się kłócić. Spróbuję.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
Ostatni przystanek.

Po kilku sekundach w moich rękach ląduje kanapka z chleba tostowego posmarowana pastą Wawrzyniec z suszonymi pomidorami i żurawiną, całość przykryta plasterkiem sera żółtego na wierzchu. Gdy biorę pierwszy kęs Daniel przeprasza mnie, że nie ma zwykłego chleba, ale gdy dojechali do Lądka i poszli na zakupy, sklepy były totalnie ogołocone z zaopatrzenia i to było jedyne pieczywo, które udało im się upolować. Słucham tej wzruszającej historii i próbuję z wypchanymi ustami powiedzieć, że nic nie szkodzi. Ta kanapka to złoto. Wcześniej nawet o tym nie pomyślałem, ale chleb tostowy jest niesamowicie miękki. Gdy dla porównania sięgam pamięcią do suchych bułek pszennych, które wciskałem w siebie w Długopolu, to mniej więcej tak jakbym najpierw jadł mielony cynamon łyżkami, a teraz zupę. Daniel, to jest zajebiste, zrobisz mi jeszcze jedną? Długo nie muszę czekać. To mi z pewnością wystarczy do mety.

Nie chce mi się wstawać, ale wiem, że muszę się zmusić na ten ostatni odcinek. Tym bardziej, że teraz nad ranem jest niewiele ponad 10 stopni. Moje mokre od potu ubranie zaczyna mi mocno przeszkadzać, zwłaszcza przy lekkich powiewach wiatru. Ręce już mi prawie skostniały i powoli zaczynam telepać się z zimna. Trzeba się ruszyć i jak najprędzej popracować trochę kijkami, żeby się szybciej rozgrzać. Żegnam się z Danielem z nadzieją, że za jakieś 1,5 godziny zobaczymy się na mecie.

ORŁOWIEC -> LĄDEK ZDRÓJ (12 km)

Zaczynam pod górę. Nie za ostro, raczej delikatnie, ale nogi mi już tak w dupę wchodzą, że nawet nie próbuję biec. Maszeruję z kijami najbardziej żwawo jak to jest możliwe, co w rzeczywistości przekłada się na tempo spacerowo-emeryckie. Pierwszy kilometr zajmuje mi niecałe 12 minut. Do dupy. Szybko liczę w głowie, że z tą prędkością w Lądku zamelduję się za jakieś 2,5 godziny. No zdecydowanie za długo. Muszę przyśpieszyć. Muszę znaleźć w sobie jeszcze odrobinę siły. Przecież miało być nakurwianie, a nie jakiś siuśmajtkowy spacerek.

Przechodzę do biegu. Trochę wstyd to moje kuśtykanie w ten sposób nazywać, ale przynajmniej prędkość będzie odrobinę szybsza niż marsz. Chcę pobiec 300 metrów, a potem przejść 200 dla odpoczynku i tak już do mety. Truchtam i truchtam nerwowo zerkając na zegarek i czekając na wybicie ustalonego przeze mnie progu, ale żadna cyfra nawet nie drgnie. No co jest? Coraz trudniej jest mi przebierać nogami, a pokonany dystans według mojego Garmina nie zmienia się. Prawdziwe załamanie czasoprzestrzeni, poruszam się ale stoję w miejscu. Wprawdzie w tym momencie zegarek pokazuje jedynie dziesiąte części kilometra, więc cokolwiek zmieni się dopiero po 100 metrach, ale ja już biegnę od jakiegoś czasu, więc czemu ten pieprzony licznik nie bije?

Zaczynam wymyślać bardzo wyrafinowane bluzgi i błogosławić nimi wszystko wokół siebie, z organizatorami biegu łącznie, bo zwyczajnie mam już wszystkiego dosyć, a najbardziej tego wiecznego wspinania się pod górę, gdy w końcu okazuje się, że mój Garmin wcale się nie zaciął i licznik zmienia się z 232,1 na 232,2. Ze łzami w oczach rzucam kurwami na lewo i prawo. Nie no przecież to nie możliwe. Przecież ja tu biegnę! To nie może być aż tak wolno!

Odpuszczam. Nie daję rady. Przechodzę z powrotem do marszu po 100 metrach. Co za kompromitacja. Nogi nie chcą mnie już słuchać. Robię jeszcze kilka podejść do biegu, ale momentami nie jestem w stanie przebiec nawet tego najkrótszego dystansu w biegach atletycznych na świeżym powietrzu. To sobie Daniel na mnie poczeka…

Czekają…

Poddaję się zupełnie. Nie ma sensu próbować. Nie wygram tej walki. bieg Siedem Szczytów zmienia dla mnie formułę na marsz Siedem Szczytów. Na koniec dnia całe szczęście, że dopiero teraz, a nie na przykład w Pasterce. Zawsze to jakiś plus. Zaciskam ręce mocniej na rękojeściach kijów i robię co mogę, żeby mój spacer wyglądał na żwawszy niż ten w wykonaniu matek z wózkiem. Nie jest to łatwe zadanie, ale nie odpuszczam. Przynajmniej w ten sposób nogi nie odmawiają mi posłuszeństwa. Czuję się jakbym był zahipnotyzowany. Przebieram na przemian nogami i rękami, głowę mam lekko pochyloną a wzrok wbity w ziemię kilka metrów przede mną. Nic więcej się nie liczy. Nie zwracam na nic uwagi. Nawet gdybym chciał, jestem tak zmęczony, że mózg nie zarejestrowałby co się dzieje wokół. Szczerze powiedziawszy to trochę zaczynam się obawiać, czy w tym stanie nie przegapię mety.

Co chwila nerwowo spoglądam na zegarek, ale licznik dystansu aktualizuje się niesamowicie rzadko. Kilometry ciągną mi się w nieskończoność. Już teraz wiem jak czują się ślimaki, które codziennie rano znajduję pod progiem swojego domu. Zapewne myślą sobie: “Ciśniemy! Już niedaleko!”, a po południu znajduję je niewiele dalej niż z rana. Ta gehenna zdaje się trwać wieczność. Przecież gdzieś musi być ten cholerny zbieg do Lądka! Dlaczego ciągle jest pod górę? Daleko jeszcze??

Na 234 kilometrze docieram w końcu do szczytu Krowiej Góry Wielkiej. Nie mam siły się cieszyć. Uśmiecham się tylko pod nosem. Nareszcie. Jeszcze tylko jakieś 6 km z górki. Idę jeszcze spory kawałek zbierając się w sobie do przejścia w bieg. Nie jest to łatwe, bo nogi mam jak sparaliżowane, wykonujące jeszcze bezwiednie ruch do którego je przyzwyczaiłem przez ostatnie 36 godzin. Półtorej dobry. W taki wynik celowałem. Dużo się nie pomyliłem, mam nadzieję, że ten ostatni kawałek to już tylko formalność, a biorąc pod uwagę kryzysy jakich doświadczyłem i tak mogę być z siebie dumny. W końcu nadal łapię się w top 10. Z przerażeniem oglądam się za siebie. Ostatnie 80 minut ciągnąłem się żółwim tempem i teraz obawiam się, czy przypadkiem to nie wystarczyło, żeby kolejny zawodnik ze stawki zdetronizował mnie z pierwszej dziesiątki. Kamień spada mi z serca, ponieważ nikogo nie widzę. Dziesiąte miejsce będzie moje. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Biorę głęboki wdech i przechodzę do biegu. Nogi nawet tak bardzo nie protestują pod kątem mięśniowym, ale moje stopy zgłaszają zdecydowany sprzeciw. Zbiegam polną dróżką wyłożoną niedużymi wystającymi kamieniami, które bardzo dają się odczuć przez relatywnie cienkie podeszwy moich Altr. Z resztą moje biedne stópki zbierały ten łomot przez bardzo długi czas, bo to nie jedyne miejsce biegu Siedem Szczytów, gdzie ktoś z uporem maniaka porozrzucał te niesprzyjające komfortowemu bieganiu kamulce. Staram się znaleźć kawałki szlaku wolne od skalnych nierówności, ale jest to w zasadzie niemożliwe. Próbuję sobie ulżyć wyrzucając z siebie jeszcze więcej mięsa, jednak nawet to nie przynosi mi ulgi.

Mógłbym się popłakać. Płacz pozwala odciągnąć uwagę od bieżących bolączek, ale też stanowi pewną formę oczyszczenia. Tyle, że ja nie mam siły ryczeć. Nie chce mi się, więc zaczynam krzyczeć. Drę ryja w niebogłosy. Wokół i tak ani żywej duszy, więc mogę robić co mi się podoba. Piłuję gębę do momentu aż dostaję zadyszki i muszę się na chwilę zatrzymać, ale przynajmniej mi lepiej. Nic nie przeszło, jeśli chodzi o bolące nogi i stopy, mimo to odczuwam jakąś dziwną wewnętrzną satysfakcję. Wypędziłem demona. Sapię jeszcze przez chwilę trochę zdziwiony, że nawet tak banalne rozwiązanie jak zakrzyczenie wszystkiego wokół poprawiło mi humor. W końcu zaczynam rozumieć moją 4-letnią córeczkę. A teraz już do mety. Ostatnia prosta. Rękawem wycieram resztki śliny, którą sam się oplułem rycząc jak zarzynany baran i kieruję się do mety.

Na jakieś 3 km przed domem zdrojowym w Lądku klepisko z kamieniami kończy się a zaczyna się asfalt. Zamienił stryjek, bo to też w dupę wchodzi, ale przynajmniej jest równo, więc stopy odczuwają odrobinę mniejszy dyskomfort. Nieważne. Już nic nie jest ważne. Po tylu godzinach na nogach mógłbym aspirować na początkującego fakira i pobiegłbym nawet po rozżarzonym węglu, byleby ukończyć Siedem Szczytów. Za 20 minut będzie po wszystkim. Jeszcze tylko ostatnia rzecz. Muszę przekręcić numer startowy na przód. Przecież na mecie trzeba się dobrze zaprezentować. Niestety pas kompresyjny do którego mam przymocowaną kartkę w moim 1229 jest totalnie mokry od potu. Przykleja się do ciała i za nic nie mogę go ruszyć. Siłuję się z nim dobre kilka minut, ale nie ma opcji, nie ogarnę tego w biegu. Rozglądam się wokół siebie, nadal ani żywej duszy, więc w najlepsze ściągam gacie do połowy ud na środku ulicy, przekręcam pas kompresyjny i zakładam spodenki z powrotem na tyłek. W ten sposób zajęło to zaledwie sekundy, a nawet jeśli ktoś mnie widział to wyjątkowo tym razem gołą dupą nie świeciłem wszem i wobec.

Chwilę przed 7 rano dobiegam do Parku Zdrojowego ulicą Wolności. Fajerwerków brak. W zasadzie to przez chwilę zastanawiam się czy nie pomyliłem adresów. Z reguły kończąc ultramaraton, już z oddali słychać wielką fetę, muzykę i gwar kibiców zgromadzonych, żeby powitać swoich bliskich, a tu sielska cisza jak na wsi. Wmawiam sobie, że o tej godzinie normalni ludzie jeszcze zwyczajnie śpią, tylko prawdziwi ultrazboczeńcy stawiają się na mecie, żeby powitać obce sobie osoby. Wiele się nie pomyliłem, bo gdy przekraczam plac Mariański jeden jedyny koleś stoi przy wejściu i radośnie kręci kołowrotkiem, żeby zagrzać mnie do finiszu na ostatnich metrach. Niewykluczone, że to tak naprawdę obsługa biegu. Zaraz za nim stoi Daniel, dodając że jest dobrze, gdy tylko go mijam.

– I szanowni państwo jeszcze ostatnie metry, już za chwileczkę na mecie powitamy kolejnego zawodnika, który dociera do mety po pokonaniu dwustu czterdziestu kilometrów, czyli bieg Siedmiu Szczytów! – Zaczyna drzeć się do mikrofonu Wojtek Heliński, a w tym samym momencie z jego kierunku dociera do mnie znacznie większa wrzawa, niż do tej pory. Czyli jednak ktoś jeszcze poza Danielem wita strudzonych ultrasów.

– Wystartował w czwartek o godzinie 18 i ostatnia prosta, ostatnie metry i będziemy mogli powiedzieć: witamy na mecie w Lądku-Zdroju i gratulujemy ukończenia biegu! – Kontynuuje konferansjer, gdy dzieli mnie od niego dosłownie skok w dal i ostatnie 6 schodków parku zdrojowego. Dobra. Wystarczy. Biegłem przez ostatnie 6,5 km i ponad 40 minut. Dosyć. Podnoszę ręce w geście zwycięstwa, jakbym zajął tutaj pierwsze miejsce. Zupełnie obcy mi ludzie gwiżdżą, krzyczą, biją brawa, kręcą kołowrotkami i dzwonią dzwoneczkami. Ja w tej całej euforii nie mam już sił trzymać rąk w górze. Na czwartym stopniu opuszczam je zrezygnowany wzdłuż ciała i łapię się pod boki. To był dla mnie bieg siedmiu kryzysów. Tytaniczny wysiłek, nieprawdopodobny łomot i satysfakcja jak stąd do księżyca, że nie dałem się pokonać. Zwyciężyłem samego siebie i po niecałych 37 godzinach kończę moje zmagania z biegiem Siedem Szczytów.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Gosia Telega.

META

– Jeszcze ostatnie metry i… MAMY TO! – Wojtek sprawia wrażenie jakby był dumny bardziej ode mnie, że udało mi się dotransportować moje strudzone ciało do mety. – Gratulujemy baaaaardzo serdecznie, proszę państwa kolejny bohater trasy 240 km, witamy na mecie i gratulujemy ukończenia biegu. To zawodnik startujący z numerem 1229, Daniel Pluta z miejscowości Piastów, jako dziesiąty kończy bieg Siedem Szczytów, czyli dystans 240 km!

Matko i córko, jak cudownie! Stoję w pierwszych promieniach dzisiejszego słoneczka po 37 godzinach i 240 kilometrach, jeszcze przed chwilą byłem gotów płacić złotem za możliwość położenia się i odpoczęcia, ale teraz zupełnie o tym zapomniałem. Kilkadziesiąt obcych osób na mecie nadal bije brawa i robi łomot jak na żylecie w czasie derby Warszawy, tak jakby to był tylko przystanek i zaraz trzeba lecieć dalej, przez co nakręcają mnie jak te plastikowe, badziewne, jazgoczące zabawki sprzedawane pod Gubałówką. Udziela mi się pozytywna atmosfera i ani myślę schodzić ze sceny. Jeszcze trzeba przybić z każdym piąteczkę, a co drugim zrobić misia, który pomimo moich mokrych ciuchów i dławiącego gardło aromatu nikomu nie przeszkadza.

No i jeszcze nagroda. Dla pierwszych 50 osób jest bluza finiszera. Pochodzi do mnie ktoś z obsługi i pyta o rozmiar, a po chwili wręcza pomarańczową outdoorową bluzę z wyraźnym napisem “Finisher 2023 DFBG; Bieg Siedem Szczytów”. Coś czego nie można kupić. Trzeba przełoić ćwierć tysiąca kilometrów wokół Kotliny Kłodzkiej, zmasakrować sobie nogi, zarwać dwie nocki, wyrzucić w eter niezliczone ilości bluzgów i jeszcze zrobić to w tempie szybszym niż statystyczny zawodnik tego biegu. Ta jest moja. Wywalczyłem ją sobie sam. Będę nosić dumnie. Przymierzyłbym, ale boję się, że się zaśmierdnie. Lepiej się najpierw podchlapać. Muszę brać rozmiar na oko.

Myślałem, że to już koniec nagród, ale kiedy idziemy z Danielem w kierunku leżaczków przy samej mecie, mój kumpel wręcza mi jeszcze jeden skarb. Chłodniutki Miłosław, bezalkoholowe IPA. Już otworzony, z delikatnie sączącą się piwną pianką przez ujście puszki. Nie potrafię wyrazić swojej wdzięczności słowami, ale jestem przekonany, że mój uśmiech wystarczająco odzwierciedla jak bardzo raduje mnie ta drobnostka. Powolutku sączę browarek i opowiadam Danielowi o kryzysach i wszystkim innym co spotkało mnie na trasie. Wersja przyśpieszona, bez pikantnych szczegółów, na to przyjdzie jeszcze czas.

Trajkoczę i trajkoczę, przeżywając Siedem Szczytów jeszcze raz w skróconej wersji, jadaczka mi się nie zamyka, aż w końcu Danielowi udaje się dojść do słowa i proponuje mi, żebym sobie usiadł i odpoczął. Ze zdziwieniem patrzę na leżak obok mnie, jakbym nie wiedział do czego on służy. Z tej ekscytacji zupełnie zapomniałem o tym, że jestem zmęczony. Adrenalina robi swoje i aż się we mnie gotuje z radości. Jakby teraz leciał Van Halen i kazał skakać to zacząłbym skakać.

Czerwony dywan i paparazzo.

Mimo wszystko trzeba się szanować. Ulegam sugestii mojego przyjaciela i w końcu sadzam tyłek na leżaczku. Kontynuuję nawadnianie zimnym piwkiem, nadal przeżywając bieg i dzieląc się jego najciekawszymi fragmentami, po czym odmeldowuję się małżonce. Warto dać znać, że przeżyłem i nie musi się już o mnie martwić.

W tym samym momencie dociera do mnie jak potwornie jestem zmęczony. Chwila na leżaczku ostudziła całą atmosferę i przypomniała powiekom, jak bardzo są ciężkie. Nie ma walca, nie oszukam sam siebie, organizm domaga się swojego. Czas na odpoczynek. Daniel pyta czy poczekamy tutaj na Tomka, bo jego dystans startuje za niecałą godzinę, ale odmawiam. Nie dam rady. Zasnę tutaj na stojąco, poza tym robi mi się już zimno w tych mokrych ciuchach. Muszę iść do domu. Jakie szczęście, że to zaledwie 600 metrów. Co prawda pod górę, ale niedaleko.

Już zaczynam przygotowania psychiczne do tego ostatniego odcinka, licząc na to, że w desperacji Daniel mnie podholuje, ale okazuje się, że pomyślał o wszystkim i mówi, że zaparkował zaraz obok. Przy dzisiejszej ekopresji na oszczędzanie środowiska powinienem zaprotestować i powiedzieć, że to nie ekologicznie i że musimy rwać z buta, ale w zaistniałej sytuacji jestem gotów zrobić wyjątek i to bez wyrzutów sumienia.

Kilka minut później udaje mi się samodzielnie wysiąść z auta i po pokonaniu 4 ostatnich schodków wtaczam się do naszego pokoiku. Zamieniamy jeszcze kilka słów, po czym Tomek z Danielem idą na start Złotego Maratonu a ja wskakuję pod prysznic. Do dobra z tym wskakiwaniem to trochę przesadziłem, raczej z trudem przekładam nogę za nogą przez próg brodzika. Jak najszybciej zmywam z siebie trud ostatnich 37 godzin, bo czuję, że lampka rezerwy mruga mi coraz szybciej. Resztę domyję później, teraz trzeba się już ewakuować. Jeszcze tylko ostatnia rzecz, odświeżenie paszczy. Nienawidzę myć zębów. Syzyfowa praca, która każdego dnia pochłania dobre kilkadziesiąt minut. Ekstrapolując to na cały rok, człowiek marnuje w łazience kilkadziesiąt godzin, które można by było wykorzystać na coś pożytecznego. Niemniej po ultramaratonie to jedna z największych przyjemności, jakie można sobie wyobrazić. Wymycie resztek wszystkiego co spożyłem przez minione 1,5 doby daje nieprawdopodobny efekt świeżości. Dopiero teraz czuję się w pełni zdezynfekowany. Zasypiam momentalnie, mam wrażenie, że jeszcze podczas kładzenia się do łóżka.

Budzę się po 7 godzinach głodny jak wilk z niesamowicie pełnym pęcherzem. Aż boję się wstać do łazienki po tym jak mięśnie już wystygły, ale w obliczu braku kaczuszki nie mam za bardzo wyjścia. Ku mojemu zdziwieniu naprawdę nie jest źle. Daję radę samodzielnie dojść do toalety, ogarnąć się i wrócić do wyra. Pierwsza nocka odespana, punkt dla mnie.

Teraz koryto. Nie chce mi się stać przy garach, ale tasiemiec podgryza już ścianki jelita domagając się paszy. Z odsieczą przychodzi Daniel, który przygotowuje mi porcję makaronu z sosem pieczarkowym ledwo mieszącą się na talerzu poprzedzony rosołkiem również z makaronem, kupionym gdzieś po drodze. Mam wątpliwości, gdzie to wszystko się zmieści, ale najwyraźniej zszedłem z poziomem paliwa mocno poniżej kreski i cała porcja przyjęła się znakomicie. Nawet po chamsku wylizałem talerz. Wiem, że w towarzystwie nie wypada, ale chłopaki akurat nie patrzyli, a mi tak strasznie smakowało, że nie mogłem się oprzeć.

Chwilę później objawia mi się standardowy proces fizjologiczny pojawiający się po posiłku. Większa ilość krwi kieruje się do jelit, transportując składki odżywcze pochłonięte w makaronie, w konsekwencji mniejsza ilość krwi dociera do układu nerwowego, wynikiem czego staję się senny. Nie opieram się, w końcu jest jeszcze druga nocka do odrobienia i na jakimś etapie wymiany zdań z chłopakami zwyczajnie odpływam na kolejne 3 godziny.

Rady wujka Garmina po 240 km…

Budzę się po 20, kiedy chłopaki zbierają się do Lądka zintegrować się odrobinę z biegaczami. Przystanek na piwo również przewidzieli, więc nie każę się namawiać, zwlekam się z wyra i kuśtykam razem z nimi. Droga zajmuje nam dobre kilka minut ze względu na moje tempo, na szczęście w połowie trasy mamy punkt odżywczy w postaci sklepu ABC, gdzie zamierzamy uzupełnić utracone w trakcie tego turnusu zapasy słodu, chmielu i brzeczki piwnej. Asortyment w sklepie jest już mocno przebrany, ponieważ niejeden biegacz z ponad pięciotysięcznej społeczności przebywającej w ten weekend w Lądku ma zbliżone do naszych potrzeby, na szczęście jeszcze 3 chłodne piwa bez problemu udaje się znaleźć.

Tomek stoi w kolejce jak na poczcie w centrum handlowym, a ja wychodzę ze sklepu odpocząć chwilę na przystającej do niego ławce, bo zmęczyła mnie ta wycieczka piesza. Siedzę sobie i obserwuję typowy dzień po maratonie. Do ABC prowadzą 3 schodki. Niewiele. W sumie jakieś 50 cm w górę, ale dla większości osób, które już zaliczyły swoje biegi jest to wyzwanie na miarę biegu Siedem Szczytów. Sztywne nogi ze zmaltretowanymi mięśniami powodują, że wejście po stopniach zajmuje każdemu ponadprogramowe kilka sekund. Gorzej jak dwie osoby muszą się minąć w połowie tego stromego odcinka. Całe szczęście, że obok jest barierka, można się ratować rękami. Trochę mi się chce z nich śmiać, ale ja sam niewiele lepiej wyglądałem. Obraz nędzy i rozpaczy, jednak chęć przyssania się do ustnika od piwa jest znacznie silniejsza niż obawa przed DNF-em na dystansie ulica Słowackiego – sklep ABC i żaden z zawodników mierzących się z tym wyzwaniem nie odpuszcza, nawet mimo faktu, że powrót jest z obciążeniem w postaci kilku butelek lub puszek ulubionego złotego napoju bogów.

Z resztą, gdy Tomek pojawia się w drzwiach z trzema browarami, mi również zaczyna się cieszyć buźka. Początkowy plan był taki, żeby dojść z zaopatrzeniem do Parku Zdrojowego i tam cieszyć się chmielowym izotonikiem, ale ze względu na moje tempo, zanim tam dojdziemy piwo będzie już zupełnie ciepłe, więc nie marnujemy czasu i otwieramy butelki jeszcze pod sklepem, z resztą jak co drugi ultras robiący tu zakupy.

Dalsze kroki kierujemy do muszli koncertowej, oglądając ceremonię wręczenia nagród dla krótszych dystansów. Niestety moje akumulatory nadal są dosyć mocno rozładowane i zaledwie po godzinie szyszynka ponownie upomina się o swoje. Biologii nie oszukam, więc zostawiam chłopaków w dobrych nastrojach i powoli halsuję się z powrotem na kwaterę. Tym razem jest pod górę, więc całość zajmuje mi sporo czasu, jednak chwilę po 22 leżę ponownie w łóżeczku i odpływam w beztroski świat braku świadomości.

DZIEŃ PO

Pobudka po 8 rano pozwala mi założyć, że również druga nocka została mniej więcej odespana. Teraz zostaje tylko regeneracja. Bardzo chciałem zostać na koronacji zwycięzców, ponieważ dla biegu Siedem Szczytów aż pierwsze 10 miejsc jest nagradzanych, niestety obowiązki domowe każą mi opuścić Lądek z samego rana, a uroczystość jest przewidziana dopiero na godzinę 15:00. Próbuję się rozmówić z organizatorami, że może by ktoś za mnie odebrał, przecież z kimś się dogadam, ale nic z tego. Odbiór nagrody wcześniej w biurze zawodów również nie wchodzi w grę. Regulamin jest jaki jest i jeśli chcę swoją gratyfikację, muszę stawić się osobiście w muszli koncertowej.

Po mojej prawej Wojciech Heliński, za mną Wojciech Zdrój.

Bilokacji jeszcze nie opanowałem, więc nic z tego. Nie przeskoczę. Z wielkim bólem serca i łzami w oczach odpuszczam koronację. Jak to mawia moja żona, nie ten bieg to inny. Być może jeszcze kiedyś uda się wywalczyć równie wartościową lokatę. Tymczasem zaraz po śniadaniu opuszczamy Lądek-Zdrój i wracamy do szarej rzeczywistości. Aż do następnego ultra!

Garść statystyk

WYŻYWIENIE

  • Cztery żele – Zjedzone gdzieś na trasie, żeby przełamać wytrawny smak lub zapełnić żołądek pomiędzy oddalonymi od siebie punktami;
  • Zupka – 3 kubki pomidorówki w Miedzygórzu, 2 kubki dyniówki w Dusznikach-Zdroju; 1 kubek ogórkowej w Pasterce; 2x kasza jaglana z sosem pieczarkowym w Bardzie, 2 kubki indyjskiej JemyJemy;
  • Kanapki – Dwie ćwiartki w Długopolu; dwie tostowe w Orłowcu;
  • Żelki/cukierki/ciastka – Dosłownie kilka na niektórych punktach, żeby przełamać wytrawny smak;
  • Pomarańcze, arbuzy, banany i pomidory – Garściami w niezliczonych ilościach w zasadzie na każdym punkcie;
  • Ryż z curry – 2 miski w Spalonej;
  • Ziemniaki pieczone – 3 sztuki;
  • Cola – Sporadycznie kilka łyków na kilku punktach;
  • Pączki – 1,5 w Zieleńcu;
  • Lody – 2 kulki, jedna śmietankowa, druga o smaku słonego karmelu;
  • Woda – Do pełna na każdym punkcie, a za każdym razem miałem prawie puste bidony. Wychodzi mi jakieś 16 litrów, co wydaje się być ogromną ilością, ale przy tych temperaturach miałoby to sens;
  • Piwo bezalkoholowe – 5 kubków.

SPRZĘT

  • Plecak Grivel 5l – Zastanawiałem się czy wystarczy mi na tak długi bieg, ale zmieściło się wszystko z wyposażenia obowiązkowego i jeszcze okulary w futerale na wszelki wypadek, gdyby mi soczewki zaczęły przeszkadzać na tak długim dystansie;
  • Buty Mizuno Daichi/Altra Lone Peak 5 – Mizuno przez pierwsze 67km, Altry przez resztę dystansu. Po tym miksie stopy mam bez zarzutu. Jedyny problem to obity paznokieć na palca długiego, ale jest to wynikiem kopnięcia w kamień, gdy straciłem równowagę przed Kudową. Poza tym nawet najmniejszego odcisku się nie nabawiłem, mimo że nie używam żadnego sudocremu ani innego specyfiku chroniącego skórę;
  • Ciuchy – Na krótko + rękawki na noc, a na głowie Buff;
  • Garmin Fenix 5 – Potrzebował podwójnego ładowania w trakcie biegu. Do ogarnięcia, chociaż miło byłoby mieć sprzęt wytrzymujący takie solidne wyrypy. Dzięki temu możnaby odpuścić powerbank i delikatnie się odciążyć. Chyba będę musiał napisać list do Mikołaja;
  • Kije Black Diamond – Dla mnie obowiązkowe. Pod koniec używane nawet na płaskich odcinkach;
  • Pas biodrowy Compress Sport Free Belt Pro – Drugi plecak. To dzięki niemu pięciolitrowy Grivel mi wystarczył. Chociaż muszę przyznać, że pod koniec biegu kijki trzymane z przodu trochę mi się wbijały w kiszki i powodowały lekki dyskomfort;
  • Czołówka Ledlenser Neo 10r – Spisała się idealnie w samotne noce. Drugiego dnia wymieniłem jedynie akumulator na drugi, żeby nie musieć ładować sprzętu w trasie;
  • Powerbank 10 000 mAh – Trust Primo, dwie sztuki. Jeden miałem przy sobie, drugi w przepaku w Kudowie, co wystarczyło z nawiązką, żeby naładować raz telefon (niecałe 3 000 mAh) i 2 razy Garmina (niecałe 500 mAh oba ładowania), więc na dobrą sprawę wystarczyłby mi jeden egzemplarz.
Stopy ultrasa po 240 km.

KPI

  • 9:12 min/km to moje średnie tempo na trasie, natomiast wyłączając postoje, średnie tempo wyszło na poziomie 8:17 min/km;
  • Daje to 6,5 km/h średnio i 7,2 km/h w ruchu – odpowiednik żwawego spaceru;
  • Spaliłem ponad 17 000 kcal;
  • Nie wiem ile dokładnie wypiłem. Wychodzi mi około 18 litrów płynów oraz masa arbuzów i pomarańczy, które głównie stanowią wodę;
  • W ruchu spędziłem 33 godzin i 10 minut, co oznacza, że w trakcie całego biegu łączny czas moich przystanków wyniósł ponad 3,5 godziny. To mnie najbardziej zaskoczyło, ale statystyka nie kłamie. W samej Pasterce i Bardzie spędziłem prawie godzinę, a ponieważ dużo piłem, na trasie sikałem ze 30 razy. To daje prawie pół godziny samego szczania;
  • Najszybszy kilometr pokonałem w tempie 4:18 – zbieg do Międzygórza, kiedy lał deszcz;
  • Najwolniejszy kilometr to podejście na górę krzyżową w Bardzie, co zajęło mi ponad 17 minut;
  • Najszybszą dychę wykręciłem pomiędzy 23 a 33 km – w drodze do Przełęczy Płoszyna, gdy było głównie z górki;
  • Najwolniejsza dycha to przystanek w Pasterce i podejście na Szczeliniec;
  • Średnie tętno wyszło mi na poziomie 133 ud./min, a najwyższe to 172 ud./min, co jak na mnie jest wyjątkowo niską wartością.

WYNIK

  • Z 381 startujących zawodników 217 (57%) odpadło na trasie lub nie zmieściło się w 52-godzinnym limicie czasowym;
  • Ostatni zawodnik dotarł na metę na niecałe 5 minut przed upływem limitu po 51 godzinach i 55 minutach;
  • Ukończenie biegu zajęło mi 36 godzin i 53 minuty (-13% do zwycięzcy);
  • Zająłem 10. miejsce w kategorii OPEN i 4 w kategorii M30;
  • Na Przełęczy Płoszyna byłem 19, a w już w Długopolu 13. Później systematycznie przesuwałem się w górę głownie dzięki schodzeniu konkurentów z trasy po to, żeby od Przełęczy Wilczej utrzymać dziesiątą lokatę aż do końca;
  • Spośród 164 osób, które ukończyły bieg, 21 to kobiety (13%);
  • Czy mogłem to zrobić lepiej? Z pewnością. Myślę, że taki dystans zdecydowanie łatwiej pokonać z supportem. Samotna walka wymagała ode mnie sporo czasu na punktach, który zapewne można było trochę zaoszczędzić korzystając z osobistej opieki. Podejrzewam, że asfaltowe buty pomiędzy Długopolem a Kudową również trochę by pomogły. Z drugiej strony przy takim dystansie wiele rzeczy może się posypać. Ogólnie rzecz biorąc, w zaistniałych warunkach dałem z siebie 100%.
Pomarańczowa krecha to ja.

KOSZT

  • Wpisowe – 520 zł;
  • Kwatera – 200 zł (50 zł za noc – liczę tylko swój koszt);
  • Dojazd – 0 zł. Fajnie mieć auto służbowe;
  • Zakupy przed – ok. 100 zł za składniki na obiady, śniadania, kolacje i zapasy na trasę;
  • Koszty na miejscu – ok. 100 zł – lodziki, przekąski, piwo.

PLUSY

  • Punkty odżywcze – Było dużo słów krytycznych na ten temat po imprezie, ja nie mogę się przyczepić. Jasne, że mogłoby być ciepłe żarcie na każdym punkcie do wyboru a la carte, a na mecie Blue Label z kostkami lodu, ale umówmy się, że to był ultramaraton, a nie posiadówa z chłopskim jadłem. Uważam, że punkty zapewniały wystarczający wybór, żeby zapewnić sobie paliwo na cały bieg;
  • Oznaczenie trasy – Po raz kolejny leciałem bez wprowadzonej trasy do zegarka. Zgubiłem się tylko raz na początku przez rozmyślania o niebieskich migdałach. W dalszej części trasy, pomimo zupełnie samotnego biegu i ogromnego zmęczenia bez problemu podążałem do mety, bo oznaczeń było wystarczająco gęsto;
  • Trasa – Być może nie jestem obiektywny, bo mam straszny sentyment do Kotliny Kłodzkiej, niemniej nie można się kłócić z faktem, że trasa została poprowadzona przez jej najpiękniejsze fragmenty. Nie było wysokich gór z ośnieżonymi szczytami, ale i tak można było zawiesić oko na mijanych krajobrazach;
  • Miejscówka – Lądek doskonale wpisał się jako gospodarz DFBG od wielu lat. Jedyny minus to niewystarczająca baza noclegowa, ale to akurat urok każdego większego ultra. Natomiast sama mieścina ma zarówno dużo okolicznych tras dla osób aktywnych fizycznie, jak i miejsc spacerowych i placów zabaw dla tych bardziej stacjonarnych i dzieciatych;
  • Wolontariusze – Wspominam tylko dla formalności. Niesamowici ludzie, którzy z jakiegoś dziwnego i niezrozumiałego powodu przyjeżdżają w góry pomagać innym ultrasom w biegu;
  • Oprawa biegu – Wojtek Heliński. To imię i nazwisko powinno być synonimem świetnej oprawy biegowej. Ten koleś ma gadane jakby był artystą komediowym na scenie. Jest zabawnie, jest kulturalnie, profeska na całego;
  • Meta – Duży plac w Lądku zapewnia dużo miejsca dla osób towarzyszących. Jest gdzie usiąść, jest gdzie zjeść, jest ogromne expo na którym można się zaopatrzyć w artykuły biegowe i niebiegowe. Jak dla mnie, niczego nie brakowało. Oczywiście całość pod chmurką, więc potrzebna jest dobra pogoda, ale tego akurat nie da się zamówić;
  • Expo – Na bogato. Stoisk tyle, że czułem się jak na jarmarku bożonarodzeniowym na starówce. Wszystko tu można było kupić, od ciuchów, przez sprzęt i odżywki aż po wejściówki na inne biegi;
  • Dojazd – Jadąc z Warszawy dobrze jest tylko do Wrocławia. Ostatnie 100 km to lokalna mocno zatłoczona przez tiry i ciągniki droga, więc wymaga odrobinę więcej cierpliwości, ale da się z tym żyć;
  • Pakiet startowy – Mój niestety dosyć drogi, ale przeliczają stawkę na każdy z 240 km, Bieg Siedem Szczytów nadal wychodzi jako relatywnie tania impreza. Tym bardziej, że w cenie był nie tylko numer startowy, ale również drobne fanty dla biegaczy, a dla finiszerów kozacka bluza Salomona;
  • Ekipa foto – Na większości ultra to też żelazny punkt i tutaj nie mogło być gorzej. Nyka, Dymus, Telega, Buszka to nazwiska coraz częściej rozpoznawalne nie tylko w świecie ultra. Dzięki nim wielu zawodników ma wspaniałe pamiątki ze swoich zmagań na trasie. No i nie można zapomnieć o Szczytografii montującej fenomenalne relacje filmowe;
  • Eko – Brak niepotrzebnych reklam i ulotek w pakiecie startowym. Jak dla mnie trzeba jeszcze tylko zrezygnować z drukowanego informatora biegowego, bo zwyczajnie szkoda papieru.
TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Piotr Dymus.

MINUSY

  • Koronacja zwycięzców – Dla mnie niestety zbyt późno. Nie mogłem sobie pozwolić na dłuższy wyjazd, a zamknięcie imprezy w niedzielę po południu w zasadzie wymusza zostanie w Lądku na jeszcze jedną noc, chyba że ktoś nie ma nic przeciwko późnym powrotom do domu. Wiem, że w niedzielę startował jeszcze bieg na 10 km, a festiwal trwał w najlepsze i zapewne rozdanie nagród wcześniej spowodowałoby, że mało kto zostałby na oficjalne zamknięcie imprezy. Niemniej do czegoś muszę się przyczepić.

PODSUMOWANIE

Biegam ultra już kilka lat i od dłuższego czasu zastanawiam się gdzie jest moja granica. Gdzie jest ten limit, który mnie złamie. Ile kilometrów i przewyższeń musi mieć bieg, żebym powiedział “nie dam rady” i zszedł z trasy. Zaraz po ukończeniu biegu Siedem Szczytów wydawało mi się, że znalazłem ten próg. To był nieprawdopodobny wycisk, pomimo relatywnie niewielkiej ilości przewyższeń, a kryzysy i senność na trasie potęgowały uczucie słabości i ryzyka niemożliwości ukończenia biegu samodzielnie.

Niestety tak to już jest w tym ultra, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. To jest właśnie jego piękno. Ból fizyczny i psychiczny z jakim musiałem się zmierzyć nie wydaje się już tak mocny kilka dni po zakończeniu zmagań. Wręcz gdzieś z tyłu głowy pojawia się po cichu szepczący mi do ucha nieznajomy głosik: “dałbyś radę więcej”.

Nie wiem czy dałbym. Nie wiem co dalej. Dla mnie DFGB to koniec pewnego rozdziału. Przez długi czas żyłem w przekonaniu, że to najdłuższy, a zarazem najtrudniejszy bieg w Polsce. Długo marzyłem o zmierzeniu się z nim i przez lata był to mój biały króliczek z Matrixa za którym podążałem i którego miałem nigdy nie złapać, bo przecież nie da się biec 240 km. Ok, jacyś zboczeńcy to robią, ale oni nie są normalni. Z resztą nawet nie wiadomo czy to ludzie, czy może kosmici, mimo że nie mają zielonych główek z czułkami i wielkich szarych oczu. Teraz ja jestem w gronie takich zawodników, a w trakcie mojej drogi ultra okazało się, że nie tylko na świecie, ale nawet w Polsce z powodzeniem organizuje się znacznie większe wyrypy. Co więcej, są na nie chętni.

Na ten moment mam swój Święty Graal. Zdobyłem to co chciałem i to w bardzo przyzwoitym stylu. W zasadzie mógłbym odwiesić teraz buty na kołek i zakończyć tą wprawdzie bez splendorów, ale mimo wszystko całkiem udaną karierę ultrasa. Tyle tylko, że ja nawet po biegu Siedem Szczytów nie mam dość. Bałem się tego strasznie. Obawiałem się czy taki łomot nie spowoduje, że jednak się zniechęcę, ale nie. Nadal chcę biegać. Nadal chcę startować. Nie chcę jeszcze odchodzić na biegową emeryturę.

Co dalej? Jeszcze nie wiem. Nie jest problemem znaleźć dłuższy czy też wyższy bieg. Tych jest jeszcze na tyle dużo, że na dobre kilkadziesiąt lat mam w czym wybierać. Problem może być tylko z wykonaniem. Jedno jest pewne, jestem przekonany, że wkrótce porwę się na kolejny ultrałomot. Być może będzie to coś większego niż Siedem Szczytów. Być może nie. Czas pokaże. Jednak głód już jest…

A odnośnie samego DFBG, jest to fantastyczna impreza. Szczerze powiedziawszy jestem zaskoczony dużą ilością negatywnych komentarzy. Ja będę polecać ten festiwal każdemu biegaczowi, niezależnie od stopnia wtajemniczenia, bo tutaj każdy może znaleźć dystans dla siebie. Sam chętnie bym tu kiedyś wrócił, aczkolwiek robiłem max, jaki ten festiwal oferuje, a w samych polskich górach jest jeszcze w czym wybierać, więc wolałbym spróbować czegoś nowego niż powtarzać Siedem Szczytów.

TeamPlutt DFBG Siedem Szczytów Daniel Pluta Lądek-Zdrój
fot: Gosia Telega.

Related Post

6 Replies to “Siedem Szczytów – Dwójka z przodu”

  1. Jak zwykle świetnie się czyta 🙂 dzięki szczegółowemu opisowi poczułam się jakbym znowu była na trasie. Dziękuję:D

    1. Dzięki wielkie! Zapraszam zatem na kolejne wspomnieniuszki. Wkrótce pojawi się coś nowego. Muszę tylko cokolwiek przebiec!

  2. Cześć. Czyta się fantastycznie, masz naprawdę świetne pióro!
    Ja w tym roku przebiegłem 130km na DFBG. Widziałem w Kudowie tych, którzy biegli dalej oraz tych, których pononał dystans. Szacunek olbrzymi dla jednych i drugich.
    Biegłem z poznanym na trasie kolegą (za to uwielbiam ultra!), który mierzył się z B7S, ale poddał się w Kudowie. Za rok planuje drugą próbę i będę trzymał za niego kciuki. Nie ukrywam, że gdzieś w mojej głowie też zakiełkowała myśl: “a może spróbować na 240?”. Twoja relacja, a raczej opowieść, jeszcze bardziej do tego zachęca. Cóż, zobaczymy – czasu trochę jest na procesy myślowe i przygotowania.
    Trzymam kciuki za Twoje kolejne wyzwania!

  3. Cześć, dopiero teraz (w czasie urlopu) znalazłem czas na przeczytanie wspomnień. Z ciekawości wrzuciłem je do Word i wyszło 90 stron🤯 (ultra tekst, ale co tu się dziwić)!!! Wracając do biegu, naprawdę szacun za pokonanie takiego dystansu, kryzysów i pokus, aby go przerwać, to naprawdę mega temat. Team Plutt to ewidentnie grupa A-PRO, więc tak trzymaj💪.
    Ja to tylko się zastanawiam, jak koleś, który; ma rodzinkę “plus”, codziennie robi treningi, pisze wspomnienia, gotuje, pracuje dużo więcej niż 8 h, i ogarnia to w ciągu jednej doby?
    Czy Ty masz ten cholerny napój z kociołka Panoramixa, przyznaj się😉🤣

    1. Dzięki Daniel, nie spodziewałem się, że aż tyle tego wyszło, mimo to cieszę się strasznie, że dobrze się czytało, a zarazem przeraża mnie, że człowiek musi urlop brać, żeby przez to przebrnąć;-)
      A z tym czasem to prawda jest taka, że zawsze go brakuje. Ja poświęcam go na bieganie, ale już zupełnie zapomniałem co to kino itp. Coś za coś. Trzeba wybierać;-)
      Ale jeśli ogarnę kiedyś kociołek Panoramixa, obiecuję się podzielić;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *